Niesamowita konsekwencja, dyscyplina taktyczna, dobre wybory personalne i pomysły selekcjonera plus bardzo duża doza szczęścia sprawiły, że wygraliśmy dwa pierwsze mecze mistrzostw Europy do lat 21 z Belgią i Włochami, a wcześniej dostaliśmy się na ten turniej eliminując też lepszych od nas Portugalczyków. Nasza drużyna naprawdę dała kibicom sporo frajdy i sam fakt, że autentycznie wierzyliśmy w sukces ze znakomitą Hiszpanią był dowodem na kawał dobrej roboty, jaki nasz zespół wykonał. Wreszcie widzieliśmy polską reprezentację, która na mistrzostwach walczy jak lew i jakimś cudem wygrywa z lepszymi.

 

Z Hiszpanią tej walki już nie było. Zawodnicy słaniali się na nogach, byli jak pięściarz, który czeka na nokaut. Właściwie od pierwszej minuty. Ewidentnie nie dali rady fizycznie. Bo tak naprawdę mieli na liczniku już trzy mecze, a nie dwa jak Hiszpanie. W tym wcześniejszym starciu z gospodarzami biegali przecież tyle co w dwóch spotkaniach. Nie było żadnej agresji w środkowej strefie boiska, Hiszpanie robili co chcieli, wchodzili w nasze pole karne jak w masło. Naprawdę mogło się to skończyć wynikiem 0:10. Straciliśmy te atuty, dzięki którym wyrwaliśmy punkty Belgom i Włochom.

 

Do tego nie zagrały zmiany personalne. Jednak Bielik przydałby się bardziej w środkowej strefie boiska, eksperyment z Filą na środku nie wypalił, chyba bardziej pasował tam Bochniewicz. No i pierwszy mecz Gumnego na prawej obronie po tym, jak borykał się z kłopotami żołądkowymi, był nieco na siłę. W linii pomocy brakowało wyraźnie walecznego Jagiełły.

 

Ale i z nimi i z Kownackim, który nie grał z powodu kontuzji, też pewnie tak radzącym sobie Hiszpanom nie dalibyśmy rady. Bo to była drużyna z innego świata, w kapitalnej formie. Dzięki sposobom Michniewicza, jego wielkiej pracy i zawodnikom, którzy tworzyli zgraną, lubiącą się grupę, polska drużyna otarła się o półfinał mistrzostw Europy, w grupie śmierci zdobyła sześć punktów (tyle co Hiszpanie i Włosi), sprawiła, że ludzie czekali na kolejne mecze. Ale to było coś ponad stan. Udało się po prostu na moment zatuszować rzeczywistość.

 

A jaka ona jest to można powiedzieć na przykładzie z naszej Ekstraklasy. Jej wielką gwiazdą jest Carlitos. Napastnik z trzeciej ligi hiszpańskiej, który na co dzień ogrywa wielu z tych, którzy grali przeciwko jego rodakom wczoraj w Bolonii.

 

I na zdrowy rozum zadajmy sobie pytanie, jak ci piłkarze ogrywani (w najlepszym przypadku grający na tym samym poziomie) przez hiszpańskiego trzecioligowca mieli postawić się jego kolegom, którzy są asami w Realu Madryt, Valencii, Villareal czy Napoli?

 

Nasza drużyna U-21 to był piękny, ale krótki sen. Jesteśmy wdzięczni tym chłopakom i trenerowi, że potrafili oszukiwać przeznaczenie i dawać tyle emocji. Ale nastąpiła już pobudka. Od tego co jest najistotniejsze, czyli tematu szkolenia nie da się uciec. Bo patrząc na coraz młodsze roczniki, które niebawem mają zastąpić Lewandowskiego i spółkę, to nie ma powodów do optymizmu.

 

Owszem z kilku zawodników tej kadry Michniewicza pierwsza reprezentacja w niedługim czasie powinna mieć pożytek. Ale niżej (patrz: kadra U-20 na mundialu w Polsce) widać dziurę jak w kraterze Wezuwiusza.