Dorde Crnomarkovic (Radnicki Nisz), Lubomir Satka (Dunajska Streda), Krsevan Santini (NK Domzale), Karlo Muher (Inter Zapresić), Jakub Holoubak (Zlina), Tomas Huk (Dunajska Streda), Andrija Lukovic (Vozdovac Belgrad), Emir Azemovic (Zemen Belgrad), Dino Stiglec (Olimpia Ljubljana), Dragoljub Srnic (Vozdovac Belgrad), Denis Bałaniuk (Arsenal Kijów)… To tylko kilka nazwisk, które będziemy podziwiać w polskiej lidze w przyszłym sezonie. A przecież rynek dopiero zaczyna się kręcić. Takich "nołnejmów" będzie dużo więcej.

 

"Przegląd Sportowy" właśnie poinformował, że do Jagiellonii Białystok może dołączyć Norweg Kristian Opseth. 29-letni napastnik, który w poprzednim sezonie w tureckim Erzurumsporze strzelił jednego gola...

 

Jasne, że koronny argument zarządzających naszymi klubami, o tym, że tacy gracze są po prostu tańsi i bardziej dostępni niż rodzimi wyróżniający się w naszych rozgrywkach (choćby w pierwszej lidze), jest prawdziwy. Tyle, że taki sposób konstruowania polskich drużyn nawet nie powoduje dreptania w miejscu. My się po prostu cofamy. Przepaść między polskimi drużynami a choćby średniakami europejskim z roku na rok robi się, także przez to właśnie, coraz większa.

 

Obcokrajowcy tej klasy, którą prezentuje większość zatrudnianych przez nas zawodników nie są w stanie pomóc w rywalizacji międzynarodowej. Owszem, przydają się do realizacji doraźnych celów, utrzymania, zajęcia miejsca w pierwszej ósemce, wskoczenia na podium, czasem nawet mistrzostwa, ale globalnie nic się nie zmienia.

 

Mało tego, gracze, którzy przewijają się przez ligę jak meteoryty, a kibice nawet nie zdążą przyzwyczaić się do ich nazwisk, a już ich nie ma, nie są w stanie przyciągać publiczności, sami nie przywiązują się do klubów, bo sa tu tylko przelotem. Skasować, trochę pokopać, wyjechać... Coraz mniej widzów na trybunach to też efekt tego, że ta koszula przestaje być bliska ciału. Tysiące pustych miejsc na stadionie w Białymstoku, gdzie przecież tradycyjnie na Jagę przychodziły tłumy to też efekt tego, że drużyna była prawie całkowicie zagraniczna. Gdzie tu miejsce na identyfikację z chłopkami z sąsiedztwa czy regionu, którzy tworzyli tożsamość klubu?

 

Tracimy po prostu te pieniądze, wydawane na naprawdę bardzo dobre pensje zagranicznych graczy, którzy wypełniają kadry klubów Ekstraklasy już nawet w 75 procentach. Zamiast wydawać je na kreowanie i wychowywanie graczy, których można by sprzedać za duże pieniędzy i jeszcze byłaby z nich w przyszłości korzyść na poziomie reprezentacyjnym. Dobrym przykładem, potwierdzającym tylko niestety regułę, jest tutaj Sebastian Szymański za którego Legia zainkasowała 5 mln euro. Na graczach pokroju tych wyżej wymienionych, nie wychowanych przez siebie, ale tanich zagranicznych, bardzo rzadko udaje się coś zarobić.

 

Najgorsze w tym wszystkim jest jednak to, że mimo coraz głośniejszej debaty na temat konieczności zmiany sposobu myślenia ludzi zarządzających polską klubową piłką, kompletnie nic się nie zmienia. Ich działanie jest doraźne, nie planuje się na dłuższy dystans, brakuje strategii. Kompletuje się składy na zasadzie okazji, łata się dziury budżetowe. Jest okazja, to się gracza bierze, jest okazja to się go sprzedaje. Niestety, w związku z tym w Ekstraklasie wszystko zmierza w tym samym kierunku co w letnich przerwach między poprzednimi sezonami. I wszystko wskazuje na to, że w rywalizacji międzynarodowej skończy się też podobnie.