Bożydar Iwanow: Jakiś czas temu czekałeś na oferty pracy w I lidze, potem postanowiłeś zacząć niżej. I w końcu się na swoim docelowym – na razie - szczeblu znalazłeś...

 

Zgadza się. Zanim podpisałem kontrakt z PGE GKS-em Bełchatów bardzo liczyłem, że pojawią się oferty z 1.ligi. I pojawiały się, ale nie dochodziło do finalizacji rozmów, coś zawsze stawało na przeszkodzie. Nadszedł moment, w którym doszedłem do wniosku, że w końcu muszę zacząć pracować i nie licząc na to, że ktoś się zgłosi z odpowiednią ofertą z tego poziomu rozgrywek. Rolą trenera jest pracować, nie tylko rozwijać się przez staże i szkolenia. Najważniejsza jest praca na żywym organizmie. Pojawiła się propozycja z Bełchatowa, pojechałem i… byłem zachwycony profesjonalnym przygotowaniem się do tej rozmowy przez dyrektora sportowego Marcina Węglewskiego. Przedstawił mi dwie opcje: plan „A” i plan „B”. Przychodziłem w kwietniu i wiedzieliśmy, że w przypadku awansu wszystkie sprawy organizacyjno-finansowe wrócą do normy. Jeśli się to nie uda, mogą zacząć się problemy, a budżet zostanie zmniejszony o połowę. I gramy wychowankami i młodzieżowcami, którzy są w klubie. Sprawy tak się potoczyły, że ostatnie mecze były decydujące o tym, czy zostaniemy w 2.lidze. Stanęliśmy na wysokości zadania. Ale musieliśmy wdrożyć plan „B”.

 

Klub „cierpi” jeszcze finansowo po grze w Ekstraklasie?

 

Jesteśmy ciągle na etapie oddłużania się. To pokłosie poprzednich lat. Podam przykład: gdy na początku sezonu brakowało pieniędzy na wypłaty czy rejestrację zawodników, związane było to z koniecznością wpłaty 200 tysięcy złotych na konto Danilsa Turkovsa, który tu grał, choć bardziej był, parę lat temu, gdy GKS występował w Ekstraklasie.

 

W tej sytuacji chyba nikt nie stawiał przed Tobą awansu, jako celu w kolejnych rozgrywkach.

 

Nie. Absolutnie. Nikt o tym nie mówił, a ja nawet swojej walizki nie rozpakowywałem, bo różnie mogło być. Z biegiem czasu drużyna zaczęła się kształtować, miałem okazje poznać każdego z zawodników, z wypożyczeń wrócili wychowankowie. Z Legionovii Mikołaj Grzelak, z Zambrowa Mateusz Szymorek, doszli juniorzy, za chwile zrobiliśmy pierwszy transfer – dołączył do nas Hubert Tylec z Polonii Bytom. później kolejne Paweł Czajkowski z KSZO, Bartosz Biel z Bytovii a tydzień przed ligą na zasadzie wypożyczenia doszedł Patryk Mularczyk…

 

Ten sam, o którym w 2015 roku mówiłeś w Cafe Futbol, jeszcze nie ujawniając nazwiska, że masz diament z Zagłębiu?

 

Dokładnie, wtedy zabrakło mi odwagi, by postawić na niego. Pokazywał się z bardzo dobrej strony ale też mieliśmy wówczas ciekawą kadrę, trudno byłoby mu się przebić. Teraz to zawodnik „pełną gębą”, w pełni wartościowy, szybko się wkomponował, był wartością dodaną, brakującym ogniwem. A „dziesiątki” szukaliśmy bardzo długo… Początki były jednak takie sobie, jadąc na pierwszy mecz do Siedlec, dzień wcześniej nie mieliśmy jeszcze zakontraktowanych zawodników, nie było środków żeby ich zarejestrować. Pojechaliśmy w dniu meczu. Nie wiedziałem, jakimi piłkarzami będę mógł dysponować na półtorej godziny przed pierwszym gwizdkiem.

 

Do tego startowaliście z minusowymi punktami…

 

Faktycznie było mroźno, więc pierwszym naszym celem było podnieść temperaturę. A groziło nam nawet minus 10, gdybyśmy nie uregulowali w terminie wpłaty dla Turkovsa. Na inaugurację z Pogonią zremisowaliśmy 0-0, mocno stawiając na organizację gry w defensywie. Robiliśmy to zresztą przez cały sezon. Patrząc na wyniki, to na szczeblu centralnym straciliśmy najmniej goli obok Rakowa Częstochowa. Począwszy od napastnika wszyscy mieli bronić. I bronili.

 

Przy tych realiach, zakładaliście przed sezonem, że możecie powalczyć o 1.ligę?

 

Wychodzę z założenia, że życie bez celu nie ma sensu. Więc mimo tych problemów, na to liczyłem. Patrząc już na mecze kontrolne widziałem, że zespół dobrze reaguje. Graliśmy latem z Piastem Gliwice i wygraliśmy 2-0. To pokazało, że obrany kierunek jest właściwy. Oceniliśmy, że możemy powalczyć, ale nie nagłaśnialiśmy tego, żeby potem nie narazić się na śmieszność i krytykę. Nie chcieliśmy być buńczuczni. Ale w szatni o tym myśleliśmy.

 

Za często jednak na miejscu dającym awans nie zasiadaliście…

W środku rundy jesiennej przez chwilę wskoczyliśmy na „zielone pole”, potem z niego wypadliśmy, ale cały czas znajdowaliśmy się blisko trójki. Tak samo było wiosną. Wiedziałem, że wszystko rozstrzygnie się na ostatniej prostej. Te dwa minusowe punkty ciągle nam ciążyły. Ale też powodowały, że musieliśmy włożyć więcej siły. Ostatnie trzy kolejki tak się ułożyły, że zespoły zaangażowane w grę o awans mierzyły się także ze sobą, więc wszystko mogło się zdarzyć…

 

W Bełchatowie zmieniłeś swoją filozofię gry, bo przecież Zagłębie Sosnowiec, które prowadziłeś imponowało ofensywą i dawało dużo tzw. wrażeń estetycznych.

 

Ale też dysponowałem wtedy większą liczbą zawodników o takiej charakterystyce. Tu potencjał piłkarzy wymagał innego grania. Analizując tę ligę, ale też i mistrzostwa świata widać, że awansują ci, co przede wszystkim nie tracą goli. Diego Simeone nazywa to „cierpieniem”, ale my pokonaliśmy ten ból. Będąc przy piłce pokazywaliśmy jednak jakość i nasz styl mógł się kibicom wtedy podobać. Pomysł na grę naszą młodzieżą zdał egzamin także w postaci głównej nagrody w Pro Junior System. Milion sto tysięcy złotych brutto nie jest bez znaczenia wobec obecnej sytuacji w klubie.

 

Jak Cię znam na pewno nikogo indywidualnie nie wyróżnisz.

Nie bo naszą siłą jest drużyna, jest „team spirit”, mamy szacunek wobec siebie. Dbam o atmosferę w zespole, dobrze żyjemy ze wszystkimi ludźmi w klubie, sukces osiągnęliśmy wspólnie, słowa uznania i wdzięczności należą się każdemu.

 

Zwycięski mecz z Widzewem był dla was kluczowy i będziesz go już zawsze pamiętał?

Cały sezon był szalony, od tego 0-0 z Pogonią na początku. Z Widzewem zagraliśmy świetnie, do tego mając świadomość, że w przypadku porażki nie mielibyśmy o czym marzyć. No i ostatnie spotkanie, w Stargardzie, wyczekiwanie. Skończyliśmy remisem, 5 minut wcześniej niż spotkanie …. Nasz bramkarz chciał już wchodzić w pole karne na stały fragment. Zabroniłem mu, wycofałem go. Po gwizdku - powiem szczerze - przeżyłem niesamowite pięć minut. Chodziłem, pocieszałem wszystkich, a sam miałem łzy w oczach, bo nie mogliśmy już nic zrobić. Na trybunach wszyscy patrzyli w telefony, nagle grupa zawodników ruszyła do naszych kibiców. Nie wiedziałem czy to koniec meczu, a … to Elana straciła bramkę! A potem szaleństwo nie miało końca, wielka feta po naszym powrocie do Bełchatowa. Cudowne, niezapomniane chwile… I dlatego pozwoliłem sobie na śpiewanie podczas konferencji prasowej piosenki Lady Pank: „To nie do wiary, że ziścił się taki piękny plan.”