Świat tak naprawdę usłyszał o Tysonie w 1986 roku, gdy znokautował Trevora Berbicka i odebrał mu mistrzowski pas WBC. Pamiętam krótką rozmowę, którą przeprowadziłem wtedy z 18-letnim Andrzejem Gołotą, który w Kopenhadze, kilka miesięcy wcześniej wywalczył tytuł mistrza Europy juniorów w niższej kategorii (91 kg). Na pytanie, czy marzy mu się w przyszłości pojedynek z Tysonem odpowiedział, że nawet nie myśli o boksie zawodowym. Nie tylko jemu w Polsce taki scenariusz nie mieścił się w głowie.

 

Czternaście lat później stoczyli jednak walkę pod Detroit, która została uznana za nieodbytą. A ja mogłem ją skomentować choć w 1986 roku też nie sądziłem, że będzie to możliwe, tak samo jak skomentowanie rewanżu Tysona z Holyfieldem w 1997 roku, w MGM Grand Garden Arena w Las Vegas,  i że będzie to wojna z odgryzionym uchem w tle.

 

Ale po kolei. Osiem lat wcześniej poznałem pierwszego trenera Mike’a Tysona, Teddy Atlasa. W 1989 roku Teddy przyleciał do Katowic jako konsultant do scen bokserskich w filmie „Triumf Ducha”. To była historia greckiego boksera żydowskiego pochodzenia, który w Oświęcimiu toczył z esesmanami walki o życie i kromkę chleba. Atlas  opowiedział mi wtedy w hotelu Warszawa (dziś Novotel) wiele ciekawych rzeczy o Tysonie i w pewnym sensie przewidział jego upadek.

 

W czerwcu 1997 roku w Las Vegas, przed rewanżowym pojedynkiem z Holyfieldem, zobaczyłem go po raz pierwszy na żywo. Treningi medialne, konferencja prasowa, oficjalne ważenie. Pamiętam, że już na oficjalnym ważeniu nie wytrzymywał ciśnienia. Holyfield go przytłaczał swoją naturalną pewnością siebie. Pokazał to zresztą w pierwszym pojedynku wygrywając przed czasem. Sama walka przyniosła ogromny dochód, rekordowe honoraria dla obu pięściarzy (35mln dolarów dla Holyfielda i 27 mln dla Tysona), ale trwała krótko. Mike został zdyskwalifikowany, gdy po odgryzieniu Holyfieldowi kawałka jednego ucha zabrał się za drugie. Był żałosny, gdy tłumaczył się dziennikarzowi telewizji Showtime dlaczego to zrobił. Wychodząc z hali wywołał jeszcze awanturę.

 

W tamtych czasach i wcześniej, jeszcze przed  pobytem w więzieniu, ekskluzywny wywiad z Tysonem był nieosiągalny, choć pamiętam, że Frankie Lilles Jr, mistrz wagi superśredniej, jego młodszy kolega z reprezentacji olimpijskiej (obaj ostatecznie nie polecieli na igrzyska) mówił, że może pomóc w nawiązaniu kontaktu. Ale Tyson odrzucał wszystkich samym spojrzeniem, patrzył tak, jakby chciał zniszczyć cały świat. Lilles Jr twierdził wprawdzie, że to zawsze był miły, serdeczny chłopak, z sercem na dłoni, który oddałby ci wszystko co ma, gdybyś był jego kumplem i tego potrzebował – ale okazji do wywiadu nie miałem.

 

Kiedy w 2000 roku walczył z Gołotą był już inny. Jakby mniejszy i zagubiony. Nie przyszedł po walce na konferencję, sam z nisko opuszczoną głową opuszczał halę, choć był przecież zwycięzcą. Boks już go nie cieszył, miał swoje problemy. Na jego walkę z Lennoxem Lewisem do Memphis nie poleciałem z powodu choroby, a miałem miejsce przy ringu. To było dwa lata po pojedynku z Gołotą, który ostatecznie został uznany za nieodbyty.

 

Później było spotkanie w Madison Square Garden w Nowym Jorku, w kwietniu 2004 roku. Gołota walczył wtedy z Chrisem Byrdem o pas IBF, wcześniej Wayne Braithwaite bił się opas WBC w wadze junior ciężkiej z Louisem Azille. I wtedy właśnie wszedł z Tyson z żoną Kiki, która jest jego dobrym duchem do dziś, z którą podróżuje po świecie i z którą był teraz w Warszawie. Nikt nie patrzył już na ring. Dziennikarze i fotoreporterzy odwrócili głowy. Liczył się tylko Mike, uśmiechnięty, w rozpiętej białej koszuli. Ale gdy Gołota rozpoczął swój pojedynek z Byrdem zainteresowanie boksem wróciło na swoje miejsce.

 

Mike Tyson do Warszawy po raz pierwszy przyjechał siedem lat temu, by reklamować napój energetyczny. I wciąż daje mu swoją twarz. W jego oczach nie ma już złości. Można z nim rozmawiać, ale to już jest inny Tyson. Niewiele przypomina tamtego, którego po raz pierwszy zobaczyłem ponad dwadzieścia lat temu. Czasami powie nawet coś mądrego, bo to nigdy nie był głupi chłopak, choć wychował się w patologicznej rodzinie w najgorszym zakątku Brooklynu.

 

Kiedyś przed laty udzielił poruszającego wywiadu "Playboyowi", w którym powiedział, że nie dożyje czterdziestki. Dzięki Bogu ma 53 lata i coraz więcej życzliwości dla siebie i dla ludzi. Już nie jest "Bestią". I to są najmilsze spotkania, choć tak jak przed laty, bez  słów.