Komu pas, komu?!

 

W zależności od tego, jak policzymy WBC, WBA oraz WBO, pięściarskie organizacje rankingowe, mają do rozdania nawet do PIĘCIU pasów...w tej samej kategorii wagowej. Rachunek jest prosty – im więcej pasów, tym więcej wpływów (do 3 procent ogólnej puli) z ich sankcjonowania. Ale nie tylko, czego dowodzi nowy pas wymyślony przez World Boxing Council - Franchise Belt (Pas Koncesjonowany), którego pierwszym posiadaczem został Canelo Alvarez (52-1, 35 KO).

 

Nie tylko został, ale pewnie też był bardzo zadowolony, bo bez protestu oddał swój normalny pas mistrza świata WBC wagi średniej. Ten sam zresztą, z którego tak się cieszył, bo zabrał go aktualnemu wrogowi numer 1 czyli, Giennadijowi Gołowkinowi (39-1, 35 KO).  Według WBC, pas należy się „wybitnym jednostkom, rywalizującym w różnych kategoriach wagowych. Alvarez jest światową atrakcją, a jego niekwestionowane sukcesy w karierze związane z naszą organizacją”.

 

Przekładając z bokserskiego na nasze – co to oznacza dla Canelo Alvareza? Na razie to, że z trzech pasów mistrzowskich zostały mu dwa (IBF oraz WBA) oraz chyba najważniejsze – że z mając ten nowy pas nie będą go dotyczyły obowiązkowe obrony tytułów i zawsze będzie miał prawo walczyć z pozycji mistrza "koncesjonowanego" z tymi, którzy o inne pase WBC wagi średniej będą się bili.

 

W jaki sposób ma to „rozjaśnić sytucję w boksie” – taki był argument prezydenta WBC w dyskusji z dziennikarzem ESPN, Danem Rafaelem – nie wie nikt. Nawet ten, który bez wychodzenia na ring dostał pas po Alvarezie czyli Jermall Charlo (29-0, 21 KO). „To co ja mam teraz z tym pasem zrobić, jak Canelo ma ten lepszy?” – pytał amerykański pięściarz, który właśnie pokonał Brandona Adamsa. 

 

Canelo - Kowaliow: nie tak szybko

 

Zostając przy najlepiej opłacanym (365 mln dolarów od streamingowego DAZN) pięściarzu świata, w ostatnich dniach pojawiło się coraz więcej informacji o tym, że Meksykanin przeskakuje nie jedną, ale dwie kategorie wagowe, przymierzając się do pojedynku z Rosjaninem Siergiejem Kowaliowem (33-3, 28 KO).

 

Ten ostatni ma co prawda walczyć z Anglikiem Anthony Yarde o tytuł WBO wagi półciężkiej... ale to da się obejść. Za pieniądze oczywiście. Wystarczy, że Yarde osiągnie „porozumienie” z organizatorami walki, zgodzi się na odstępstwo i może spokojnie zarobić bez wychodzenia na ring, a pas mu i tak nie ucieknie. Walki chcę sam Kowaliow, chce jego firma promotorska Main Events, bo to dla tych ostatnich jedyna szansa zarobienia poważnych pieniędzy. Nie jest to pomysł, który się podoba pracodawcy Meksykanina, bo Rosjanin nie walczy na ich stacji streamingowej.

 

Canelo potwierdza, że chce ponownie wyjśc na ring 14 września i zarobić swoje kolejne 32 mln za walkę.  Ale z kim, skoro nie chce bić się  po raz trzeci z Gołowkinem? Plotki o Callumie Smith’u traktuję jako plotki, bo mistrz świata wagi super średniej jest prawie 15 centymetrów wyższy od Cynamona, umie się bić, jest mistrzem świata i w niczym nie przypomina ostatniego rywala Canelo w tej kategorii wagowej – Rocky Fieldinga.

 

Oczywiście, że najwięcej sensu miałoby zostawienie Alvareza z sobotnim pogromcą Macieja Sulęckiego – Demetriusem Andrade (28-0, 17 KO). Ten ma pas mistrza świata WBO, nigdy nie przegrał jako zawodowiec... ale nie przyciąga tłumów przed telewizory. Akurat na tym Canelo nie musi specjalnie zależeć, bo wspomniane 32 miliony będzie miał zapłacone, nawet, jakby biłby się przy pustej sali i bez kamer telewizyjnych. Na decyzję – według jego teamu i samego DAZN – nie będziemy musieli podobno długo czekać.