Saul Alvarez, to król wagi średniej. DAZN zapłaci mu 365 mln dolarów za 11 walk, które stoczy w ramach tego bajecznego kontraktu. Ma na to pięć lat. Meksykanin pokazał już, że jak zajdzie potrzeba, to potrafi sobie radzić w wyższej kategorii, gdzie szybko znokautował mistrza WBA regular, Anglika Rocky Fieldinga. Jego wygraną obejrzało w ubiegłym roku w nowojorskiej Madison Square Garden ponad 20 tysięcy ludzi.

 

Obaj, Andrade i Charlo wierzą jednak w zwycięstwo w starciu z Alvarezem. Co więcej mówią głośno, że Alvarez przed nimi ucieka, gdyż boi się przegranej. Są też przekonani, że wygraliby również z Giennadijem Gołowkinem (39-1-1, 35 KO), byłym królem wagi średniej, który podobnie jak Meksykanin też podpisał lukratywny kontrakt z DAZN.

 

Logiczne w tej sytuacji jest, że szefowie DAZN naciskają na trzecią walkę Alvarez – Gołowkin, bo to najlepszy interes. Trylogie dobrze się sprzedają, a obaj mistrzowie dają gwarancję ringowej wojny na najwyższym światowym poziomie. Z biznesowego punktu widzenia takie starcie, w dniu meksykańskiego święta, daje największe szanse na finansowy sukces i kolejną wygraną Alvareza, który jest dziś w zawodowym boksie kurą znoszącą złote jaja.

 

Owszem, Demetrius Andrade i Charlo, to też znakomicie pięściarze, do tego zupełnie inni. Andrade nie przegrał od 11 lat, od igrzysk w Pekinie, gdzie miał zdobyć złoty medal, ale odpadł w ćwierćfinale oszukany w starciu z Koreańczykiem Kimem Jung Joo. W minioną sobotę wygrał jak chciał w Providence z Maciejem Sulęckim, broniąc po raz drugi mistrzowskiego tytułu organizacji WBO. Jest pięściarzem na swój sposób wyjątkowym, silnym, wysokim i znakomicie potrafiącym wykorzystać odwrotną pozycję. Przy jego szybkości, „śliskości”, refleksie i zasięgu ramion jest bardzo trudny do trafienia, a sam bije mocno z obu rąk.

 

Charlo to też artysta. Artur Szpilka, który kilka lat temu trenował z nim w tej samej sali pod Houston, mówi o jego wyjątkowości z otwartymi ustami.  – Potrafił na jednym sparingu znokautować czterech rywali, ot tak, od niechcenia.

 

Obaj, Andrade i Charlo mają po 185 cm wzrostu, siłę i atletyzm w każdym calu. Mają też wielki talent, a ten pierwszy jeszcze ogromne doświadczenie wyniesione z amatorskich ringów, porównywalne tylko z doświadczeniem Gołowkina, wicemistrza olimpijskiego z Aten (2004) i mistrza świata z Bangkoku (2003). Problem w tym, że Gołowkin nie chce po raz trzeci walczyć z Alvarezem w Las Vegas. - To jego teren, zróbmy walkę w Nowym Jorku – przekonuje "GGG", ale w tej finansowej układance ten ruch chyba nie przejdzie. Meksykanie wolą miasto hazardu, a to oni kupują najwięcej biletów.

 

Może więc Canelo przestanie uciekać przed Andrade i Charlo, jeśli w ogóle ucieka. Tej klasy mistrzowie nie muszą przed nikim uciekać. Alvarez jest w stanie pokonać Andrade i Charlo, choć z jednym i drugim mógłby mieć problemy. Z tym pierwszym podobne do tych jakie miał w starciu z Erislandy Larą, tyle że  Andrade jest większy i silniejszy od Kubańczyka, a przy tym równie „śliski”.

 

Co do Gołowkina jestem zdania, że mógłby znokautować Amerykanina z Rhode Islands. Umie walczyć z mańkutami, potrafi szybko skracać ring i wejść w cios. Byłby w stanie przyjąć mocne uderzenie Andrade i odpowiedzieć nokautującym. Siły ciosu Kazach jeszcze nie stracił. Charlo też mógłby się oszukać w walce z Gołowkinem, choć myślę że miałby przewagę szybkości, podobnie jak Andrade.

 

Dziś dla Canelo i Gołowkina najważniejszy jest biznes, więc pozostali muszą się z tym pogodzić. Alvarez gotów jest walczyć z mistrzem wagi półciężkiej, Siergiejem Kowaliowem, bo jak wygra przejdzie do historii i zarobi przy tym górę pieniędzy, ale jak pisze z USA Przemek Garczarczyk na razie to tylko plany, którymi nie do końca zainteresowani są szefowie DAZN.

 

Pewniejsza jest trzecia walka z Głowkinem co oznacza, że  Charlo i Andrade muszą czekać. Takie są reguły gry w tym biznesie. Karty rozdają rekiny biznesu,  tacy jak Saul ”Canelo”Alvarez.