Tuż po uzyskaniu rekordowego wyniku Polak w bardzo spontaniczny sposób celebrował swoje osiągnięcie. Ale, jak sam przyznał, emocje dość szybko opadły.

 

- Nie jestem człowiekiem, który długo świętuje takie wydarzenia. Zresztą nie było na to nawet czasu. Teraz myślę już o tym skoku na spokojnie i chłodno. Bardziej patrzę na to, co przede mną. W niedzielę Białystok, za tydzień Diamentowa Liga w Monaco, dalej Mistrzostwa Świata, jeszcze później igrzyska olimpijskie. Może to brzmi dziwnie, ale ja już myślę o tak odległych celach, które przede mną – przyznał zawodnik szczecińskiego Ośrodka Skoku o Tyczce.

 

Lisek od kilku tygodni prezentował bardzo wysoką formę. W połowie czerwca w Oslo skoczył 5,81. Trzy dni później podczas Memoriału Janusza Kusocińskiego tylko trzy centymetry niżej. W Ostrawie i Kalifornii po 5,71.

 

- Faktem jest, że od trzech, czterech mityngów czułem bardzo dobrą formę. Bywa jednak, że przez jakiś czas czujesz dobrą dyspozycję, a – z różnych przyczyn - nie jest ci dane osiągnąć rekordowego wyniku. Dlatego bardzo się cieszę z tego rezultatu w Lozannie – przyznał szczeciński tyczkarz.

 

W Szwajcarii Polak pokonał poprzeczkę mając spory zapas.

 

- Nie liczcie na to, że teraz co zawody będę poprawiał rekord, choć patrząc na moje ostatnie starty tak by się mogło wydawać. Wcale tak nie jest. Być może takich wysokości niebawem nie osiągnę, ale może być tak, że aby walczyć o zwycięstwo w kolejnych zawodach będzie trzeba podejmować próby na jeszcze wyższych wysokościach. Taki to jest sport. Najważniejsze, że zewsząd czuję wsparcie: bliskich mi osób, kibiców, dziennikarzy. Mam wrażenie, że wspólnie tworzymy jedną społeczność. Dowodem tego są setki esemesów i postów z gratulacjami po sobotnim skoku. To wsparcie daje mi moc do osiągania kolejnych wyzwań – zakończył Lisek.