89 punktów – to dorobek Rosjanina w indywidualnych mistrzostwach świata w 2018 roku. Dwukrotnie stawał na podium: 26 maja w Pradze zajął trzecie miejsce, a 6 października powtórzył wynik całując się z brązem w Toruniu. To zdecydowanie poniżej rozbudzonych aspiracji młodego taty. Emil był pierwszym żużlowcem na świecie, który sięgnął po prymat wśród juniorów (2007 i 2008). Chwilę później jego osiągnięcie wyrównał dwukrotny mistrz świata do lat 21 – geniusz z Australii – Darcy Ward. Jednak Sajfutdinow zna dobrze historię radzieckiego i rosyjskiego speedwaya. Nikt z byłego Związku Radzieckiego nie zdobył złota w IMŚ. Najbliżej był Igor Plechanow (srebro w 1964 oraz 1965 roku)… Emil ma chrapkę na wpis do złotej księgi… Przeto ścigał się w Hallstavik jak młody Bóg. Długo czekał na tak spektakularne zwycięstwo, bo aż od… 1 czerwca 2013 roku. Wówczas Emil zgromadził 14 punktów i sprawił, że w stolicy Walii wysłuchano rosyjski hymn. W wielkim finale Sajfutdinow pokonał wówczas Nielsa-Kristiana Iversena, Krzysztofa Kasprzaka i Fredrika Lindgrena. „To wyjątkowe uczucie. Czekałem aż 6 lat, aby wygrać turniej GP… Kiedy po trzech latach nieobecności w cyklu, wróciłem do SGP w 2017 roku, wiedziałem co chcę osiągnąć, ale plan nie wypalił. 6 lipca wszystko zagrało jak należy w Hallstavik. Dziękuję moim mechanikom, bo pracowali jak mróweczki na ten sukces. Jednak, nauczony doświadczeniem, nie świętuję. Wolę dmuchać na zimne. Przed nami aż 6 turniejów (Wrocław, Malilla, Teterow, Vojens, Cardiff, Toruń), więc jeszcze wiele może się wydarzyć. Tym bardziej, że w czołówce tabeli panuje ścisk. Jestem liderem z Patrykiem Dudkiem i Leonem Madsenem (po 47 punktów). Jestem niezmiernie szczęśliwy, ale przede mną jeszcze sporo wyścigów…” – mówił Rosjanin. 

 

Teraz Emil, podpora Fogo Unii Leszno, koncentruje się na Speedway of Nations. Rosjanie bronią tytułu wywalczonego przed rokiem we Wrocławiu. Na swoich śmieciach w Togliatti są faworytami do złota…

 

Większa presja w King’s Lynn

 

Maciej Janowski, mądry chłopak z Wrocławia, wie, że do sukcesu oprócz wspaniałej atmosfery, potrzebny jest człowiek złota rączka, który czyta tor z lekkością i swobodą wizjonera… Przeto na zawody w cyklu GP Magic zabiera swojego przyjaciela, byłego zawodnika, a dziś mechanika Grega Hancocka (czterokrotnego mistrza świata) – Rafała Haja. Rafał posiada dar od niebios polegający na tym, że kopnie trzy razy butem o nawierzchnię toru i wie (przeważnie trafia w dziesiątkę), co założyć. Inną dyszę, inną zębatkę czy przesunąć delikatnie koło… Tajemna wiedza jest bezcenna. Rafał dogląda też Jakuba Miśkowiaka i Bartosza Smektałę, ale że w domu należy wykarmić trójkę brzdąców, przeto nie oszczędza się i pomaga na kilku frontach. Maciej stracił pierwszą rundę w Warszawie na skutek kontuzji jakiej doznał w ligowym meczu w Grudziądzu, ale wrocławianin stopniowo odrabia straty. Trzecie miejsce w Hallstavik to bardzo dobry wynik Janowskiego. Przed rokiem Maciej przegrał batalię o brązowy medal w SGP z Fredrikiem Lindgrenem (Szwed zgromadził 109 punktów, a Polak 104), więc motywacja jest gigantyczna. A z racji faktu, że różnice punktowe są niewielkie (pomiędzy trio liderów a szóstym Lindgrenem jest zaledwie 5 oczek różnicy: 47 – 42!!!), więc warto się starać, tym bardziej, że kolejny turniej odbędzie się 3 sierpnia w stolicy Dolnego Śląska, a więc niemalże u Maćka na podwórku…

 

„To był morderczy wieczór. Kosztował mnie wiele sił, jestem zmęczony, ale wynik mnie cieszy. 13 punktów to solidny zastrzyk energii w klasyfikacji. Zważywszy, że w Krsko nie startowałem w pełni sił, rezultaty i forma sportowa muszą cieszyć” – wyznał Maciej Janowski, który przed rokiem triumfował w Hallstavik.

 

Martin Vaculik zapomniał o praskiej defenestracji i wrócił na poczciwe tory… „Gratuluję Emilowi. Był odlotowy w Hallstavik. Był bardzo szybki. Zrealizowałem swój plan. W cyklu trzeba regularnie zbierać jak największe żniwo punktowe. Mam 44 oczka, tyle samo co Bartosz Zmarzlik, a więc nie ma powodu do rozdzierania szat. Moje szafy (silniki) są szybkie” – wyznał Słowak.

 

Co ma powiedzieć Robert Lambert, który odczuwa większą presję jeżdżąc w barwach King’s Lynn Stars, gdyż po raz pierwszy zbudowano skład drużyny wokół młodego Anglika, a nie Iversena jak to drzewiej bywało…? „Wiem, że to zabrzmi bardzo dziwacznie w moich ustach, ale nie odczuwam presji w GP. Bardziej martwię się, gdy ścigam się w lidze brytyjskiej, bo każdy oczekuje ode mnie koncertowej jazdy. W GP dobrze się bawię, bo nikt nie zakładał, że dwa razy awansuję do półfinałów… Nie martwię się co ludzie powiedzą kiedy powinie mi się noga w GP, bo kibice wiedzą, że to mój pierwszy sezon i w dodatku zastępuję Grega Hancocka, więc nie jestem pełnoprawnym uczestnikiem… Na razie nie zaprzątam sobie głowy tym co wydarzy się w sytuacji, gdy awansuję do cyklu Speedway GP. Nie wiem czy zrezygnuję wówczas z Anglii, bo Doyley i Woffy udowodnili, że można z powodzeniem łączyć starty na Wyspach z walką o złoto IMŚ” – zauważa rezolutnie Robert Lambert, który w Hallstavik dorzucił 3 punkty.

 

Teraz Lambert i kawalkada młodych brytyjskich żużlowców obiera kurs na Manchester (12 lipca, finał Drużynowych Mistrzostw Świata juniorów), a chwilę później Roberta i gwiazdy GP czeka wyprawa do Rosji. W Togliatti w dniach 20 i 21 lipca odbędą się finały Speedway of Nations. Brytyjczycy bronią srebrnego medalu wywalczonego przed rokiem we Wrocławiu. Brązowe krążki w sezonie 2018 wywalczyli podopieczni Marka Cieślaka.