Na to, że jest naprawdę źle, zanosiło się przez kilka dni. Wprawdzie usiłowano utrzymać w tajemnicy, jaki będzie powód konferencji z Mihajloviciem jako jej bohaterem, ale złowroga informacja wisiała w powietrzu. Zwłaszcza że kilku dziennikarzy nie uszanowało prośby szkoleniowca, który najpierw chciał o wszystkim poinformować swój zespół, i w niektórych mediach pojawiły się przecieki.


Wreszcie się okazało; 11 lipca u 50-letniego szkoleniowca wykryto chorobę, która uniemożliwia mu dalszą pracę.


Konferencja miała bardzo emocjonalny charakter. Mihajlović nie mógł powstrzymać łez, mówił do około 50 dziennikarzy, w pierwszym rzędzie usiadły m.in. żona trenera Arianna oraz jego córki - Viktorija i Virginia.


- Mam białaczkę, w agresywnym przebiegu. Można ją pokonać, ale potrzeba czasu. We wtorek rozpoczynam leczenie, nie mogę się doczekać. Wygram tę walkę. Dla wszystkich – zapowiedział Mihajlović. Choć słowa te brzmią bardzo bojowo, widać, że szkoleniowiec jest bardzo dotknięty. Patrzył w jeden punkt, milczał, to znów wyjaśniał, w czym rzecz. Przyznał, że po tym, jak dowiedział się o chorobie, wylał sporo łez. – Ale nie są to łzy strachu – mówił. – Wygram z tą chorobą patrząc jej w oczy. Będę rozprawiał się z nią, według taktyki, jaką proponuję swoim piłkarzom. Będę atakował. Wygram, a później będę jeszcze lepszym i dojrzalszym mężczyzną.


Równie emocjonalny charakter miało również wyjście szkoleniowca do kibiców, którego fragmenty przez całą niedzielę powtarzały włoskie telewizje informacyjne.


Wcześniej Mihajlović rozmawiał poprzez wideokonferencję ze swoimi piłkarzami, którzy są na zgrupowaniu. Dodajmy, że wśród nich jest m.in. polski bramkarz Łukasz Skorupski.


Wiadomość o chorobie Mihajlovicia zastała mnie w Toskanii. Przejęci byli wszyscy, którzy dowiedzieli się o tym z serwisów informacyjnych. – Zapewniam cię, że nie ma znaczenia fakt pracy Sisisy dla naszego klubu przed kilkoma laty – twierdzi Giancarlo, którego spotkałem w kawiarni na bulwarach nad rzeką Arno we Florencji. – Jesteś świadkiem niezwykłej piłkarskiej solidarności, której we Włoszech jest tym więcej, że wszyscy od urodzenia są związani z calcio.


Jeszcze bardziej emocjonalnie mówił 43-letni Marco Manetti, właściciel gospodarstwa agroturystycznego w Londzie, nieopodal Florencji. Opowiadając emocjonalnie, jak na Włocha przystało, bił pięścią w piersi. - To jest gość, który niczego nie robi dla pieniędzy, wszystko robi z serca. Mając takie serce, wyjdzie i z poważnej choroby – mówił mi w niedzielę. Jego wujek jako fizjoterapeuta jest członkiem sztabu szkoleniowego AC Fiorentina.


Według Włochów, z którymi rozmawiałem, Mihajlović dostał wsparcie, jakie należy się każdemu piłkarzowi czy trenerowi z charakterem. Najlepszym dowodem są wpisy w mediach społecznościowych. Głównie ludzi ze środowiska. „Trzymaj się mocno i walcz dalej jak zawsze, Szefie” – tymi słowy zwrócił się do Mihajlovicia Artur Boruc. Obaj spotkali się we Florencji w sezonie 2010/2011. W podobnym tonie wpisywały swoje wsparcie kluby z całej Europy, nie tylko te, w których pracował Mihajlović.


W niedzielę odwiedziłem Bolonię. Na placu przy katedrze św. Piotra są setki knajpek i kawiarni. Właściwie nie było takiej, w której nie padałoby nazwisko Mihajlovicia, bolończycy na każdym kroku podkreślali jego charakter, niezłomność i niejako sobie dawali nadzieję na jego powrót do zdrowia. Także z dala od centrum można było dostrzec wyrazy wsparcia dla trenera. Na jednym z ogrodzeń zawisł transparent „Sinisa, nie poddawaj się, Bolonia jest z Tobą”.


Mihajlović walkę ma we krwi. Urodził się 50 lat temu w Vukovarze w byłej Jugosławii, dotkniętej wojną na początku lat 90. To właśnie wtedy doświadczał wielu okrucieństw, żyjąc w rodzinie serbsko-chorwackiej. To właśnie od tamtego czasu powtarza, że nikt nigdy mu niczego nie dał, na wszystko musiał pracować sam. Takim też był piłkarzem, a później trenerem, mozolnie wykuwając swoje nazwisko w świadomości fanów Serie A. Ale był również artystą, jeśli weźmiemy precyzję, z jaką wykonywał rzuty wolne. Był w tym niedościgniony, we włoskiej ekstraklasie zdobył w ten sposób 28 goli.


Mihajlović pozostaje trenerem Bolonii, mimo że nie pracuje z zespołem. Wczoraj wpisany był w protokół w meczu towarzyskim ze Sciliar (5:0). W relacjach na zdjęciach widać wyraźnie, że piłkarze są przygaszeni, nie skorzy do żartów i uśmiechów. Na jednej z fotografii widać, jak czytają poniedziałkowe wydanie „La Gazzetta dello Sport”, w którym Mihajlović dostał całą stronę, by napisać osobisty list do kibiców…