Starszy, mniejszy, ale zwycięski. Dla Pacquiao (62-7-2, 39 KO) to normalne. Mistrz świata ośmiu kategorii wagowych zdobył swój kolejny pas, WBA w wadze półśredniej. Szósta obrona Thurmana (20-1, 22 KO) okazała się nieskuteczna, a MGM Grand Garden Arena w Las Vegas znów szczęśliwa dla filipińskiego senatora. To przecież w tym właśnie miejscu, w 2001 roku, zaczynał przed laty amerykańską część swojej niezwykłej kariery nokautując w szóstej rundzie Lehlo Ledwabę i zdobywając światowy tytuł w wadze junior piórkowej.

 

Niezwykłość Pacquiao polega na tym, że mimo upływu lat jego boks nie traci na wartości, dalej opiera się na szybkości i dynamice akcji. I żelaznej kondycji, która pozwala mu ten piekielny plan walki wcielać w życie.

 

Znakomitego Thurmana posłał na deski już w pierwszej rundzie. W dziesiątej, po lewym haku na wątrobę Amerykanin cudem przetrwał do gongu kończącego to starcie.

 

Sędziowie nie byli jednak jednomyślni. Dwóch z nich wprawdzie punktowało 115:112 dla Pacquiao, ale trzeci widział wygraną Thurmana - 114:113.

 

Tym samym Czterdziestoletni Manny Pacquiao został najstarszym mistrzem świata wagi półśredniej w historii zawodowego boksu.

 

- Thurman jest znakomitym, silnym pięściarzem, ale byłem dziś błogosławiony - powiedział Filipińczyk, który zamierza wrócić na ring w przyszłym roku, prawdopodobnie w unifikacyjnym pojedynku (WBC, WBA, IBF) ze zwycięzcą walki zaplanowanej na 28 września pomiędzy Errolem Spence’em Jr i Shawnem Porterem.

 

Ale Thurman liczy, że Pacquiao da mu rewanż. Ostatecznie przyznał bowiem, że Pacman był od niego nieco lepszy, a jemu zabrakło energii, gdy przychodziło do półdystansowych wymian. Tyle że taki rewanż jest mało prawdopodobny. Thurman, bez mistrzowskiego pasa nie jest atrakcyjnym rywalem.

 

A na co mogą liczyć Trzedziestojednoletni Dillian Whyte (26-1, 18 KO) i cztery lata starszy Derreck Chisora (31-9, 22 KO), zwycięzcy z Londynu?

 

Z pewnością na większe wypłaty i jeszcze trudniejszych przeciwników. Whyte miał już w sobotę bardzo wymagającego rywala. Oscar Rivas (26-1, 18 KO) ma szczękę z tytanu i mocne uderzenie. Po prawym podbródkowym Kolumbijczyka Dillian Whyte wylądował na deskach, ale znokautować się nie dał. I to on schodził z ringu z pasem interim WBC w wadze ciężkiej. Ale czy to oznacza, że dostanie walkę z urzędującym czempionem tej organizacji, Deontay’em Wilderem? Nic pewnego, bo to jest boks. Mistrz Wilder ma na razie inne, lepiej płatne plany.

 

Inny „ciężki” z Wysp Brytyjskich, Derreck Chisora po znokautowaniu Artura Szpilki, może chyba liczyć na starcie z byłym mistrzem WBO, Nowozelandczykiem Josephem Parkerem. Sporo zarobi, ale chyba przegra, i to nie jest tylko moje zdanie.

 

Ciekawe jak potoczy się kariera Dwudziestopięcioletniego Nigeryjczyka Efe Ajagby (11-0, 9 KO), (przyszłego mistrza wagi ciężkiej?), który w Las Vegas pokonał zdecydowanie na punkty niedoszłego rywala Izu Ugonoha, Turka Ali Erena Demirezena. Ajagba zadał prawie 900 ciosów w dziesięciorundowym pojedynku, ale ani razu nie powalił Demirezena na deski.

 

Tym razem po obu stronach oceanu wygrywali faworyci, ale nie zawsze tak bywa.