Doświadczenie przemawiało co prawda za Dos Anjosem, którego w oktagonie możemy obserwować już od 1 kwietnia 2008 roku. Przed walką z Edwardsem Brazylijczyk mógł się poszczycić 27 walkami w UFC, w tym osiemnastoma wygranymi. Anglik był z kolei na zdecydowanej fali wznoszącej - po porażce z obecnym mistrzem kategorii półśredniej Kamaru Usmanem (15-1, 6 KO, 1 SUB), zapisał on na swoim koncie siedem zwycięstw z rzędu, a do tego za "Rockym" przemawiała przewaga wzrostu i zasięgu.

 

Już od samego początku walki było widać, że Anglik jest świetnie przygotowany do niej pod względem taktycznym. W pełni wykorzystywał też swoją przewagę w dystansie i próbował punktować rywala mocnymi ciosami. W pierwszej rundzie udało mu się doprowadzić do obalenia, co również nie umknęło uwadze sędziów. Przy jakiejkolwiek próbie klinczu Edwards kontrował Dos Anjosa efektownymi łokciami, dzięki czemu nad okiem tego drugiego pojawiło się groźnie wyglądające rozcięcie, a twarz Brazylijczyka zalała się krwią.

 

Z tego powodu, po drugiej rundzie sędziujący pojedynek Dan Miragliotta zaprosił do oktagonu lekarza, który ku uciesze teksańskich kibiców orzekł, że Dos Anjos może kontynuować walkę. Do samego końca jednak to Edwards kontrolował pojedynek, a jedyną przeszkodą były dla niego groźne i bolesne low kicki posyłane często przez bardziej doświadczonego z zawodników.

 

Po pięciu rundach konsekwentnie realizowanej przez Edwardsa taktyki o zwycięstwie mieli orzec sędziowie. Ci punktowali jednogłośnie na korzyść Anglika (50-45, 49-46, 49-46), wobec czego to jego ręka powędrowała w górę podczas oficjalnego werdyktu.

 

Teoretycznie ósma wygrana z rzędu sama w sobie stanowi wystarczającą przepustkę do walki o pas, jednak Edwards w wywiadzie parokrotnie zapowiedział, że chce dać nauczkę świetnie spisującemu się w ostatnim czasie w oktagonie Jorge Masvidalowi (34-13, 15 KO, 2 SUB). Czy Dana White przychyli się do prośby "Rocky'ego"?