Jest siatkarzem z najwyższej półki, o tym wiemy. Zdecydowana większość ekspertów twierdzi nawet, że najlepszym na świecie. A przy tym nie ma w sobie nic z gwiazdora.

 

Z Zenitem Kazań wygrał wszystko, co było do wygrania w siatkówce klubowej, w Perugii, gdzie się przeniósł po czterech latach grania w lidze rosyjskiej, zrozumiał, że nie zawsze się wygrywa.


Teraz grać będzie w drużynie podwójnych mistrzów świata. Nikt nie oczekuje od niego, że wystąpi w roli zbawcy. Nic z tych rzeczy. Polacy bez Leona zdobywali złote medale MŚ w 2014 i 2018 roku. Jeśli czekano, to raczej na tego, który wzmocni i tak bardzo silny i potrafiący wygrywać zespół, że będzie kolejnym piekielnie mocnym ogniwem w drużynie prowadzonej przez Vitala Heynena.


I wygląda na to, że 26-letni Kubańczyk z polskim paszportem (31 lipca ma urodziny) doskonale to rozumie. Kubę ostatni raz reprezentował w 2012 roku w finałowym turnieju Ligi Światowej, który Polacy wygrali, a Leon z kolegami stali na najniższym stopniu podium. Dwa lata wcześniej, we Włoszech, mając zaledwie 17 lat, był wicemistrzem świata. Kuba przegrała wtedy w finale z Brazylią.


Teraz ma polską żonę, córkę, mówi w naszym języku i nie ma podstaw, by mieć wątpliwości, gdy zapewnia, że bardzo chce grać w polskiej reprezentacji, bo to przecież jego druga ojczyzna.


A że jego umiejętności sportowe są najwyższej próby, można się tylko z tego cieszyć.


- To wyjątkowo pozytywna postać. Na boisku i poza nim - mówi Ryszard Bosek, złoty medalista olimpijski i mistrz świata w złotej drużynie Huberta Jerzego Wagnera.


Atak i zagrywka Leona muszą robić wrażenie na każdym, kto widział go w akcji. Trudno znaleźć lepszego. Blokować też potrafi na mistrzowskim poziomie. Do tego jest pewny swego, nie popełnia prostych błędów, ma mocną psychikę, jak trzeba bierze ciężar gry na siebie i daje radę – ocenia Bosek.


Podobnego zdania jest Sebastian Świderski, wicemistrz świata z 2006 roku, dziś prezes mistrzów Polski, klubu ZAKSA Kędzierzyn-Koźle. Wilfredo Leon gra na tej samej pozycji, co kiedyś Bosek i on.


- Co do jego sportowego kunsztu chyba wszyscy jesteśmy zgodni. To siatkarz wybitny. Owszem lepszy w ataku niż w przyjęciu, cały świat o tym wie i serwuje w niego, ale Leon sobie radzi. A później nokautuje atakiem. On swoimi występami zarówno w lidze rosyjskiej jak i włoskiej udowodnił co potrafi. Teraz czas na reprezentację Polski. Ciśnienie będzie wielkie, szczególnie w turnieju kwalifikacyjnym do igrzysk, każdy jego ewentualny błąd będzie wielokrotnie analizowany. W tym też jesteśmy mistrzami – mówi Świderski.


W jednym z wywiadów Leon powiedział, że zrobi wszystko to, czego będzie od niego oczekiwał trener Vital Heynen. – Jeśli powie, że mam być atakującym, będę! – miał powiedzieć Leon.


Heynen się od tego odcina, ale nie brakuje głosów, że taki scenariusz też jest możliwy.

 

- Sam kiedyś, w słynnym, wygranym meczu z Włochami podczas mistrzostw świata w Argentynie (2002) zagrałem jako atakujący, więc z góry nie wykluczam takiego rozwiązania, ale sądzę że jest mało prawdopodobne - uważa Świderski.


Takich sytuacji, gdy przyjmujący zostają atakującymi jest oczywiście więcej. W Polsce tak było ze Zbigniewem Bartmanem, który w 2011 roku z konieczności podczas finałowego turnieju Ligi Światowej zmienił pozycję oraz z Bartoszem Kurkiem wracającym do drużyny mistrzów świata po wcześniejszym rozstaniu z kadrą prowadzoną przez Stephane'a Antigę. To Francuz wystąpił wtedy z taką propozycją i cztery lata później, już pod wodzą Heynena, Kurek poprowadził Polaków do kolejnego mistrzostwa jako atakujący, sam zostając MVP turnieju.


O przypadkach zamiany pozycji na jeden mecz, chociażby w PlusLidze już nie wspominam, bo zapewne są dobrze znane i zapamiętane.


Jedno jest pewne, z Wilfredo Leonem w składzie, reprezentacja Polski powinna być jeszcze silniejsza niż przed rokiem, gdy wygrywała mistrzostwa świata. A to zły sygnał dla naszych rywali.