Właśnie kończy pan 50 lat, z których ponad 20 spędził na lekkoatletycznych stadionach i w halach odnosząc wiele międzynarodowych sukcesów. Kariera sportowca to był najważniejszy okres w pana życiu?

 

Artur Partyka: Na pewno jeden z decydujących i najbardziej spektakularnych, który wywarł duży wpływ na całe moje życie. Profesjonalna kariera i związane z nią osiągnięcia była zwieńczeniem chłopięcych marzeń, bo do sportu trafiłem w wieku 10 lat. W moich czasach to było coś normalnego, ponieważ każdy z nas chciał w coś grać, jeździć na rowerze, biegać, skakać, rywalizować. Sport stanowił wówczas bardzo ważny element życia i jakąś alternatywę. Sukcesy sprawiały więc, że czułem się spełniony w tym, czemu postanowiłem się poświęcić.

 

Urodził się pan w Stalowej Woli, ale od zawsze związany jest z Łodzią. Tu, w ŁKS, pod okiem trenerów Marka Maciejewskiego, a następnie Edwarda Hatali zaczynał pan przygodę ze skokiem wzwyż, choć na pierwszy trening w tym klubie trafił do sekcji... piłkarskiej.

 

Tak naprawdę pochodzę z Sandomierza, ale urodziłem się w Stalowej Woli, ponieważ w szpitalu w Sandomierzu na porodówce nie było miejsc. Do Łodzi przeprowadziliśmy się, kiedy miałem siedem lat ze względu na studia mamy. Niewiele później bardzo chciałem zostać bramkarzem i poszedłem na trening w ŁKS, w którym występował wówczas Jan Tomaszewski. Było nas czterech kandydatów i zostałem odrzucony jako jedyny. Odpadłem ze względu na bardzo drobną budowę, przez którą między słupkami nie wzbudzałem respektu. Kiedy spotkaliśmy się po latach z opiekunem naszego rocznika trenerem Pilarskim żartował, że oblanie moich testów bramkarskich było jego największym sukcesem w karierze szkoleniowej, bowiem dzięki temu wylądowałem w sekcji lekkoatletycznej.

 

Przeszedł pan podobną drogę, jak Marcin Gortat, który również zaczynał w ŁKS jako bramkarz.

 

Marcin niedawno przypomniał mi, że często graliśmy razem w piłkę w hali pod nieistniejącą już trybuną przy al. Unii. On wtedy zaczynał swoją przygodę ze sportem, a ja byłem już pod koniec. To pokazuje, że Łódzki Klub Sportowy jest naprawdę fajnym miejscem. Do dziś pozostałem wielkim kibicem piłki nożnej. Uwielbiam futbol i bardzo cieszę się, że po latach ŁKS znów występuje w ekstraklasie. Tym bardziej, że na czele klubu stoi mój przyjaciel Tomasz Salski.

 

Pana lekkoatletyczny talent eksplodował dość szybko, co zaowocowało juniorskimi tytułami mistrza Europy i świata. To zasługa predyspozycji czy ciężkiej pracy?

 

Sukces zawsze jest odpowiednim połączeniem tych dwóch rzeczy. Ja miałem to szczęście, że trafiałem na świetnych szkoleniowców, w osobach Marka Maciejewskiego i Edwarda Hatali, którzy umiejętnie mnie prowadzili i to im zawdzięczam wszystkie osiągnięcia. Przede wszystkim dobierając treningi potrafili wykorzystać moją szczupłą budowę i wysoki wzrost. Rozwijali mnie stopniowo. Pamiętam, że w juniorach miałem znacznie spokojniejsze zajęcia od pozostałych skoczków wzwyż właśnie ze względu na moją budowę. Moim największym atutem była bowiem umiejętność połączenia rytmicznego biegu z bardzo szybkim odbiciem. Tu ważną rolę odegrała też bardzo specyficzna budowa mojej stopy. Ze względu na dużą odległość kostki od pięty nie zrobię pełnego przysiadu, lecz miało to swoje pozytywne strony właśnie w szybkości odbicia.

 

W latach 90. nie było już zawodów, na których Artur Partyka nie stanąłby na podium. Srebrne i brązowe medale przywoził pan z igrzysk olimpijskich i mistrzostw świata, złote z mistrzostw Europy. Któryś z tych skoków utkwił panu najbardziej w pamięci?

 

Wszyscy spodziewają się, że jest nim olimpijski konkurs w Atlancie, gdzie zdobyłem swój najcenniejszy medal w karierze, ale dla mnie najważniejszy był ostatni skok na 2,26 w trzeciej próbie w eliminacjach na igrzyskach w Barcelonie. Jako ostatni z zawodników wszedłem do finału, co ostatecznie skończyło się brązowym medalem. Zresztą jedynym spośród polskich lekkoatletów, bo czasy w naszej "królowej sportu" były chudsze niż dziś. To był dla mnie najważniejszy skok i zawody, które były początkiem nowego etapu mojej kariery.

 

Kibice zapamiętali pana dramatyczne zazwyczaj pojedynki z Kubańczykiem Javierem Sotomayorem i piękną, choć przegraną walkę o olimpijskie złoto w 1996 roku w Atlancie z Charlesem Austinem. Trzeba przyznać, że do rywali nie miał pan szczęścia, bo poprzeczkę - nomen omen - zawieszali wyjątkowo wysoko...

 

Rzeczywiście trafiłem na złotą dekadę w skoku wzwyż. Gdybym skakał parę lat później, pewnie kilka najważniejszych imprez bym wygrał. Przez lata 90. skakaliśmy bardzo wysoko i nieraz do zdobycia jakiegokolwiek medalu potrzebne było 2,35 albo nawet 2,37. W tym roku najlepszy rezultat na świecie to 2,33, co w moich czasach byłoby wynikiem z drugiej dziesiątki. Pamiętam zawody w Eberstadt, gdzie 10 zawodników skoczyło 2,30. Liczba zawodników skaczących bardzo wysoko była naprawdę duża, na czele z szalejącym Sotomayorem czy Austinem, który załatwił mnie w Atlancie. Do dziś do niego należy rekord olimpijski (2,39) z tego konkursu, do tej pory nikt nie pobił też rekordu świata Sotomayora (2,45).

 

Zabrany przez Amerykanina w ostatniej chwili tytuł mistrza olimpijskiego ciągle doskwiera?

 

Nie ma sensu tak myśleć, bo przegrałem w sportowej rywalizacji. Może byłem rozczarowany przed dwa pierwsze dni po konkursie. Teraz bardzo cenię srebro, które jest największym sukcesem w mojej karierze.

 

Bardziej żałuje pan przegranej z Austinem czy nieobecności na swoich czwartych igrzyskach w roku 2000. Był pan wymieniany w gronie faworytów, lecz przez kontuzję nie udało się zbudować formy i musiał podjąć decyzję o rezygnacji z wyjazdu do Sydney.

 

Nie myślę o tym w tych kategoriach, bo to była moja świadoma decyzja. Mogłem pojechać do Sydney, ale w trakcie całej kariery sam przed sobą stawiałem wysokie wymagania. W tym wypadku ważniejsza dla mnie była cała kariera i zaufanie kibiców. Po tym, co osiągnąłem wcześniej, nie mogłem jechać na igrzyska nieprzygotowany, a ja – przez leczenie urazu – nie mogłem pokonać 2,30. W roku igrzysk w trakcie sezonu halowego miałem najlepszy rezultat na świecie (2,37), ale później przytrafiła mi się kontuzja pleców, która wykluczyła mnie z treningów na dwa miesiące. Do dziś pamiętam ból towarzyszący mi podczas powrotu ze zgrupowania w Hiszpanii. Lot przetrwałem tylko dzięki temu, że mogłem położyć się w jednym z rzędów. Ten uraz mocno mnie rozbił i przyspieszył decyzje o rezygnacji z uprawiania sportu.

 

W swojej konkurencji słynął pan z nienagannej techniki. Jak 30 lat temu szlifowało się ją na treningach?

 

Podobnie, jak teraz, bo w pracy nad techniką niewiele się zmieniło. Większość obecnych elementów treningu robiliśmy już w latach 90., bo byliśmy bardzo innowacyjni, jak na tamte czasy. Wprowadzaliśmy w zajęciach mnóstwo nowinek i staraliśmy się korzystać z różnych rzeczy, m.in. ćwiczeń gimnastycznych, pływania, rytmiki. Trener Hatala był na to bardzo otwarty, bo tak szukaliśmy moich rezerw. Chętnie korzystaliśmy też ze współpracy z innymi szkoleniowcami, choćby z Włodzimierzem Michalskim, tatą tyczkarza Łukasza. Byliśmy też m.in. pionierami w sporcie jeśli chodzi krioterapię. Dzięki sponsorowi kupiliśmy jedną z pierwszych w kraju maszyn do krioterapii, co było wówczas ogromnym wydatkiem.

 

Do dziś należy do pana już 23-letni rekord Polski ze stadionu w Eberstadt (2,38) oraz najlepszy rezultat w hali z 2000 r. (2,37). Te osiągnięcia wciąż wywołują dumę czy trochę żalu, że wciąż nie znalazł się godny następca Partyki?

 

Nie przywiązuję w ogóle wagi do mnich rekordów, a na pewno nie zamierzałem przywiązywać się do nich aż na tyle lat. Te wyniki już dawno powinny być poprawione i chyba największą szansę miał na to Sylwester Bednarek. Upatrywałem w nim chłopaka, który może skoczyć nawet 2,40. W jego przypadku sprawę pokrzyżowały jednak kontuzje, ale przecież nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Wierzę, że - jak w polskiej tyczce, gdzie też trzeba było długo czekać na następcę Władysława Kozakiewicza czy Mirka Chmary - tak samo nadejdą dobre czasy dla skoku wzwyż.

 

Ostatni skok w zawodowej karierze oddał pan w 2002 roku. Dziś mimo "50-tki" wciąż utrzymuje pan sylwetkę sportowca. To efekt aktywności fizycznej?

 

Trochę kilogramów jednak mi przybyło. Z aktywności fizycznej oczywiście nie zrezygnowałem, ale po latach cierpień na treningach moja noga więcej nie przekroczy progu siłowni. Dźwiganie ciężarów to było coś, czego w czasie kariery wręcz nienawidziłem. Ale żeby się nie zastać, regularnie staram się biegać i jeździć na rowerze. Lubię też chodzić po górach.

 

Dość szybko po zakończeniu kariery odnalazł się pan w roli komentatora lekkoatletycznych imprez. Wydaje się, że przed mikrofonem czuje się pan równie dobrze, jak na rozbiegu?

 

Sprawia mi to dużą frajdę i mogę powiedzieć, że wciąż robię to, co lubię. Dzięki temu moje przejście na tę drugą stronę życia, po zakończeniu kariery, było dużo łatwiejsze. Ten moment dla zawodowego sportowca zawsze jest bowiem trudny, bo zmienia się wszystko. To rewolucja fizyczna oraz psychiczna, ponieważ oznacza zmianę niemal w każdym obszarze życia.

 

Dzięki nowej pasji może być pan też blisko sukcesów polskich lekkoatletów, których w ostatnich latach nie brakuje...

 

Cieszy mnie to ogromnie, bo świetna passa naszych lekkoatletów trwa już od kilku dobrych lat i na szczęście nie zanosi się, żeby miało się to zmienić. Naszą siłę widać nawet w zawodach Diamentowej Ligi, gdzie kiedyś sukcesem było zgromadzenie czterech czy pięciu Biało-Czerwonych w jednym mityngu. Teraz to już standard, a nieraz jest ich nawet 10. To najlepiej pokazuje naszą pozycję w świecie.

 

Nie myślał pan, żeby po zakończeniu kariery zająć się szkoleniem i wychować przyszłego mistrza?

 

Nie mam do tego odpowiednich predyspozycji. Przede wszystkim brakuje mi cierpliwości. Odpuściłem sobie ten pomysł, ale zawsze jestem chętny do doradzenia i wspierania radą polskich skoczków.

 

Za to sporo czasu spędza pan w szkołach. Udaje się namówić młodzież do uprawiania sportu?

 

Wizyty w szkołach i różnego rodzaju akcje propagujące lekkoatletykę traktuję jako rodzaj misji i zobowiązania po karierze. Kiedyś też ktoś do mnie przychodził i mówił o pięknych sportowych emocjach i wspomnieniach. Pamiętam spotkania z panią Ireną Szewińską czy Stanisławem Marusarzem w Zakopanem. To samo musimy robić teraz, bo dzieci muszą mieć jakieś przykłady. To element wychowawczy, który według mnie działa. Do uprawiania sportu daje się namówić naprawdę wielu uczniów.

 

Młodszym zapewne musi pan przypominać swoje osiągnięcia. W latach 90. należał pan jednak do najpopularniejszych polskich sportowców. Kibice pamiętają jeszcze o tamtych sukcesach, np. zaczepiając na ulicy?

 

Nieraz to się zdarza, czy to w taksówce, czy w restauracji. Mnóstwo ludzi pamięta konkurs z Atlanty, co jest dla mnie bardzo przyjemne. Wspominają, bo zawsze pięknie się do tego wraca. Tego nikt mi nie zabierze i jest czymś, co przetrwa.

 

Zdmuchując 50 świeczek na urodzinowym torcie jeszcze raz pomyśli pan o swojej karierze czy o życzeniu do spełnienia?

 

Myśli pewnie będzie dużo, bo jednak jest to znacząca data w życiu człowieka. Na szczęście, czasy się zmieniają i dzisiejsi 50-latkowie nie są tak "zdziadziali", jak kiedyś. Sam chodzę w t-shircie, nadaję na podobnych falach z moją 22-letnią córką Alicją. Robię to, co lubię i generalnie nie mam na co narzekać, a nad tym jednym życzeniem jeszcze nie myślałem.