Hans Nielsen, Mark Loram, Chris Louis i… Tomasz Gollob. Miłośnikom żużla nie trzeba przypominać składu finału A podczas inauguracyjnej rundy Speedway GP, która odbyła się na Stadionie Olimpijskim w maju 1995 roku. Kapitalne ściganie okraszone zwycięstwem Tomasza Golloba w golfiku legendarnego Joe Hughesa… Bywało i tak, że powódź, która nawiedziła miasto nad Odrą storpedowała GP w 1997 roku. Negocjacjom i targom nie było końca. Drzwiczki do szatni otwierały się i zamykały. Radzono, dyskutowano, Ole Olsen łączył zwaśnione strony. Wrocław swoje przeżył w wymiarze żużlowym, a warto pamiętać, że przed erą Grand Prix, na Stadionie Olimpijskim czarowali i smarowali bandę balsamem tacy arcymistrzowie jak Ivan Gerald Mauger, Paweł Waloszek, Antoni Woryna, Henryk Gluecklich, Jan Mucha, Soren Sjoesten, Walery Klementiew, Barry Briggs, Anders Michanek, Gienadij Kurylenko i Trevor Hedge… Finał indywidualnych mistrzostw świata rozegrany we Wrocławiu 6 września 1970 roku był wspaniałym świętem sportu w kraju targanym ogromnymi problemami. Dziesięć lat później na Stadionie Olimpijskim odbył się finał Drużynowych Mistrzostw Świata, w którym ścigali się tak fenomenalni żużlowcy jak Bruce Penhall, Michael Lee, Peter Collins, Dave Jessup, Scott Autrey, Bobby Schwartz, Ron Preston, Chris Morton, Edward Jancarz, Zenon Plech, Petr Ondrasik, Jiri Stancl, Vaclav Verner… Coś pięknego co sprawia, że serce bije szybciej. Współcześni artyści żużla najwyraźniej mieli na uwadze fakt, że we wrocławskiej świątyni żużla nie wypada kaleczyć tego sportu i zadbali o każdy detal. Wyprzedzeń, zwrotów akcji i niespodziewanych rozstrzygnięć było co niemiara. Ze wszech miar wrocławska runda GP – Betard FIM Speedway GP of Poland – była póki co najbardziej eleganckim bukietem kwiatów skomponowanym w żużlowym ogrodzie w tym sezonie…

 

Słodko – gorzki Janusz Kołodziej

 

„Koldi” jest uroczym jegomościem. Pasuje do sportów off-roadowych jak mało kto… Jest najbardziej naturalny i prawdziwy w tym co robi. Sekret tkwi w tym, że pomimo 35 lat na karku Janusz wciąż zachował lekkość i niewinność brzdąca. Dziwuje się rozmachowi GP i przygląda całemu zamieszaniu niczym dziecko, które po raz pierwszy poznaje smak trdelnika – tradycyjnego słowackiego przysmaku. Czterokrotny indywidualny mistrz Polski (pod względem liczby zdobytych medali w finałach IMP Janusz zrównał się z Zenonem Plechem i Andrzejem Wyglendą – też ma ich 7) nie ukrywa, że podczas GP w Warszawie nie miał czasu, aby złożyć wizytę w toalecie. Nad Wełtawą okrutnie bardzo chciał świętować z mechanikami swoją dziewiczą wiktorię, a tymczasem kazano mu wędrować do salki konferencyjnej i mówić w obcym języku… Nie sposób nie lubić Janusza. Za szczerość i otwartość. W półfinałowym wyścigu GP we Wrocławiu „Koldi” wręcz przyklejał się do Macieja Janowskiego. „Magic” i „Koldi” walczyli ze sobą niczym dwa cienie, jak dwa ukochane koty Bohumila Hrabala, które chciałyby pędzić za tymże samym motkiem zgręplowanej wełny… Janusz cudem zdołał nakryć Maćka na wejściu w kluczowy przedostatni wiraż, Maciej odgryzł się „nożycami” na ostatnim łuku, ale wrocławscy fani omdleli, gdyż Janosia zabrakło w wielkim finale.    

 

„Koldi” to mistrz obserwacji. Piątkowy termin miał wolny, gdyż Fogo Unia Leszno odpoczywała od ligowych zmagań (dopiero w niedzielę 4 sierpnia byki latały w starciu ze Staleczką Gorzów), więc Janusz poświęcił mnóstwo czasu, aby wgryźć się w klimat GP. Najwidoczniej sporo się „naumiał” podglądając najlepszych na świecie, skoro już w trzecim wyścigu wieczoru ograbił ze sławy takich asów jak Bartosz Zmarzlik, Artiom Łaguta i Max Fricke. W ósmym wyścigu nie zdołał powstrzymać szybszego niczym tatrzańscy horolezcy Martina Vaculika, a w trzeciej serii startów Janusz ścigał się niczym profesor Hans Nielsen. W dziesiątym wyścigu w mistrzowskim stylu Janusz Kołodziej pokonał Leona Madsena, Mateja Zagara i Taia Woffindena. Wypuścił bike’a, pozwolił mu jechać. Jakby tańczył na Balu Żużlowca z małżonką. Pozwolił jej puścić wodze fantazji. A motocykl płynął i nawet rozpędzony Leon z Wejherowa nie był w stanie go dopaść. Komandos z Ljubljany oglądał plecy Kołodzieja, a wracający do ścigania „Woffy”, przyjechał na czwartym miejscu. Tai to prawdziwy mistrz. „Zdobyłem bezcennych 6 oczek, ale mój występ pokazuje, że człowiek nie docenia osiągnięć kiedy jest w sztosie od początku sezonu. Trudno wrócić po skomplikowanej kontuzji do akcji, a chłopcy udowodnili dziś, że nie stosują taryfy ulgowej dla rekonwalescenta. Dobrze, bo w mistrzostwach świata nie ma miejsca na ukłony względem rywali” – mawia wspaniały sportowiec Tai Woffinden. „Woffy” – wciąż urzędujący indywidualny mistrz świata to dobra duszyczka. Pomógł Charlesowi Wrightowi zdobyć tytuł mistrza Anglii. Podczas finału brytyjskiego w Manchesterze wsparł Charlesa cenną radą: „zapomnij o wykluczeniu, usiądź na krzesełku, skup się na kolejnym wyścigu, nie rozpamiętuj tego co wydarzyło się wcześniej” – wyszeptał Tai Charlesowi za co Wrighty jest mu dozgonnie wdzięczny… 

 

„Koldi” błyszczał, wymieniał uwagi z „Cegłą”, a po dwunastu wyścigach legitymował się znakomitym wynikiem: 8 oczek na 9 możliwych do zgarnięcia. Kapitalną męską walkę na noże, widelce i łokcie stoczyli w jedenastym wyścigu: Jason Kevin Doyle, Fredrik Lindgren i Bartosz Zmarzlik. Kangur „Doyley” wchodził w krawężnik bez pardonu, a po chwili Freddie pokazał, że potrafi staranować przednie koło Zmarzlika na wejściu w wiraż. Tak się ścigają najlepsi w GP. Zapachniało żużlem z lat 90-tych. Pełna krasa, bajeczna technika i odlotowe akcje. Przy okazji: Lindgren, było nie było brązowy medalista SGP’2018 oznajmił, że honorowo będzie się ścigał do końca sezonu w barwach Smederny Eskilstuny, ale nie podoba mu się postępowanie władz klubu, mało eleganckie traktowanie kibica, więc nie wyklucza rezygnacji z jazdy w Szwecji w 2020 roku… „Chamstwu w życiu należy przeciwstawiać się siłom i godnościom osobistom” – mawiał wybitny aktor teatralny i filmowy Jan Kobuszewski, więc niechaj Freddie Lindgren opuszcza knieje pod Eskilstuną i oddycha pełną piersią w Częstochowie oraz księstwie Andory…  

 

Janusz Kołodziej zachwycał dojrzałą jazdą i tuż po polaniu toru zainkasował kolejne dwa oczka, choć tym razem uciekł mu po orbicie wicemistrz świata z 2017 roku – Patryk Dudek. W dziewiętnastym wyścigu Janusz Kołodziej znów ścigał się w olśniewającym stylu. Wykorzystywał i obierał najszybsze ścieżki, a duet Szwedów: Lindbaeck i Lindgren okazał się bezradny. Maciej Janowski szarpał, ale niewiele mógł uczynić. Po serii zasadniczej fachowcy, którzy przed sezonem mawiali, że Kołodziej będzie efemerydą, zdębieli. Otóż na czele klasyfikacji po dwudziestu wyścigach widniał „Koldi” – wychowanek tarnowskiej Unii. 13 punktów – imponujący dorobek Janusza. 

W półfinale „Koldi” stoczył fenomenalny bój z Maciejem Janowskim, powiększył skarbiec do 15 punktów i niecierpliwie czekał na finał. W tymże finale początkowo wszystko układało się po myśli Janusza, bo wraz ze Słowakiem Martinem Vaculikiem wyszli błyskawicznie spod taśmy. Szkopuł w tym, że Martin uznał Kołodzieja za głównego rywala, bo miał świadomość jak szybki na trasie jest Janusz. Słowak z Żarnovicy i Polak z Galicji byli tak zaaferowani walką na prostej przeciwległej, że otworzyli bramę przy wewnętrznej dla Bartosza Zmarzlika. A Bartosz, który czekał na pierwszą wygraną w GP Polski poza swoim ogródkiem w Gorzowie Wielkopolskim, skwapliwie skorzystał z szansy… „Jestem zły na siebie, bo przez całe zawody we Wrocławiu dysponowałem szybkością. A czwarte miejsce jest najgorsze dla sportowca. Cieszą mnie punkty i wysokie siódme miejsce w klasyfikacji GP, ale wiem, że we Wrocławiu stać mnie było na więcej… Nic to, teraz spędzę trochę czasu przed komputerem. Muszę odrobić zadanie domowe… Chcę obejrzeć na youtube.com sporo wyścigów z toru w szwedzkiej Malilli. Jejku, wieki całe tam nie jeździłem, więc muszę sobie przypomnieć jak pracować na wirażach w Malilli…” – mówi jowialny Janusz Kołodziej. A kolejna runda MŚ już 17 sierpnia w bajkowym lesie nieopodal Malilli…

 

Powrót Gardella

 

Bartosz Zmarzlik po raz piąty triumfował w zawodach Speedway GP, ale jest dopiero drugim polskim żużlowcem, który wygrał Grand Prix na Stadionie Olimpijskim we Wrocławiu. Tomasz Gollob triumfował w 1995 roku. W kolejnych edycjach próżno było szukać zwycięzcy z orzełkiem na plastronie… W 1996 roku we Wrocławiu zwyciężył człowiek, który pokonał poważny uraz kręgosłupa – brązowy medalista IMŚ z Wembley’1981 – Duńczyk Tommy Knudsen. W 1997 roku nie było mocnych na Grega Hancocka. W 1999 roku Tomasz Gollob po magicznej akcji z Jimmym Nilsenem zwyciężył we Wrocławiu. W 2000 roku królem wrocławskiego toru był Tony Rickardsson. W 2004 roku szalał zawodnik obdarzony dziką kartą – Grzegorz Walasek (najlepszy występ zawodnika z dziką kartą w historii wrocławskiej rundy GP – szóste miejsce), a triumfował Duńczyk Bjarne Pedersen. W 2005 roku drugi skalp dorzucił Tony Rickardsson, a rok później błyszczał Jason Crump. Wreszcie, ostatni turniej GP jaki rozegrano we Wrocławiu przed utratą praw gospodarza, w 2007 roku wygrał Nicki Pedersen. 

Co intrygujące, sędzią turnieju we Wrocławiu w 2007 roku był… dawny reprezentant Filbyterny Linkoeping i Indianerny Kumli – Szwed Krister Gardell. Sędzią turnieju stojącego na kosmicznym poziomie w 2019 roku we Wrocławiu był… tenże Krister Gardell. To rozsądne rozwiązanie, bo Krister jest jedynym sędzią w tegorocznym cyklu, który siedział na bike’u, więc posiada inny strumień świadomości niż ludzie, którzy nie ubrudzili się na torze i nie odwiedzili szpitala w Czerwonogradzie o drugiej szesnaście nad ranem… Wrocławski tor sprzyjał walce tytanów co jest niebywałą zasługą Rafała Dobruckiego i Phila Morrisa. Co niezwykłe, we Wrocławiu, w odróżnieniu od innych aren Speedway GP, nie ma wyrazistej przewagi jednego pola startowego nad drugim. Do 2019 roku, zawodnik stojący na pierwszym polu startowym wygrywał 24 razy. Żużlowiec w kasku niebieskim królował 23 razy. Zawodnik puszczający klamkę z trzeciego pola wygrywał 28 razy, a żużlowiec startujący z najbardziej zewnętrznego pola w kasku żółtym zwyciężył w 24 przypadkach. A zatem próżno szukać dysproporcji… To zacny argument przemawiający za Wrocławiem. 

 

Janusz Kołodziej startował we Wrocławiu w 2006 roku jako rezerwa toru, ale w jedynym wyścigu nie zdobył choćby punktu. Z kolei w 2007 roku we Wrocławiu wystarczyło uzbierać 6 oczek, aby wturlać się do półfinału. Tak uczynił wówczas Hans Andersen, dziś zawodnik pierwszoligowego Orła Łódź w Nice lidze, a w Anglii reprezentant Peterborough Panthers w Premiership…

I bądź tu mądry i pisz wiersze… Jedno jest pewne: osobnik, który podpisał umowę na organizację GP we Wrocławiu miał niezwykłe wyczucie. I nawet krasnal postawiony dzięki staraniom kibiców i znanego wrocławskiego dziennikarza Łukasza Malaki na pamiątkę osiągnięć Tomasza Jędrzejaka i towarzyszące temu żenujące wydarzenia (władze klubu nie błysnęły intelektem), potrafi się uśmiechnąć na wspomnienie jedenastego wyścigu FIM Betard GP of Poland…