- Jestem wzruszony, że doszło do takiego meczu. Niektórych kolegów nie widziałem 10, 20, a z kilkoma spotkałem się po ponad 30 latach. Super było, nie tylko w trakcie konfrontacji na boisku, ale także na bankiecie, porozmawiać i powspominać pewne sytuacje i stare dzieje. Cieszę się, że nie zabrakło kibiców. Każdemu z osobna chciałbym podziękować i podać rękę, ale fizycznie było to niemożliwe. No i w Gdańsku dostałem też największy puchar w życiu – powiedział Wałdoch.

 

Oldboje Schalke 04 pokonały zespół jego przyjaciół 4:2. Losy tej konfrontacji ważyły się jednak do końcowego gwizdka, bo dopiero w ostatniej minucie goście zdobyli czwartą bramkę.

 

- Dla mnie to nie było zaskoczenie. Wystąpiłem w ekipie Schalke, bo nie chciałem robić zamieszania i zmieniać w przerwie zespołów. Przestrzegałem swoją drużynę i od razu zapowiedziałem, że będę grał od pierwszej do ostatniej minuty. Znając moich kolegów z przeszłości wiedziałem, że nawet kiedy prowadziliśmy 3:0, oni tak łatwo się nie poddadzą. I tak faktycznie było. Udało nam się jednak wygrać, chociaż wynik był ważny, ale nie najważniejszy – dodał.

 

Największy sukces 48-letni obecnie szkoleniowiec odniósł w 1992 roku na igrzyskach w Barcelonie, gdzie biało-czerwoni zdobyli srebrny medal. Na benefisie ekipa trenera Janusza Wójcika nie była jednak zbyt licznie reprezentowana – pojawili się obecny selekcjoner Jerzy Brzęczek oraz Dariusz Gęsior i Andrzej Kobylański.

 

- To nie miał być wspomnieniowy mecz reprezentacji olimpijskiej. Zresztą lista zaproszonych gości była szersza, ale nie wszyscy mogli pojawić się w Gdańsku. Cieszyłem się z każdego gościa, który zagrał w tym spotkaniu. Niektórzy przyjechali z bardzo daleka i często kosztem swoich zawodowych obowiązków poświęcili swój czas dla mnie. Za to jestem im bardzo wdzięczny – stwierdził.

 

To spotkanie odbyło się na byłym stadionie Lechii przy ul. Traugutta. Wałdoch nigdy nie grał w tym klubie - jako młody chłopak mieszkał na osiedlu Przymorze na ul. Kołobrzeskiej w tzw. blokach leningradzkich (w oficjalnej propagandzie zbudowane na początku lat 70. trzy budynki były darem zaprzyjaźnionego Leningradu dla gdańskich stoczniowców) i był wychowankiem Stoczniowca.

 

W 1988 roku przeszedł do Górnika Zabrze, a siedem lat później wyjechał do Niemiec, gdzie najpierw występował w VfL Bochum, a następnie w Schalke 04.

 

- Wiadomo w jakim stanie jest obiekt przy Marynarki Polskiej, gdzie się wychowałem. To klub bliski mojemu sercu, a przecież nie jestem jego jedynym wychowankiem. Ze Stoczniowca, który upada, wywodzi się wielu znanych piłkarzy i mam nadzieję, że uda się go utrzymać przy życiu. Zagraliśmy na byłym stadionie Lechii, który jest pewnym symbolem Gdańska. Najważniejszy był zamysł i bardzo się cieszę, że do takiego meczu doszło – zapewnił.

 

Uczestnik mistrzostw świata w 2002 roku w Kolei Południowej i Japonii stara się na bieżąca śledzić wyniki polskich lig, a zwłaszcza dokonania Górnika Zabrze.

 

- To drugi polski klub, który darzę wielkim sentymentem. A jaka jest polska ekstraklasa, wszyscy widzą. Poziom każdej ligi trzeba oceniać przez pryzmat wyników na arenie międzynarodowej, a nasze drużyny większych sukcesów w ostatnich latach nie osiągają. Nie wygląda to tak jakbyśmy sobie tego życzyli, ale nie mnie oceniać. Od wielu lat przebywam w Niemczech, zajmuję się tamtą piłką oraz tamtym szkoleniem i z daleka trudno mi mówić, co poszło nie tak i źle funkcjonuje. Trzymam kciuki za polskie zespoły, ale nie siedzę w tym środowisku i nie wypada mi nikogo pouczać – zauważył.

 

Były reprezentant biało-czerwonych mieszka w Bochum i nie ukrywa, że nie zamierza na stałe wracać do Polski. Podkreśla, że jego rodzina czuję się w Niemczech znakomicie, a on ma super pracę, która daje mu wielką satysfakcję.

 

- Jestem w sztabie szkoleniowym drugiej amatorskiej drużyny Schalke, która występuje w IV lidze. Zdrowie mi dopisuje, a wielkich ambicji nie mam i nie potrzebuję ogromnego stresu z jakim styka się pierwszy trener. Do kraju przyjeżdżamy z reguły dwa razy do roku, latem i na Święta Bożego Narodzenia. Teraz przekroczyłem normę i jestem trzeci raz, ale to sytuacja wyjątkowa. Zresztą powinienem być teraz z zespołem, który w momencie mojego benefisu rozgrywał inauguracyjny ligowy mecz. Zremisowaliśmy u siebie 1:1 z SV Lippstadt – zdradził.

 

W Niemczech członek Klubu Wybitnego Reprezentanta nie odcina się od ojczyzny. Udziela się bowiem w Polskiej Misji Katolickiej w Bochum.

 

- Regularnie uczęszczam do kościoła, ale chodzę na polskie msze. Jestem też w radzie parafialnej i kiedy organizujemy festyny odpowiadam za część gastronomiczną. Najczęściej można spotkać mnie za grillem. Smażę i rozdaję kiełbaski – podsumował.