Dla wielu fanów MMA powrót Diaza był niemal wydarzeniem roku. Charyzmatyczny Amerykanin nie walczył od blisko trzech lat, kiedy przegrał, jego zdaniem niesłusznie, z Conorem McGregorem. Po wielu próbach i namowach szefa UFC Dany White'a, zawodnik dał się w końcu namówić na stoczenie kolejnego pojedynku.

 

Taryfy ulgowej nie było, gdyż jego rywalem został były mistrz wagi lekkiej Anthony Pettis. Starcie zostało zakontraktowane w kategorii półśredniej, w której "Showtime" dość niespodziewanie znokautował Stephena Thompsona.

 

Znaków zapytania przy nazwisku Diaza było mnóstwo. Czy przygotował się odpowiednio do takiej walki, czy po takiej przerwie będzie w stanie wrócić do najwyższej formy? Szybko otrzymaliśmy odpowiedź, że z nim wszystko w porządku. Diaz podszedł do tego starcia w bardzo mądry sposób, wciągnął Pettisa w swoją grę i zasłużenie wygrał na punkty.

Od początku był aktywniejszy w stójce, a jego praca w klinczu sprawiała przeciwnikowi mnóstwo kłopotów. Co prawda "Showtime", kiedy miał jeszcze sporo sił, starał się ciągle poruszać, by nie dać się zaciągnąć do ulubionych płaszczyzn Diaza, to z czasem tracił coraz więcej energii. Stało się tak dzięki tytanicznej pracy powracającego po ponad trzech latach zawodnika ze Stockton.

Diaz był bliski wygrania przed czasem, kiedy to w trzeciej rundzie trafił Pettisa kilkoma kolanami. Nie wiadomo jak, ale były mistrz przetrwał tę nawałnicę, a później znalazł się nawet w korzystnej pozycji w parterze, lecz Diaz nie dał się zaskoczyć.

Po trzech rundach sędziowie zgodnie przyznali zwycięstwo Diazowi, który po chwili wyzwał do starcia Jorge Masvidala.

Wynik walki:

Nate Diaz (20-11, 5 KO, 11 SUB) pokonał jednogłośnie na punkty (2x 30:27, 29:28) Anthony'ego Pettisa (22-9, 11 KO, 7 SUB)