Kaczor pod koniec roku wziął rozbrat ze sportem, ale wrócił do treningów za namową trenera Marka Plocha. Były opiekun polskiej kadry, pracował wówczas z reprezentacją Chin. Przez blisko pięć miesięcy pracował niezwykle ciężko, a efekty przyszły bardzo szybko - dwa trzecie miejsca na zawodach Pucharu Świata, złoto na Igrzyskach Europejskich i w niedzielę sięgnął po największy sukces karierze - wicemistrzostwo świata w olimpijskiej konkurencji - jedynce na 1000 metrów.
 
W międzyczasie zakończył współpracę z Chińczykami i także z Plochem. Wrócił pod skrzydła swojego klubowego trenera Dariusza Bresińskiego.
 
Zawody w Szegedzie nie zaczęły się dla niego obiecująco. Wprawdzie bez kłopotów awansował do półfinału, ale sam nie był zadowolony ze swojego przedbiegu.
 
– Była jakaś chwila zwątpienia po przedbiegu, zacząłem się zastanawiać, czy na pewno dobrze przepracowałem ten czas. Szukałem swojego luzu, który miałem w Mińsku na Igrzyskach Europejskich. W półfinale było już lepiej, 'przepaliłem się' porządnie aż wylądowałem w karetce. Pogoda robi swoje, temperatura osiąga nawet 37 stopni, do tego jest parno – przyznał zawodnik Warty Poznań.
 
Finałowy wyścig rozegrał "po swojemu". Cały czas trzymał się w ścisłej czołówce, Brazylijczyk Isaquias Queiroz Dos Santos był poza zasięgiem i nie próbował go nawet gonić.
 
– Z finału mało pamiętam. Niewiele się rozglądałem, nie kalkulowałem, tylko płynąłem swoje. I liczyłem: 900 metrów, 800, 700, 600 i tak do mety. Gdy zostało 300 metrów, powiedziałem sobie, teraz dodaj siły, ale było pod wiatr, to jeszcze wyczekałem. Ruszyłem ostro na 200 metrów przed metą – opowiadał.
 
Dla 30-letniego kanadyjkarza to najlepszy sezon w karierze, choć jak zaznaczył, nie był on usłany różami.
 
– To był pokręcony rok, usłany kolcami na tej mojej drodze. Ale na końcu szedłem jak po perskim dywanie. Chyba trzeba czasami w życiu dostać po tyłku, żeby przemyśleć pewne sprawy i podejść do nich w inny sposób – stwierdził.
 
Sukces zadedykował swojej żonie, która namówiła go na kontynuowanie kariery i jednocześnie na swoje barki wzięła wychowanie dwóch synów.
 
– Ja już byłem zrezygnowany, ale ona mnie namówiła, żebym dał sobie jeszcze jedną szansę. Tak, żebym później nie miał sobie nic do zarzucenia. Ten sukces zawdzięczam też trenerowi Plochowi, bo to on mi podał rękę i postanowił pomóc. I nie mogę zapomnieć o trenerze klubowym Darku Bresińskim, który zawsze mnie wspiera, bez względu na to czy jest dobrze, czy źle. Ten trzyosobowy team zagrał i to przyniosło efekt – podsumował Kaczor.