Trener San Antonio Spurs Gregg Popovich potrzebował 50 powołań do reprezentacji, żeby (z olbrzymim trudem) złożyć ekipę 15 graczy, którzy zgodzili się brać udział w krótkim obozie treningowym w Las Vegas, przed wylotem na mistrzostwa w Chinach. Dalej było jeszcze trudniej, bo z tych, którzy pierwotnie się zgodzili, ubyły później tak znane nazwiska jak Anthony Davis, James Harden, Damian Lillard, CJ McCollum, Bradley Beal, Tobias Harris, Kyle Lowry, a na końcu, już podczas meczu testowego, kontuzja przytrafiła się Kyle Kuzma. Napisać, że ci, których zabraknie są lepsi niż ci, których zobaczymy w Chinach, byłoby wielkim niedopowiedzeniem. Znając te fakty, przegrana podczas meczu testowego z Australią, pierwsza od 2003 roku zespołu z graczami z NBA, pierwsza od 78 spotkań, nie była dla nikogo szokiem.

 

Najgorsza drużyna USA w historii? Fakty mówią: Tak. Jak napisał jeden z dziennikarzy w USA "reprezentacja USA wygląda jak mieszanka byłych i obecnych koszykarzy Boston Celtics, zespołu, który pewnie nie wygra w tym sezonie 50 meczów". Nie była to przesada. W drużynie Popovicha jest tylko jeden gracz występujący w Meczu Gwiazd (Kemba Walker) – tak źle w reprezentacji USA jeszcze nigdy nie było. Podobnie jak zespołu złożonego z graczy, których ogólny dorobek zwycięstw w zespołach NBA wynosi tylko 54. Dla porównania – kolejna najgorsza drużyna USA w tym zestawieniu, to ekipa z 1998 roku – 80 zwycięstw! Tych, którzy zasugerują, że to młody zespół graczy, dopiero pracujący na zwycięstwa, też rozczaruję: od 2004 roku, każda z mistrzowskich drużyn była Młodsza do tej, którą kibice zobaczą w Chinach.

 

Amerykanie mają szansę – jako pierwszy zespół w prawie 70-letniej historii mistrzostw świata – wygrać trzeci kolejny tytuł najlepszej drużyny globu. Zdaniem komentatorów w USA, wygranie mistrzostwa graniczyć będzie jednak z cudem. Po kontuzji Kuzmy, Popovich zabrał do Chin tylko dwunastu graczy, a przepisy FIBA są jasne – w trakcie turnieju, nawet jeśli przydarzy kontuzja wykluczająca gracza z turnieju, nie wolno wymienić go na nikogo spoza wcześniej zgłoszonej 12. Kiedy zespół USA przegrał dwa mecze testowe w Los Angeles z wybraną przez trenera Popovicha drużyną rywali, jeden z managerów klubowych NBA nazwał to, co pokazali na parkiecie "oglądaniem grupy amatorów, którzy zebrali się na wieczorny meczy z kumplami i każdy robi na parkiecie, co mu się podoba”.


Faworyci mimo wszystko? Tak to wygląda, bo pomimo wspomnianych zastrzeżeń, drużyna Stanów Zjednoczonych ciągle ma najbardziej wyrównany skład ze wszystkich drużyn uczestniczących w MŚ. Niekoniecznie też w każdym spotkaniu będą mieli najlepszego gracza na parkiecie (będzie o to trudno w meczach choćby z Grecją czy Serbią), ale kluczowe dla sukcesu będzie szybkie objęcie prowadzenia. Patrząc jak słabo w meczach testowych Amerykanie rzucali z dystansu, trudno wyobrazić sobie, by „dogonili” rywali, którzy w ostatnich pięciu minutach będą na prowadzeniu. Najgroźniejsi rywale to Grecja (z MVP NBA Giannisem Antetokounmpo) i Serbia (z Nikola Jokicem) – w drużynie USA nie ma nikogo, kto potrafiłby wyłączyć ich z gry w krytycznych momentach spotkań.