Iwańczyk o siatkarkach: Dziewczyny z cienia

Siatkówka
Iwańczyk o siatkarkach: Dziewczyny z cienia
Fot. Cyfrasport

Wracając z Turcji bez medalu polskie siatkarki osiągnęły największy sukces od dekady. Zrobiły to, bo dla działaczy, środowiska, nawet części kibiców przestały być ważne. Jak się okazało, w polskich warunkach to przepis na sukces.

Przez ostatnie dziesięć lat wrażeń dostarczali wyłącznie panowie; dwukrotne, niemające precedensu w historii złoto mistrzostwo świata, wyjazdy na kolejne igrzyska olimpijskie do Londynu i Rio de Janeiro zakończone ćwierćfinałami, sześć finałów Ligi Światowej/Narodów okraszone trzema medalami. To wszystko w atmosferze emocji, oczekiwań, ciągłego potwierdzania należnego polskiej siatkówce miejsca na samym szczycie. Do tego częste, momentami histeryczne wolty związane ze sposobem funkcjonowania reprezentacji, jej budowy, w konsekwencji zmiany selekcjonerów, których od 2009 r. reprezentacja miała aż pięciu.

 

Cała uwaga ludzi związanych z siatkówką skupiła się na jednej drużynie. Kobiecy zespół, choć wcześniej to on przez rozmaite koleje losu nie mógł zaznać spokoju, zszedł zupełnie w cień. Tych niepokojów było mnóstwo. Od 2003 r., czyli pierwszego złotego medalu mistrzostw Europy, przez kolejne sezony wymagano od kadry więcej niż miała w sobie potencjału. Drugie mistrzostwo Europy, do tego awans po 40 latach na igrzyska olimpijskie powodował, że drużynę najpierw Andrzeja Niemczyka, a później Marco Bonitty potraktowano jak kurę, która ma znosić złote jajka.

 

Pomińmy w tym miejscu problemy ogólnoludzkie, z jakim mierzyły się ówczesne drużyny – nie zawsze wszystkim ze wszystkimi było po drodze, wątki pozasportowe bardzo często stanowiły o obliczu drużyny, o spokoju nie mogło być mowy. Doświadczali tego kolejni trenerzy: Jerzy Matlak, Wiesław Popik, Alojzy Świderek czy Piotr Makowski. Od nich również oczekiwano ponad miarę, zupełnie nie bacząc na odchodzące pokolenie Złotek, niepokojącą tendencję przepłacania ligowych kontraktów, czy wreszcie wyraźną dekoniunkturę sportową na tle innych europejskich czy światowych zespołów.

 

Kiedy w 2015 r. przejmował kadrę Jacek Nawrocki, wydawało się, że jak poprzednicy, weźmie ją tylko na moment. Że już za chwilę ktoś rozliczy go z braku sukcesu, będzie wymagał „tu i teraz”. Aż nagle paniom spadł z nieba sukces kadry Stephane’a Antigi, złoto ze Spodka spowodowało przerzucenie presji wyłącznie na mężczyzn.

 

Nawrocki jest metodykiem, zarządza grupą według sportowych prawideł od wnikliwej selekcji poprzez cierpliwe szkolenie. Nie idzie na skróty, porzuca pokusę wyniku za wszelką cenę, co wyklucza pomyłkę lub przeoczenie kogoś dla kadry wartościowego. Jest jednak i druga strona medalu – w warunkach tych trudno o spektakularne wyniki, zakładane cele należy wyznaczać ostrożnie, drużyny budowane w ten sposób trudniej radzą sobie z presją oczekiwań, najlepiej wychodzi im, kiedy mogą, a nie muszą.

 

Sam Nawrocki nie ma z kolei cech, z których słynął np. Niemczyk. Nie wywróci strategii do góry nogami, jeśli uzna, że może ona dać powodzenie. Nie dokona roszad personalnych, które wywołają pozytywny wstrząs. Wszystko jest poukładane, wszystko ma swoje miejsce, ale i ograniczenia.

 

Tą metodą zarządzania grupą trener Nawrocki wysunie się za rok na pozycję samodzielnego lidera w historii żeńskiej siatkówki pod względem stażu z pierwszą reprezentacją. Już teraz szkoleniowiec z Tomaszowa nawiązał do monumentalnej postaci Benedykta Krysika, z którym Polki sięgnęły w latach 60. po brąz igrzysk olimpijskich, czy późniejszych selekcjonerów – Edwarda Superlaka czy Zbigniewa Krzyżanowskiego.

 

Z Turcji polskie siatkarki wróciły bez medalu, ale osiągnęły największy sukces od dekady. Trudno mi się do końca zgodzić, że jest to kres możliwości tej grupy. Mimo że w półfinałowej czwórce Biało-Czerwone zostały boleśnie zweryfikowane przez Turczynki i Włoszki, a w grupowej fazie czy też w ćwierćfinale przeciwko Niemkom wyraźnie dopisywało im szczęście.

 

Średnia wieku podstawowego składu nie przekracza 25 lat, Malwina Smarzek-Godek czy Magdalena Stysiak dopiero uczą się swojego fachu, a udział w Euro był dla nich lekcją, z której wyjdą bogatsze o kilka lat doświadczeń. Obie będą otrzaskiwać się teraz poza krajem, na kolejne imprezy przyjadą w roli siatkarek „pełną gębą”, a nie rokujących zawodniczek, które dopiero zdobywają potrzebne szlify.

 

Polska siatkówka kobieca, pracując w stylu, jaki zaproponował Nawrocki, jest w stanie sięgać po sukcesy. Pod warunkiem, że środowisko nie zacznie na tę drużynę spoglądać ze szczególną uwagą…

Przemysław Iwańczyk, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze