Dziś oczekiwania są medalowe, co do tego chyba nikt nie ma wątpliwości. Zresztą jak tu nie oczekiwać od mistrzów świata miejsca na podium. Tym bardziej, że drużyna wzmocniona jest jeszcze Wilfredo Leonem. Zresztą Vital Heynen odpowiedzialności nie unika, stawia przed zespołem śmiałe cele. W tym najważniejsza była kwalifikacja olimpijska i misja ta została już skutecznie zrealizowana.

 

Przed laty o medalu bano się głośno mówić. Pamiętam doskonale mistrzostwa Europy w 2003 roku rozgrywane w Niemczech. Piąte miejsce drużyny Waldemara Wspaniałego było sukcesem, ale niewiele przecież brakowało, by powrót do domu nastąpił wcześniej. To były czasy kiedy polscy siatkarze potrafili jednego dnia wygrać z najlepszymi na świecie, a drugiego przegrać z zespołem znacznie słabszym. Brakowało wiary, że można bez kompleksów sięgać po najwyższe cele.

 

Dwa lata później w Rzymie reprezentację prowadził już Raul Lozano, który mówił wprost, że podium jest też dla Polaków. Tyle że w 2005 roku stali na nim inni. Mały Argentyńczyk nie zawahał się przed mistrzostwami wyrzucić z kadry kilku zawodników, którzy złamali regulamin, do tego doszła kontuzja Pawła Zagumnego, i do stolicy Włoch pojechaliśmy w osłabionym składzie. Dlatego piąte miejsce przyjęto nie tylko ze zrozumieniem, ale i z nadziejami na lepsze jutro.

 

I to lepsze jutro przyszło szybciej niż oczekiwano. Minął rok i Polska została w wicemistrzem w świata. Wydawało się więc, że i mistrzostwa Europy w Moskwie (2007) powinny wreszcie przynieść sukces. Nic z tych rzeczy. Polacy grali fatalnie, a Lozano szedł w zaparte wmawiając nam dziennikarzom, że są lepiej przygotowani niż do mistrzostw w Japonii.

 

Kolejnego czempionatu Starego Kontynentu Lozano już nie doczekał. Po igrzyskach w Pekinie (2008), gdzie nasi siatkarze grali zdecydowanie lepiej niż w Moskwie i byli o włos od półfinałów, zastąpił  go rodak, Daniel Castellani, znany w naszym kraju z solidnej pracy w Bełchatowie.

 

Do Izmiru na ME 2009 ambitny Argentyńczyk pojechał jednak bez kilku asów (Mariusza Wlazłego, Sebastiana Świderskiego i Michała Winiarskiego, których zmogły kontuzje) i zdobył pierwszy złoty medal w historii polskiej siatkówki. Po srebrnym medalu MŚ 2006 był to kolejny krok na drodze do wielkości. 

 

Tyle, że na podium ME nie ma Polaków od 2011 roku. Ostatnim, który ich tam zaprowadził wciąż pozostaje inny obcokrajowiec, Andrea Anastasi, który zajął miejsce Castellaniego.  Argentyńczyk stracił pracę po nieudanych MŚ rok wcześniej. Włoch zaś zaczął ją z przytupem, choć miał sporo personalnych problemów. W ostatniej chwili wypadł mu ze składu Zbigniew Bartman, którego przecież przestawił z przyjęcia na atak, gdyż nie był w stanie dogadać się z Mariuszem Wlazłym. Na szczęście w gazie wciąż był Piotr Gruszka, MVP ME 2009, i Jakub Jarosz, syn Macieja Jarosza, trzykrotnego srebrnego medalisty ME, dziś komentatora i eksperta Polsatu, coraz wyżej też stały akcje Bartosza Kurka, nowej gwiazdy polskiej siatkówki.  

 

Polacy w meczu o brązowy medal pokonali w Wiedniu sfrustrowanych Rosjan, ale Anastasi opinią siatkarskiego maga cieszył się krótko. Po przegranych mistrzostwach Europy organizowanych przez Polskę i Danię  dwa lata później, podziękowano mu za dalsze świadczenie trenerskich usług. Polacy ulegli przed własną publicznością w Ergo Arenie Bułgarom i do Danii, na fazę finałową już nie pojechali.

 

W 2015 roku też wracali wcześniej do domu, choć jechali do Warny, a stamtąd do Sofii w glorii mistrzów świata. Stephane Antiga rok wcześniej noszony był na rękach po zdobyciu przez Polaków mistrzostwa świata, a po przegranej ze Słowenią, która wyrzuciła nasz zespół z ME odezwały się głosy, że czas poszukać kogoś innego. Antiga ocalił wtedy głowę, bo priorytetem były igrzyska. W 2016 roku rzutem na taśmę wywalczył awans olimpijski, ale z Rio de Janeiro wrócił bez medalu i podzielił los poprzedników. Nie przedłużono z nim kontraktu.

 

Kolejnym, który przewrócił się na mistrzostwach Europy był jego następca, jeszcze jeden Włoch, Ferdinando de Giorgi. Zamiast oczekiwanego medalu na turnieju, który odbywał się w naszym kraju Polacy dostali lanie i ME zakończyli na miejscu dziewiątym.

 

Tym samym skończył się czas De Giorgiego i nastał Vitala Heynena, który podobnie jak Antiga, sięgnął w debiucie po mistrzostwo świata. Dla Belga nie ma rzeczy niemożliwych, z pewnością więc podczas nadchodzących mistrzostw Europy zagra o całą pulę. Nie dam głowy, że polscy mistrzowie świata zdobędą pod jego kierunkiem złoto w paryskiej Bercy, ale jestem przekonany, że twardo o nie powalczą, bo srebro nie jest ich celem.