- Zdecydowałem się na pracę trenerską w Gdyni. Na ring nie wrócę – mówił mi na gali w Kościerzynie Jabłoński, który od różnych promotorów dostawał oferty przejścia na zawodowstwo, ale ostatecznie się na to nie zdecydował.

 

Jakubowski podpisał kontrakt zawodowy, zadebiutował na gali w Koninie w listopadzie ubiegłego roku (pokazywaliśmy to w Polsacie Sport). Wygrał wtedy na punkty z Oleksijem Zukiem i… zniknął tak jak Tomek Jabłoński. Spotkałem go niedawno na gali w Kałuszynie, którą pokazywaliśmy. Sylwetka nawet sportowa, niewielka nadwaga, ale prawa ręka w szramach.

 

- Przeszedłem trzy operacje. Już po pierwszej miało być dobrze, a wciąż jest słabo. Nie wiem czy wrócę na zawodowy ring – zastanawiał się.

 

Przy okazji Igor pochwalił się, że odniósł sukces w reality show „Big Brother”, zajął w nim najwyższą lokatę ze wszystkich występujących dotychczas w tym programie bokserów (Marcin Najman był szósty, Albert Sosnowski – przedostatni, a Józef Warchoł – ostatni).

 

- Ten występ przeniósł mi więcej popularności niż wszystkie tytuły bokserskie, medal na mistrzostwach olimpijskich i występ na igrzyskach olimpijskich. Dopiero teraz stałem się rozpoznawalny, w każdym supermarkecie panie robią sobie ze mną selfie - śmiał się Jakubowski.

 

Ale prawdę powiedziawszy to nie śmieszne, ale smutne. Największy chyba w ostatnich latach talent bokserski, który w czasach amatorskich pokonał m.in. zawodowego mistrza Europy w średniej Kamila Szeremetę i toczył równy bój na IO w Lawrencem Okoliem (dziś 13-0 na zawodowym ringu, zmierzającym po mistrzostwo Europy w wadze cruiser), zdobywa brązowy medal w reality show, zamiast na zawodowych ringach. Nie takie sukcesy polskiego boksu mi się marzyły.