Polacy rywalizację rozpoczną w piątek w Rotterdamie, a pierwszym rywalem będą Estończycy. W fazie grupowej zmierzą się jeszcze z Holandią i Czechami oraz - już w Amsterdamie - z Czarnogórą i Ukrainą.

 

Zdaniem Makowskiego biało-czerwoni powinni celować co najmniej w finał, tym bardziej że po raz ostatni na podium mistrzostw Starego Kontynentu stanęli osiem lat temu.

 

"Chłopacy muszą celować w finał. Z takim potencjałem, z tak szeroką kadrą, z zaangażowaniem tylu środków trudno mówić o czymś innym. Zresztą sami zawodnicy deklarują, że chcą zdobyć złoto. Cel główny, czyli awans na igrzyska olimpijskie, został już osiągnięty, więc mogą skupić się tylko na tych mistrzostwach" - przyznał.

 

Były szkoleniowiec męskiego zespołu Delecty (później Transferu) Bydgoszcz uważa, że w fazie grupowej Polacy "nie mają z kim przegrać".

 

"Na każdego trzeba jednak uważać. Na spotkania ze słabszymi rywalami trzeba specjalnie się mobilizować, zmusić się do takiego wytężonego skupienia. Takie mecze też bywają trudne. Myślę, że Holendrzy wydają się być najmocniejszym rywalem, z kolei Estonia od kilku lat gra już pod wodzą tego samego trenera (Gheorge Cretu) i z roku na rok robi postępy. Czarnogórcy, jak każdy kraj z Bałkanów, potrafią zaskoczyć, czasami trafiają do tej reprezentacji siatkarze, którzy nie +łapią" się w składzie Serbii" - wspomniał.

 

Makowski spodziewa się, że w pierwszej części turnieju selekcjoner Vital Heynen będzie korzystał z szerokiego spektrum zawodników. Jak dodał, nie chce za bardzo oceniać wyborów personalnych Belga.

 

"Jak znam Heynena, to będzie rotował składem w meczach grupowych. Co do powołań, to wolę nie zabierać głosu. Zawsze ktoś będzie niezadowolony, ale ciężko jest wybrać z 30 osób 14. Mamy jeszcze Puchar Świata i każdy się przyda. Musi być pełne zrozumienie, trener wybiera pewną grupę, na nią liczy i nie oczekuje jakiś dąsów czy fochów. Mówi się o nieobecności Bartka Kwolka, ale on był i jest częścią tej drużyny. Dzisiaj go nie ma, ale pojedzie na Puchar Świata albo zagra w innej dużej imprezie w kolejnym sezonie. Ważne jest to, żeby wszyscy wiedzieli, że jadą na tym samym wózku" - zaznaczył.

 

Były selekcjoner kadry siatkarek uważa, że kluczem do sukcesu może być gra Wilfredo Leona, który w lipcu zadebiutował w polskiej reprezentacji.

 

"Oczekuję, że w końcówkach setów będzie zdobywał dla nas ważne punkty. Myślę, że jego forma będzie rosła, bo nie pokazał jeszcze pełni swoich umiejętności w turniej kwalifikacyjnym do igrzysk" - ocenił.

 

Męski turniej, podobnie jak zakończone w niedzielę mistrzostwa kobiet, po raz pierwszy rozegrany zostanie z udziałem 24 reprezentacji (dotychczas rywalizowało 16). Makowski uważa, że jest to sposób na popularyzację siatkówki i nie musi odbijać się to na poziomie.

 

"Skoro Finki ugrały dwa sety z Turczynkami, późniejszymi finalistkami, to chyba nie był przypadek. Im dłużej ta formuła zostanie zachowana, tym jest większa szansa, że poszczególne kraje rozwiną się siatkarsko. Zespoły z miejsc 20-24 może odbiegały poziomem, ale na następnych mistrzostwach Europy mogą poziom podnieść, jeśli będą dalej inwestować w siatkówkę. Musimy pamiętać, że już sam udział w mistrzostwach dla niektórych krajów jest sporym osiągnięciem" - podsumował.