Pindera: Kamienne pięści Durana górą

Sporty walki
Pindera: Kamienne pięści Durana górą
fot. PAP

Każda waga ma swoich bohaterów: lekka również. Benny Leonard czy Roberto Duran, a może Carlos Ortiz lub Joe Gans. Dla mnie królem jest „Manos de Piedra”, czyli Duran.

1. Roberto Duran (103-16, 70 KO) - „Manos de Piedra” (Pięści z kamienia) swój terror w wadze lekkiej rozpoczął na dobre od pierwszej wygranej mistrzowskiej walki z utalentowanym czempionem WBA, Szkotem Kenem Buchananem w nowojorskiej Madison Square Garden w 1972 roku i kontynuował swoje brutalne rządy przez kolejne sześć lat, do czasu brutalnej demolki nad Estebanem De Jesusem w Las Vegas, która pozwoliła mu zunifikować mistrzowskie pasy WBA i WBC. Później zdobywał jeszcze tytuły w wagach półśredniej, superpółśredniej i średniej. Najsłynniejsze walki toczył z Rayem Sugarem Leonardem i Wilfredem Benitezem, bił się też jak równy w równym z Marvinem Haglerem i Thomasem Hearnsem, a swój ostatni, prawdziwy tytuł (WBC w wadze średniej) stoczył w 1989 roku mając prawie 38 lat i wygrał z Iranem Barkleyem, wielkim mistrzem który też ma zapewnione miejsce w historii tej dyscypliny.

 

Karierę kończył 12 lat później przegranym pojedynkiem w kategorii superśredniej z Hectorem Camacho mając 51 lat. Takich kozaków jak Duran wcale nie było tak wielu. A w wadze lekkiej był prawdziwym demonem.

 

Kiedy w 1989 roku przeprowadzałem w Katowicach wywiad z Teddy Atlasem, pierwszym trenerem Mike’a Tysona (był konsultantem scen bokserskich w filmie „Triumf ducha”), pierwsze pytanie jakie on mi zadał dotyczyło właśnie Roberto Durana, którego Atlas cenił szczególnie. Dopiero gdy na nie odpowiedziałem, widać zadowalająco, mogliśmy kontynuować rozmowę. Trwała do rana.

 

2. Pernell Whitaker (40-4-1, 17 KO) - „Sweet Pea” był chyba najwybitniejszym mańkutem w historii tej dyscypliny i prawdopodobnie jednym z najlepszych defensorów bez podziału na kategorie. Pisałem o nim tworząc taką listę w wadze półśredniej, ale w lekkiej był jeszcze lepszy, więc nie można go w tej klasyfikacji pominąć. Prawie dekadę, od 1987 roku do 1997 był praktycznie niedotykalny i mogli go pokonać tylko sędziowie, co zresztą zrobili w walkach z Jose Luisem Ramirezem i Julio Cesarem Chavezem. Przegrana z Oscarem De La Hoyą też była kontrowersyjna.

 

A wygrywał z takimi zawodnikami jak Roger Mayweather (wujek Floyda Jr), Greg Haugen, Freddie Pendleton, Jorge Paez czy Azumah Nelson. Był mistrzem czterech kategorii wagowych, ringowym artystą klasy Muhammada Alego czy Raya Sugara Leonarda. Tak mówił mi o nim chociażby legendarny trener Angelo Dundee.

 

3. Julio Cesar Chavez (107-6-2, 85 KO) - Meksykanie nie mają wątpliwości. Chavez Sr to ich duma, bokser wszech czasów. Notowania Chaveza w światowych rankingach też są bardzo wysokie, bo jego pięści siały przecież destrukcję od wagi lekkiej do półśredniej. Ale nie tylko moim zdaniem najgroźniejszy był w limicie do 130 funtów. W wadze lekkiej nie miał sobie równych. Bardzo długo był niepokonany, rekordy Rocky’ego Marciano (49-0) czy Floyda Mayweathera Jr przy jego osiągnięciach tracą blask.

 

W 1993 roku jego walkę z Gregiem Haugenem na Estadio Azteca w Mexico City obejrzało 135 tysięcy ludzi, co jest rekordem świata. Chavez wygrał ją przez techniczny nokaut. Rok później, w Las Vegas, w walce z Frankie Randallem doznał pierwszej porażki w karierze. A przystępował do niej mając na koncie 89 zwycięstw i szczęśliwy remis z Pernellem Whitakerem. Chavez był gorszy, ale to były czasy gdy sporo do powiedzenia miał Don King, promotor Meksykanina. Sport Illustrated dał nawet tytuł „Kradzież” nie pozostawiając złudzeń co sądzi o werdykcie, który wtedy zapadł.

 

Nie zmienia to jednak faktu, że Julio Cesar Chavez był pięściarzem wybitnym, jednym z najlepszych w wadze lekkiej, choć tytuły zdobywał też w superpiórkowej i superlekkiej. W sumie o mistrzowskie pasy bił się aż w 37 pojedynkach, 27 razy udanie bronił tytułów. Na zawodowych ringach walczył ćwierć wieku, od 1980 do 2005 roku. Z ostatnich pięciu walk wygrał cztery, w tym raz jeszcze z Frankie Randallem i Ivanem Robinsonem. Decyzję o zakończeniu kariery podjął po przegranym pojedynku z Groverem Wileyem w Phoenix w Arizonie. To była jego 115 walka, doznał w niej kontuzji ręki i nie wyszedł do piątej rundy. Dwa lata później pomścił go syn, 19 letni wtedy Julio Cesar Chavez Jr nokautując Wileya w trzeciej rundzie.

 

Po alkohol na dobre sięgnął pod koniec 1987 roku, jak sam twierdzi, po wygranej przed czasem walce z Edwinem Rosario. Nie ukrywa, że kokaina też nie była mu obca. Wielokrotnie trafiał na odwyk, ale walczył twardo i nie dal się pokonać, choć klęska była blisko.

W ringu jego firmowym ciosem był lewy hak bity na korpus, a istotnym atutem nieludzka odporność na ciosy. Angelo Dundee uważa że miał szczękę z tytanu, jedną z najtwardszych w historii zawodowego boksu. Jego miejsce w gronie najlepszych pięściarzy wagi lekkiej nie podlega dyskusji.

 

4. Benny Leonard (90-6-1, 70 KO) – Wielu szanowanych ekspertów twierdzi, że to on zasługuje na miano najlepszego w wadze lekkiej. I mają twarde argumenty na poparcie tej tezy. Benjamin Leiner, bo takie było prawdziwe nazwisko Benny Leonarda, syna rosyjskich Żydów, pierwszą zawodową walkę stoczył mając zaledwie 15 lat i… przegrał. Walkę przerwano, bo mocno krwawił z rozbitego nosa. Ale z kolejnych 18, wygrał 12. Jego szybkość, bajeczny refleks, technika wsparte nokautującym ciosem były imponujące. Stoczył ponad dwieście pojedynków (nie wszystkie zostały zapisane i zaliczone) i tylko cztery razy przegrał przed czasem. Trzy razy na początku kariery i czwarty na jej zakończenie. Kiedy w 1923 zmierzył się w rewanżowej 15 rundowej walce z leworęcznym Lew Tandlerem ich pojedynek na Yankee Stadium w Nowym Jorku oglądało 60 tysięcy ludzi.

 

Leonard wygrał i dwa lata później przeszedł na emeryturę, ale ciężkie czasy zmusiły go do powrotu w 1931 roku. Zanim zmierzył się Jimmy McLarninem, który znokautował go w szóstej rundzie, wygrał kolejnych 19 walk. Ale porażka przez nokaut zniechęciła go do boksu i ostatecznie zawiesił rękawice na kołku.

 

Szesnaście lat później, w 1947 roku zmarł na zawał serca w ringu sędziując walkę w St. Nicholas Arena w Nowym Jorku.

 

5. Carlos Ortiz (61-7-1, 30 KO) - Nie brakuje głosów, że jest najwybitniejszym portorykańskim mistrzem w całej historii zawodowego boksu, a z pewnością najlepszym pięściarzem wagi lekkiej lat 60-tych, lepszym od Joe Browna, Gabriela Flasha Elorde, Ismaela Laguny czy Sugara Ramosa. Przed czasem przegrał tylko raz, w swojej ostatniej walce z Kenem Buchananem, w nowojorskiej Madison Square Garden, we wrześniu 1972 roku.

 

6. Joe Guns (158-12-20, 100 KO) – A właściwie Joseph Gant (to dziennikarze przez pomyłkę zmienili mu nazwisko), miał zaledwie 36 lat, gdy zmarł na gruźlicę, ale i tak zdążył się zapisać na kartach historii, jako jeden z najwybitniejszych, Nat Fleischer, założyciel Ring Magazine i historyk boksu nie miał najmniejszych wątpliwości, że w wadze lekkiej nie było lepszego. Pisał o nim Ernest Hemingway, jego postument z brązu stoi w lobby Madison Square Garden w Nowym Jorku.

 

Boksować zaczął w 1891 roku, mając 17 lat. Był samoukiem, podpatrywał ruchy innych pięściarzy, rywalizując w popularnych wówczas zawodach, Battle Royal, w których on i tuzin innych wojowników boksowali z zasłoniętymi oczami, dopóki nie został tylko jeden z nich- zwycięzca. Jego naukowe podejście do boksu i perfekcyjny lewy prosty dały mu przydomek „The Old Master”.

 

To on był uczestnikiem pierwszej „Walki Stulecia” z Oscarem Nelsonem w 1906 roku. Doszło do niej w Goldfield w stanie Nevada, a promował ją Tex Richard, bardziej znany z promocji innego, wielkiego bokserskiego wydarzenia jakim był pojedynek w wadze ciężkiej Jacka Johnsona z Jimem Jefriesem, cztery lata później.

 

Gans walczył z Nelsonem 42 rundy rzucając go w tym czasie na deski kilkanaście razy. Wielokrotnie pomagał mu wstać, czekał aż ten wróci do sił. W 33 rundzie Gans złamał rękę, ale dalej kontynuował pojedynek. I chociaż to on wygrał, to zarobił znacznie mniej – 11 tysięcy dolarów, a pokonany rywal 20 tysięcy. Tyle że Gans wiedział jak zainwestować zarobione pieniądze. Wrócił do rodzinnego Baltimore, wybudował hotel i miał to być początek przynoszących niezłe pieniądze inwestycji. Niestety zachorował na gruźlicę. Po kilku miesiącach leczenia w Prescott, w Arizonie, pojechał do domu, do Baltimore, by po raz ostatni zobaczyć żonę i dwoje dzieci. Tysiące ludzi witały go na stacjach, gdzie przejeżdżał pociąg chcąc pożegnać się ze ”Starym Mistrzem”. Zmarł 10 sierpnia 1910 roku, mając zaledwie 36 lat.

 

 

7. Tony Canzoneri (137-24-10, 44 KO) - Pod koniec lat 20-tych młody Canzoneri był tak dobry i tak bardzo dominował nad rywalami, że uważano go nie tylko za najlepszego ówczesnego pięściarza wagi lekkiej, ale też za nr 1 bez podziału na kategorie. Inteligentny, świetny technicznie, mocno bijący Amerykanin włoskiego pochodzenia nie miał sobie równych, co potwierdzał w ringu wygrywając z takimi asami jak Johnny Dundee, Charles „Bud” Taylor, Benny Bass, Sammy Mandell, Al Singer, Billy Petrolle, Frankie Klick, Jimmy McLarnin, Jackie „Kid” Berg, Lou Ambers i Kid Chocolate.

 

 

8. Henry Armstrong (152-22-9, 101 KO) – A właściwie Henry Jackson Jr, jako jeden z pierwszych, wraz z Jackiem Dempseyem i Joe Louisem wybrany do Międzynarodowej Bokserskiej Galerii Sławy. Jedyny pięściarz w historii, który w tym samym czasie był mistrzem trzech kategorii (piórkowej, lekkiej i półśredniej).

 

Po zakończeniu kariery otworzył nocny klub w Harlemie, dobrze się bawił i miał spore problemy z nadużywaniem alkoholu, ale tak jak radził sobie w ringu, tak też wygrał ten długi i ciężki pojedynek. Później nawrócił się na chrześcijaństwo i został pastorem babtystycznym, zaczął też pisać wiersze, jeden ze zbiorów został opublikowany, podobnie jak biografia „Gloves, Glory, and God”.

 

Zmarł w wieku 76 lat w Los Angeles w 1988 roku.

 

9. Shane „Sugar” Mosley (49-10-1, 41 KO) - Kiedy opuszczał wagę lekką, by zmierzyć się w mistrzem wagi półśredniej, Oscarem De La Hoyą, jego rekord (32-0, 30 KO) robił wrażenie. Osiem razy bronił tytułu, który zdobył w 1997 roku wygrywając z Phillipem Holidayem. W tej kategorii był „Bestią”, nokautował jednego za drugim, ale czy był lepszy od takich tuzów jak Duran czy Benny Leonard? Raczej nie.

Zaimponował tym, że tak jak kiedyś Duran przeskoczył dwie kategorie, by pokonać Raya Sugara Leonarda, on zrobił to samo i w czerwcu 2000 roku wygrał z ówczesnym królem wagi półśredniej, Oscarem De La Hoyą. Mieliśmy z Andrzejem Gmitrukiem zarezerwowane stanowisko w Staples Center w Los Angeles, ale ostatecznie, ze względów oszczędnościowych skomentowaliśmy ten pojedynek ze studia w Warszawie. Był znakomity, a wygrana Mosleya wątpliwa. Podobnie było w ich drugiej walce.

 

Shane Mosley zdobył pięć tytułów mistrzowskich w trzech kategoriach wagowych, wygrywał z wielkimi postaciami tamtych czasów, ale miał też swoje zmory, o czym świadczą po dwie porażki z Vernonem Forrestem i Winky Wrightem. Pokonali go też Miguel Angel Cotto, Floyd Mayweather Jr i Manny Pacquiao, ale to już nie był ten najlepszy „Sugar”.

 

23 lata po debiucie stoczył swoją ostatnią walkę i przegrał na punkty z Davidem Avanesjanem, a stawką był pas interim WBA w wadze półśredniej. Miał wtedy 45 lat i wciąż nie dawał sobie zrobić krzywdy.

 

10. Ike Williams (126-24-4, 61 KO) - Wszyscy, którzy widzieli go w akcji podkreślają, że miał znakomitą prawą rękę i niszczył rywali ciosami na korpus. Tytuł mistrzowski w wadze lekkiej zdobył 19 kwietnia 1945 roku w Mexico City nokautując Juana Zuritę. Później walczył jeszcze w wagach junior półśredniej i półśredniej.

 

Kiedy w 1994 roku znaleziono go martwego we własnym mieszkaniu New York Times zamieścił krótko notatkę informującą o jego śmierci i przypominającą największe bokserskie dokonania. A detektyw policyjny Kelly Cooper potwierdził tylko, że 71 letni Ike Williams zmarł z przyczyn naturalnych.

Janusz Pindera, KK, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze