Były bramkarz Korony wyjechał do Hongkongu, chodził od drzwi do drzwi i... znalazł nowy klub!

Piłka nożna
Były bramkarz Korony wyjechał do Hongkongu, chodził od drzwi do drzwi i... znalazł nowy klub!
Fot. Instagram

Kupiłem bilet w jedną stronę i poleciałem do Hongkongu. Wypisałem sobie adresy wszystkich tamtejszych klubów piłkarskich i kolejno odwiedzałem każdy z nich mówiąc: „Cześć jestem Alex. Jestem bramkarzem. Jestem dobry i szukam klubu”. Przyznasz, że to było szalone z mojej strony, ale tak sobie to założyłem i krok po kroku realizowałem – mówi Oleksij Szlakotin, były bramkarz Czarnych Żagań, Zagłębia Sosnowiec i Korony Kielce. Od trzech lat mieszkający na stałe w... Hongkongu.

Po skończeniu umowy z Koroną dostał ofertę z Portugalii, a dokładniej z Uniao Madeira. Szlakotin podpisał kontrakt i do sezonu przygotowywał się z nowym zespołem. Niestety, nie zdążył zadebiutować w klubie. – Tydzień przed startem ligi dyrektor sportowy powiedział mi, że pojawił się duży problem z załatwieniem mi pozwolenia na pracę. To był czas rozpoczęcia konfliktu pomiędzy Rosją i Ukrainą i jak się okazało miałem nikłe szanse, abym mógł zagrać w klubie z Madery – mówi.

 

W tej sytuacji miał do wyboru dwie opcje. Pierwsza to zostać w Portugalii, trenować w klubie i pobierać wynagrodzenie z tytułu podpisanego kontraktu, a drugą opcją było znalezienie sobie nowego zespołu, w którym mógłby grać regularnie. – Wybrałem ten drugi wariant, bo nie chciałem pobierać pensji tylko za samo trenowanie z drużyną. Rozwiązałem kontrakt, wróciłem na Ukrainę i rozpocząłem poszukiwania nowego klubu – mówi.

 

Znalazł dosyć szybko. Trafił do Howerli Użhorod, a więc miasta położonego w południowo–zachodniej części kraju. Niestety, radość Aleksieja była przedwczesna. Mimo zapewnień działaczy okazało się, że klub ma ogromne problemy finansowe. Po kilku miesiącach miał dosyć. Długo nie dostawał pieniędzy, a obietnice działaczy były coraz mniej wiarygodne. Wyjechał z Użhorodu i wrócił do domu. 

 

– Musiałem radykalnie zmienić swoje życie. Kluby na Ukrainie były w ogromnym kryzysie. Konflikt z Rosją sprawił, że liga mocno podupadła, zresztą cały kraj pogrążony był chaosie. Przyszłość była niepewna. Na znalezienie klubu na Zachodzie nie było już szans, bo okienko transferowe praktycznie wszędzie było już zamknięte. Usiadłem w kuchni, otworzyłem laptop i ustalając kryteria wyboru zacząłem szukać miejsca dla siebie – podkreśla.

 

Szalona podróż za jeden uśmiech...

 

Te kryteria to dobre zarobki i warunki do życia, no i najważniejsze żeby bramkarz mógł tam grać bez żadnych problemów. Po szczegółowej analizie kryteria spełniały trzy kraje: Stany Zjednoczone, Republika Południowej Afryki i Hongkong. Szlakotin wybrał ten ostatni.

 

– Nawet nie wiem dlaczego. Kupiłem bilet w jedną stronę i poleciałem do Hongkongu. Wypisałem sobie adresy wszystkich tamtejszych klubów piłkarskich i kolejno odwiedzałem każdy z nich mówiąc: „Cześć jestem Alex. Jestem bramkarzem. Jestem dobry i szukam klubu”. Przyznasz, że to było szalone z mojej strony, ale tak sobie to założyłem i krok po kroku to realizowałem – zapewnia.

 

Pierwszych pięć, czy sześć klubów mu grzecznie odmówiło, ale wszędzie starali się pomóc, podpowiadając gdzie mogą szukać bramkarza. W kolejnym klubie, a był nim Biu Chun Glory Sky oferta Szlakotina była dużym zaskoczeniem, ale zaproponowano mu testy. – Powiedzieli, że za dwie godziny mają trening, na który mnie zapraszają. Zatem niemal prosto z ulicy dostałem zaproszenie na zajęcia z klubu grającego w tamtejszej ekstraklasie – mówi z uśmiechem.

 

Wychowanek Dynama Kijów nigdy nie korzystał z pomocy menedżerów, choć zna ich bardzo wielu i z większością z nich jest w bardzo dobrych relacjach. - Musisz mieć agenta, który poprowadzi Twoją karierę, ale ja wybrałem opcję, że muszę wszystko mieć w swoich rękach. Zdarzają się dni, że dochodzę do wniosku, że to być może nie był najlepszy wybór. Z drugiej strony mam z tego satysfakcję, że to wszystko co osiągnąłem, gdzie grałem zawdzięczam przede wszystkim sobie. To dla mnie taka dodatkowa satysfakcja - podkreśla z dumą.

 

Hongkong przywitał go gorąco i to w dosłownym tego słowa znaczeniu. W lipcu i sierpniu temperatury w tej części świata oscylują wokół 30-35 stopni Celsjusza, więc sama pogoda nie jest aż takim kłopotem. Ogromnym problemem jest natomiast ogromna wilgotność sięgająca nawet 90%.

 

- W pierwszym tygodniu z wilgotnością to był dramat. Idziesz ulicą i nie masz czym oddychać. A Ty masz jeszcze przy takiej pogodzie trenować. Proces aklimatyzacyjny był dla mnie prawdziwym koszmarem - mówi. Kolejny szok to poziom życia i ceny. Jak sam podkreśla przed wyjazdem trochę poczytał o Hongkongu, ale jak się okazało było to stanowczo za mało. Począwszy od kultury i obyczajów a skończywszy na codziennych wydatkach i potrzebach.

 

- To jest chyba najdroższe miejsce do życia na świecie. Na początku robiłem wielkie oczy, gdy porównywałem ceny do tych na Ukrainie czy generalnie w Europie. Szok jednak szybko minął i te ceny przestały mnie zadziwiać. Uświadomiłem sobie jedną ważną rzecz. Jak jesteś w Hong Kongu to wszystko zależy od Ciebie. Od nikogo innego, ale tylko i wyłącznie od Ciebie. To w jaki sposób pracujesz, czy jesteś w tym wydajny, a może leniwy. Tutaj są miliony biznesów i tylko od ciebie zależy czy osiągniesz sukces - podkreśla.

 

Hong Kong to była typowa miłość od pierwszego wejrzenia i nawet Aleks nie potrafi zdefiniować tego uczucia. Po prostu tam znalazł swoje miejsce na Ziemi. Dodajmy piękne i urokliwe. W pobliżu klimatyczne góry, do morza można było dotrzeć w kwadrans. Z jednej strony nowoczesne wieżowce, a z drugiej stare, zabytkowe wioski. W dodatku praktycznie wszyscy mieszkańcy posługują się językiem angielskim. W takich oto okolicznościach przyrody przyszło mu powalczyć o angaż w jednym z tamtejszych klubów.

 

Bramkarz z ulicy...

 

Kiedy wreszcie udało mu się dostać zaproszenie na treningi w klubie Biu Chun Glory Sky, to czasu nie tyle do namysłu, co do przygotowania się do zajęć miał naprawdę niewiele, bo raptem... dwie godziny. W tamtejszej lidze kluby mogą mieć w kadrze pięciu obcokrajowców, a w meczu może grać czterech z nich. Po siedmiu latach pobytu można się ubiegać o obywatelstwo. Obcokrajowcy z paszportem Hongkongu są wręcz rozchwytywani przez tamtejsze kluby.

 

Jeżeli chodzi o zagranicznych piłkarzy, to w rozgrywkach ligowych występuje wielu zawodników przede wszystkim z Brazylii czy Hiszpanii. Są też piłkarze pochodzący z Afryki. - Już w trakcie pierwszego treningu w Biu Chun Glory Sky widać było, że mają problem z bramkarzami. Praktycznie od razu dostałem sygnał, że klub jest zainteresowany podpisaniem ze mną kontraktu. Decyzja należała do prezydenta klubu, który jednoosobowo decydował o wszystkim. Bardzo szybko doszliśmy do porozumienia i w ten sposób w 2016 roku rozpocząłem grę w Hongkongu - dodaje.

 

Tamtejsza liga liczy dziesięć zespołów i gra się systemem jesień - wiosna. Po sezonie z ligi spada jedna drużyna. Teoretycznie, gdyż zdarzały się sytuacje, że beniaminek lub któryś z zespołów grających w tamtejszej ekstraklasie ma problemy finansowe lub nie spełnia wymogów licencyjnych. Wówczas zdarza się, że spadkowicz pozostaje w elicie na następny sezon.

 

W 2016 roku nowy klub Szlakotina zajmował miejsce w dolnych rejonach tabeli. Angaż byłego bramkarza Korony Kielce sprawił, że klub zdecydowanie poprawił swoją pozycję w lidze, a wychowanek Dynama Kijów już w pierwszym sezonie został nominowany do nagrody dla najlepszego bramkarza ligi. - To było dla mnie ogromne wyróżnienie. W tym czasie, nie tyle co w samym Hongkongu, ale i w całej Azji bramkarzy zagranicznych można było policzyć na palcach jednej ręki. Jeden Koreańczyk bronił w Indonezji, Krzysztof Kamiński był w Japonii i w zasadzie z obcokrajowców grających na bramce byłem w tym czasie chyba tylko ja - wylicza Szlakotin.

 

Początkowo z obcokrajowców, którzy grali w Hong Kongu znał jedynie Serba Bojana Malisicia. W niedługim czasie złapał kontakt ze wszystkimi zagranicznymi piłkarzami grającymi w tamtejszej lidze, nie tylko z tymi ze swojego klubu. - Jest nas mało, więc wzajemnie sobie pomagamy i spotykamy się w czasie wolnym - dodaje.

 

Obywatelstwo jest dla niego na razie kwestią otwartą. - Na razie o tym nie myślę, gdyż paszport mogę otrzymać najwcześniej po siedmiu latach pobytu. Nikt tych reguł nie łamie - uważa Aleks i dodaje, że nie wyklucza przyjęcia „paszportu azjatyckiego” po upływie siedmiu lat.

 

- Taki paszport umożliwia Ci grę na prawach krajowego zawodnika nie tylko w Hongkongu, ale też innych krajach azjatyckich, jak choćby Tajlandia, Indonezja, Malezja i inne. Te kraje się rozwijają piłkarsko w bardzo szybkim tempie i każdy klub może dodatkowo zatrudnić właśnie takiego piłkarza z „paszportem azjatyckim”. Jeden z moich kolegów Brazylijczyk ma taki paszport i przeniósł się do Indonezji, gdzie grał w finale ligi przy osiemdziesięciu tysiącach kibiców. To robi ogromne  wrażenie. Nie ukrywam, że miałem już wstępne rozmowy z federacją Hongkongu, ale o konkretach dotyczących otrzymania takiego paszportu będę mógł rozmawiać dopiero po siedmiu latach - mówi Szlakotin.

 

Za Aleksem trzy sezony w tamtejszej lidze, w trakcie których reprezentował barwy trzech drużyn: Biu Chun Glory Sky, Hong Kong Sapling i Hong Kong Rangers FC. - Tak naprawdę to jest cały czas jeden i ten sam klub, tylko co roku nasz prezydent zmienia nazwę - tłumaczy bramkarz. Poziom sportowy rozgrywek pozostawia jeszcze sporo do życzenia. - Mamy specyficzny klub. Treningi są bardzo długie, niektóre ćwiczenia powtarzamy nawet trzydzieści pięć razy! Zawodnicy którzy grają tutaj od dłuższego czasu są do takiego rygoru przyzwyczajeni. Tutaj jeszcze trzeba dużo popracować nad taktyką. Musi minąć sporo czasu, żeby liga była w pełni profesjonalna - uważa 30-letni bramkarz. Dwa lata temu klub Szlakotina zatrudnił Dejana Antonicia. Serbski szkoleniowiec wytrzymał tylko kilka miesięcy po czym przeniósł się do Indonezji, gdzie w tamtejszej lidze osiągnął całkiem niezłe wyniki.

 

Wesołe jest życie staruszka... na bramce

 

W zeszłym sezonie Szlakotin, choć ma jeszcze ważny przez najbliższy rok kontrakt, grał bardzo mało. - Otworzyłem szkółkę piłkarską i ten projekt pochłonął sporo czasu. W piłkę wiecznie grać nie będę, dlatego chciałem coś zrobić na przyszłość. Prezydent naszego klubu wyraził zgodę abym mógł się zajmować tą szkółką, a klub pomógł mi w kwestiach formalnych - dodaje.

 

Wprawdzie szkółka zaczęła Aleksowi pochłaniać coraz więcej czasu, to jednak nie zaniedbywał treningów. Musiał zająć się nie tylko sprawami sportowymi, ale również tymi marketingowymi. Z tego powodu założył firmę, opracował jej logo, do tego od podstaw zajął się organizacją struktur szkółki, kwestiami jej zarządzania i marketingu.

 

- Rok temu założyłem pierwszą drużynę. Miałem siedmiu chłopaków, których trenowałem prywatnie - wylicza. Z czasem powstał zespół U14 w którym regularnie trenowało kilkunastu młodych zawodników. W pierwszym sezonie jego drużyna rozegrała 28 meczów, w których strzeliła 150 goli. Drużyna naszego rozmówcy wygrała swoją dywizję (w Hongkongu jest ich w sumie trzy). W tym sezonie Szlakotin zamierza zgłosić do rozgrywek nie jedną, a trzy lub cztery drużyny.

 

- Kiedyś po jednym z treningów podszedł do mnie 62-letni pan, który jest prawnikiem i bramkarzem - amatorem. Poprosił mnie, abym go prywatnie podszkolił z kwestii dośrodkowań, bo miał z tym problem. Takich nietypowych zleceń miałem więcej - dodaje z uśmiechem.

 

W Hongkongu, choć świetnie rozwinięta jest sieć komunikacyjna, to zazwyczaj porusza się pieszo, a w razie potrzeby korzysta z metra lub taksówek. - Samochody jeżdżą tutaj lewą stroną. W zasadzie co drugi koloru czerwonego, czyli taksówka. Kierowcy jeżdżą jak szaleni, ale odkąd tutaj jestem, to nie widziałem żadnego wypadku. Naprawdę nie wiem jak to możliwe - dziwi się. Sam samochodu nie posiada, bo do klubowego ośrodka treningowego czy do siedziby swojej szkółki ma blisko. - W jedno i drugie miejsce pieszo dotrę w dziesięć minut. Wspominałem o tutejszych cenach. Wyobraź sobie, że miesięczny wydatek za parking przy mieszkaniu albo w miejscu pracy to koszt dwóch tysięcy dolarów. Dlatego bardziej opłacalne jest korzystanie z taksówek - przekonuje.

 

Bramkarz, surfer, model i tancerz...

 

Nie samą piłką człowiek żyje, choć i tak futbol zajmuje mu większość czasu. - Rok temu miałem okazję po raz pierwszy popływać na desce i surfing bardzo mnie wciągnął. Od grudnia uczę się tańczyć hip hopu. Mam świetnego nauczyciela, który ze swoją grupą wygrał mistrzostwo świata. Dla bramkarza to bardzo fajny i przydatny trening koordynacyjny. Półtorej godziny ćwiczeń jest znakomitą formą przygotowań. Do tego doszedł modeling. Tak, modeling. Jestem zapraszany na różne sesje artystyczne czy reklamowe. Nigdy tego nie robiłem w Europie. To dla mnie kolejne nowe bardzo ciekawe doświadczenie w życiu - zapewnia.

 

W Polsce reprezentował barwy Czarnych Żagań, Zagłębia Sosnowiec i Korony Kielce. W tym ostatnim klubie spędził 3,5 roku i zaliczył łącznie dziewięć występów na poziomie Ekstraklasy. Mało czy dużo? - Piłkarsko na pewno pozostał niedosyt, bo myślę że mogłem osiągnąć więcej. W międzyczasie przytrafiła mi się kontuzja, ale i tak uważam, że ta nie do końca wykorzystana przeze mnie szansa w Kielcach jest tylko i wyłącznie moją winą. W Koronie w tym czasie o miejsce w bramce walczyłem z Wojtkiem Małeckim i Zbyszkiem Małkowskim.

 

„Zbychu” był w tamtym okresie naprawdę w bardzo dużym gazie i ciężko było z nim wygrać rywalizację. Cieszę się, że  trafiłem na Zbyszka, bo się dużo od niego nauczyłem. Przy okazji chciałbym go serdecznie pozdrowić. Zresztą do dzisiaj utrzymuję kontakt z wieloma chłopakami z Kielc. Z jednymi mniejszy, a z innymi większy. Okres spędzony w Polsce, a zwłaszcza ten w Kielcach wspominam z ogromnym sentymentem - dodał na zakończenie swojej opowieści Oleksij Szlakotin.

Grzegorz Michalewski, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze