Lićwinko: Nie mam się czego wstydzić

Inne
Lićwinko: Nie mam się czego wstydzić
fot. Cyfrasport

Kamila Lićwinko po udanej próbie na 1,98 m cieszyła się, jakby zdobyła w skoku wzwyż medal mistrzostw świata w Dausze. Wracająca po macierzyńskiej przerwie lekkoatletka Podlasia Białystok zajęła piąte miejsce i powiedziała, że nie ma się czego wstydzić.

Przed tym sezonem - bardzo dla niej trudnym, bo po raz pierwszy startowała w roli mamy - stawiała sobie za cel udział w mistrzostwach świata. Minimum wynosiło 1,94 i gdy rozpoczynała treningi po porodzie, sama nie wiedziała, czy to możliwe skakać tak wysoko po tylu miesiącach przerwy.

 

- Uzyskanie minimum 1,94 to już dla mnie było super, ale z rozwojem sezonu, czułam się coraz lepiej i wiedziałam, że stać mnie na więcej. Szczególnie ostatnie tygodnie to pokazały. Dlatego też miałam z tyłu głowy mocną mobilizację, że muszę to wykorzystać, bo trochę byłoby szkoda, gdyby mi się nie udało - przyznała.

 

Gdy już była w Dausze, chciała dostać się do finału. Ale że apetyt rośnie w miarę jedzenia i do czołowej dwunastki już doskoczyła, nagle pojawiło się kolejne marzenie - znalezienie się w ósemce. To dla polskiego sportowca zawsze bardzo ważne, bo tylko miejsce w czołowej ósemce mistrzowskiej imprezy gwarantuje stypendium na kolejny sezon przygotowawczy.

 

- Piąte miejsce i 1,98 to spełnienie marzeń. Jestem naprawdę bardzo szczęśliwa. Tym bardziej, że konkurs nie zaczął się dla mnie najlepiej. Trochę byłam zdenerwowana tym strąceniem na 1,84. Ale to wszystko wynika z tego, że nie jestem oskakana i rok przerwy sprawił, że brak mi pewności na skoczni - powiedziała.

 

Dwa metry strąciła na razie trzykrotnie, co nie znaczy, że nie była w stanie tego już teraz pokonać. - Czułam, że mogę, ale w nogach miałam za dużo, zabrakło mi zwyczajnie sił - oceniła.

 

Nic dziwnego, skoro na razie trenowała wyłącznie raz dziennie. - Nie byłabym w stanie dwa razy. Moja córeczka Hania zabierała mi energię i nie dałabym rady. To się zmieni w sezonie przygotowawczym do igrzysk - zapewniła.

 

Jej mąż i trener zarazem Michał cały czas jej powtarzał, że w tak dobrej dyspozycji jak teraz jeszcze nigdy nie była. Nawet wówczas, gdy w hali skoczyła 2,02.

 

- Też w to uwierzyłam, ale musiałam to poczuć. Tak się stało, gdy udało się pokonać 1,96 i 1,98. Widzę, że dziewczyny nie uciekły mi zbyt daleko, więc myślę, że chwila odpoczynku i stanę z nimi do walki jak równa z równą - dodała.

 

Piąte miejsce w mistrzostwach świata po roku od urodzenia dziecka jest dla niej cenniejsze niż poprzednie medale.

 

- Przeszliśmy całą rodziną bardzo długą i ciężką drogę. Rodzice wiedzą o czym mówię, jak to jest pracować i wychowywać dziecko. My nie mamy zbyt dużo pomocy. Niestety nasze rodziny nie mieszkają blisko i pomagają nam z doskoku, ale i tak jesteśmy im bardzo wdzięczni, że są, kiedy ich potrzebujemy - podkreśliła.

 

Ten konkurs dał jej też sporą dawkę optymizmu. Tak ważnego przed przygotowaniami do najważniejszego sezonu czterolecia - z igrzyskami olimpijskimi w Tokio.

 

Ważne dla niej jest również to, że zapewniła sobie stypendium. To oznacza spokojny rok.

 

- Muszę jednak zaznaczyć, że jestem bardzo wdzięczna PZLA za to, że nie było żadnego problemu z moim powrotem na skocznię. Miałam zgrupowania krajowe i zagraniczne. Mimo tego, że mam swoje lata i mój powrót był niepewny, dostaliśmy wszystko, czego chcieliśmy. Miałam też stypendium ze środków własnych związku - powiedziała.

 

A teraz? Zasłużone wakacje, ale plany Lićwinko będzie chciała jeszcze zmienić.

 

- Nie wiem, czy mi się będzie teraz chciało z domu ruszyć. Chcieliśmy jechać do Zakopanego, ale jak sobie pomyślę, że znowu trzeba się spakować i jechać całą rodziną, to nie. Może wybierzemy się gdzieś w okolice Białegostoku - zakończyła.

 

Mistrzostwa świata potrwają do niedzieli. Jedyny dotychczas medal dla Polski wywalczyła Joanna Fiodorow, która była druga w rzucie młotem.

MC, PAP
Przejdź na Polsatsport.pl

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze