"Co z tego, że mam już medale mistrzostw świata? Oczywiście, że się stresuję. Gdybym powiedział, że nie, to bym skłamał. Robię co mogę, by sobie jakoś z tym poradzić. Zawsze wydaje mi się, że jestem jeszcze +młodziakiem+ w tym sporcie, a to się okazuje, że już parę lat jestem na tej scenie" - przyznał.

 

Mieszkający na co dzień w Szczecinie Lisek z mistrzostw świata ma już srebro (2017) i brąz (2015). Teraz czas na złoto?

 

"Chciałbym, ale kandydatów jest wielu. Każdy przyjechał tu przygotowany na 110 procent i ja też. Zawsze mnie ciągnięcie za język, które miejsce, czy na podium, a ja staram się skupić na tym, żeby skoki były dobre. A co za tym pójdzie zobaczymy" - powiedział.

 

Rekordzista kraju ma jednak realną szansę na to, by uzupełnić swoją kolekcję medali o złoto. W tym sezonie skoczył już 6,02, ale prawdą jest, że poziom skoku o tyczce jest bardzo wysoki - najwyższy w historii.

 

"Tyczka to jedna z tych konkurencji, która nie tylko trzyma w napięciu, ale i mimo że mamy październik trzyma poziom. Zawsze jest wysoko. Nie we wszystkich konkurencjach tak jest, a nazwiska zawodników, którzy mogą stanąć na podium można wymieniać bez końca" - ocenił.

 

Na pewno warto wspomnieć o obrońcy tytułu Amerykaninie Samie Kendricksie, nieobliczalnym Szwedzie Armandzie Duplantisie i ciągle groźnym mistrzu olimpijskim Brazylijczyku Thiago Braz. Ale jak zaznaczył Lisek: "mało znane nazwisko też może zakraść się na podium".

 

Na pewno nie staną na nim Paweł Wojciechowski i Renaud Lavillenie. Polak i Francuz odpadli w eliminacjach i to była spora niespodzianka. Doskonale poradził sobie z nimi Lisek. Wszystkie wysokości zaliczał w pierwszym podejściu.

 

"Finał to całkowicie nowe zawody i nie ma co się sugerować wynikami z eliminacji. Każdy może wygrać" - ocenił.

 

I przed finałem stres jest jeszcze większy niż przed eliminacjami. "Nie ma na niego dobrej recepty. Ja radzę sobie dobrym filmem, książką, rozmową ze znajomymi, moją żoną i córką Lilą. Chciałem nadrobić trochę lektur, dlatego zabrałem ze sobą Quo Vadis, Andrzeja Sapkowskiego, Sherlocka Holmesa" - wymienił.

 

Słowo "presja" pojawia się też coraz częściej w wywiadach Liska. "Bo odczuwam ją ze strony dziennikarzy, kibiców. Coraz więcej osób chce, żebym skakał jak najwyżej, a to wcale nie jest łatwe. Jesteśmy bowiem w takich czasach, kiedy czasami 5.90 nie daje medalu. Tak jak było to w mistrzostwach Europy w Berlinie. To rozwala umysł" - przyznał.

 

W ten sposób nawiązał do konkursu sprzed roku w mistrzostwach Europy, w którym skoczył 5,90 i znalazł się na czwartej pozycji.

 

"Bolą mnie też takie artykuły, które mówią, że Piotr Lisek wygrał, ale skoczył 5,80 i to słaby wynik. To jest naprawdę kawał rezultatu, ale my tyczkarze przyzwyczailiśmy was do wysokiego skakania i wiele osób nie zdaje sobie z tego sprawy, na jakim poziomie jest teraz tyczka" - zaznaczył.

 

Ten rok to dla Liska także pasmo zmian. Najważniejsza to taka, że został po raz pierwszy ojcem. W sierpniu na świat przyszła jego córka Lila.

 

"Cały czas sam czuję się jak dziecko i ciężko mi przychodzi myśl, że jestem tatą. Ale jestem bardzo zakochany i czekam, kiedy będę mógł wrócić do domu. Nie jest na pewno łatwo, ale mam żonę, która ma łeb na karku i wszystko przygotowała. Gdybym był sam z tym, to nie ma szans, żeby ogarnąć życie sportowe i bycie ojcem" - powiedział.

 

Finał mistrzostw świata w skoku o tyczce zaplanowany jest na wtorek na godz. 19.05 czasu polskiego. Dotychczas Polacy wywalczyli jeden medal - srebro w rzucie młotem zdobyła Joanna Fiodorow. Impreza potrwa do niedzieli.