Iwanow: Wariant łotewski? Warto przemyśleć

Piłka nożna
Iwanow: Wariant łotewski? Warto przemyśleć
fot. Cyfrasport

Temat przepisu o obowiązku wystawiania w każdym meczu naszej Ekstraklasy co najmniej jednego młodzieżowca będzie się pojawiał w dyskusjach o polskiej klubowej piłce jeszcze długo. Słychać go w większości publicystycznych programach, wywiadów z ligowymi trenerami, a także piłkarzami, którzy ten warunek spełniają.

Być może zahaczymy o niego także w niedzielnym cyklicznym Cafe Futbol (Polsat Sport, niedziela, godz.11), w którym jednym z gości będzie jeden z najbardziej skutecznych polskich agentów – czy jak kto woli – menedżerów piłkarskich, Jarosław Kołakowski, dziś także wspierający swoim „know - how” trzecioligowy klub KKS Kalisz. Wiele osób uważa, że ów regulaminowy zapis zniknie wraz z ewentualną zmianą frakcji w kolejnych wyborach na prezesa PZPN. Że pierwszą decyzją nowych władz będzie m.in. wykreślenie właśnie tego przepisu.

 

Trenerzy części zespołów uważają, że konieczność posiadania w kadrze czterech-pięciu młodzieżowców zatrzymuje rozwój tych niżej w rankingu na pozycjach, bo będą potrzebni jedynie w przypadku kontuzji czy kartek tych lepszych. Że ten czas mogliby spędzić na wypożyczeniu np. w Fortuna 1 Lidze, ogrywać się, zbierać doświadczenie i wrócić za jakiś czas do Ekstraklasy będąc już na zupełnie innym poziomie. Nie każdy dysponuje taką Akademią i takim potencjałem jak w Zagłębiu Lubin czy Lechu Poznań, różne są cele sportowe poszczególnych klubów, i tak dalej i tak dalej. Roman Kołtoń często i chętnie wraca do zagadnienia nadmiernej liczby budzącej wątpliwości jakości graczy zagranicznych w naszej piłce. I z pewnością ma rację.

 

Rzut oka na piątkowy mecz Śląska Wrocław z Jagiellonią Białystok. Na dwudziestu dwóch piłkarzy w wyjściowych składach Polaków jest zaledwie ośmiu, razem z Tarasem Romańczukiem. Akurat w tych klubach młodzieżowcy się „bronią” – Przemysław Płacheta czy Patryk Klimala grają nie ze względu na PESEL, ale w paru innych miejscach jest inaczej, więc proporcje – „nasi vs obcokrajowcy” mogą być jeszcze gorsze. W związku z tym może wypadałoby się zastanowić nad innym rozwiązaniem, który pozwoliłby zmienić ten trend?

 

Szykując się do komentowania meczów eliminacji do Ligi Europy Piasta Gliwice z Rygą długo rozmawiałem z Kamilem Bilińskim. W kadrze jego łotewskiego zespołu było... 13 obcokrajowców, bo właścicielem klubu jest milioner, który ma pod swoją ręką także cypryjski Pafos. Przechodzenie piłkarzy z jednego do drugiego klubu (i odwrotnie) jest tam nagminne. Wyjściowa jedenastka FK różniła się tam praktycznie co spotkanie. Ale nie o przykład nowego hegemona łotewskiej piłki chodzi, bo on finansowo bije na głowę całą resztę, a o przepis w tamtejszej lidze. Otóż w jednym spotkaniu może tam zagrać maksymalnie pięciu obcokrajowców. Resztę drużyny muszą stanowić Łotysze.

 

Na rozwój łotewskiego piłkarza nie wpłynęło to najlepiej i wkrótce ulegnie to zmianie, ale pamiętajmy też, że wybór w tym niewielkim kraju jest dużo mniejszy. Może ten wariant byłby dla nas lepszym rozwiązaniem i zmniejszyłby liczbę graczy z innym paszportem, którzy zatrudniani są głównie ze względu na cenę? Bo polska Ekstraklasa w niektórych miejscach wkrótce wyglądać może według następującego schematu zawodniczej charakterystyki: jeden lub najwyżej dwóch młodzieżowców, kilku doświadczonych Polaków grubo po trzydziestce, którzy i tak w tej lidze mają się bardzo dobrze (patrz: Paweł Brożek, Łukasz Broź czy do niedawna Marcin Robak) i średni, już też nie najmłodszy obcokrajowiec. Europą taką mieszanką raczej nie podbijemy. A jak wiadomo, już za dwa lata będzie się do niej dostać o wiele trudniej niż obecnie.

Bożydar Iwanow, seb, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze