Romański: Przez koszykarskie puchary do jakości

Koszykówka
Romański: Przez koszykarskie puchary do jakości
fot. PAP

Aż cztery kluby Energa Basket Ligi grają w tym sezonie w europejskich pucharach, a dodatkowo dwa w rozgrywkach regionalnych poza Polską. Taka inwazja na Europę może tylko pomóc im samym, ale także polskim zawodnikom aspirującym do reprezentacji. Boom na puchary wreszcie zaczyna dotyczyć także męskiej koszykówki.

Dwa sezony temu w 13-zespołowej żeńskiej ekstraklasie koszykarek w Polsce było aż siedem drużyn, które grały w Europie. Przyczyną była chęć rozszerzenia oferty dla zawodniczek, zawsze bardziej chętnych do podpisywania kontraktów w klubach grających w pucharach, pozyskanie nowych kibiców, ale także budżet. Większość miast, które są ważnymi sponsorami klubów, daje bonusy finansowe, jeśli są promowane w europejskich rozgrywkach.

 

W tym sezonie dotyczy to też klubów Energa Basket Ligi. Polska co prawda nie ma od czterech sezonów miejsca dla swojego klubu w Eurolidze (18 najlepszych ekip Europy), gdzie nasze zespoły (Śląsk Wrocław, Prokom Trefl Sopot/Gdynia, Stelmet Zielona Góra i Turów Zgorzelec) grały nieprzerwanie w latach 2000-2016. Po przerwie udało się jednak wrócić chociaż do drugiej ligi Euroligi, jakim jest de facto EuroCup (po polsku EuroPuchar), w którym grają 24 zespoły, a znacząca większość z nich marzy o powrocie lub wejściu do Euroligi.

 

Jest wśród nich Asseco Arka Gdynia, trzeci zespół poprzedniego sezonu Energa Basket Ligi. Gdynianie są pamiętani wśród szefów Euroligi jako mocny zespół z najlepszych rozgrywek w Europie i są dla nich największym kandydatem do powrotu do tych rozgrywek. Ten sezon - na razie w EuroPucharze - zaczęli znakomicie, wygrywając na wyjeździe z mocnym zespołem z niemieckiego Oldenburga, a w drugim spotkaniu przegrali u siebie po walce z Unicaja Malaga naszego reprezentanta Adama Waczyńskiego. Awans z grupy wywalczą cztery z sześciu zespołów, więc jest na to spora szansa, aczkolwiek gdynianie właśnie stracili na dłużej swojego pierwszego rozgrywającego Phila Greene’a, który doznał kontuzji kolana.

 

Mistrz i wicemistrz Polski z 2019 roku, czyli Anwil Włocławek i Polski Cukier Toruń, jeszcze nie rozpoczęli fazy grupowej w swoich rozgrywkach (początek 15 października), które noszą dumną nazwę Koszykarskiej Ligi Mistrzów (Basketball Champions League), mimo że mistrzów najważniejszych rozgrywek krajowych w Europie w niej nie ma. To puchar trzeciej kategorii, co nie oznacza, że grają tam słabe zespoły. W fazie grupowej każdy z nich rozgrywa po 14 meczów, co już daje niesamowity impuls dla każdego uczestnika.

 

W Anwilu głośno mówią nie tylko o wyjściu z grupy (są cztery po 8 zespołów, awansują do play-off po cztery drużyny z każdej), ale i o powalczeniu o więcej. Transfery zawodników z występami w NBA na koncie oraz ambitny trener Igor Milicić, ceniony w Europie za swoją wiedzę i podejście do zespołu, to mocne atuty. Anwil znalazł się jednak w prawdziwej grupie śmierci, w której są bardzo trudni rywale z najlepszych lig w Europie. Jeśli ją przejdzie, będzie bardzo mocny, a lider zespołu Tony Wroten w „Przeglądzie Sportowym” zapowiedział nawet walkę o zdobycie trofeum.

 

Takich ambicji nie mają w Toruniu, ale ten dobrze zorganizowany klub, który pnie się do góry w koszykarskiej hierarchii musiał już spróbować swoich sił w takich rozgrywkach, żeby nie dreptać w miejscu. W składzie są niemal wyłącznie reprezentanci Polski i gracze z występami w NBA lub będący w orbicie NBA w ostatnich latach, trenerem jest doświadczony Niemiec Sebastian Machowski, więc w zasadzie niczego nie brakowało. Nawet szczęścia, bo awans do fazy grupowej LM torunianie wywalczyli dopiero dzięki rzutowi Keitha Hornsby’ego w ostatniej sekundzie meczu z mistrzem Finlandii. Po Polskim Cukrze trudno się spodziewać sukcesów w pierwszym roku europejskich doświadczeń, ale w tym sezonie najważniejsze jest zrozumienie, że dla klubu z tak dobrą organizacją i tej wysokości budżetem start w Europie jest nieodzowny.

 

Jeszcze lepiej to widać na przykładzie koszykarskiej Legii Warszawa, która w tym sezonie praktycznie debiutuje w europejskich rozgrywkach, bo nikt już w zasadzie nie pamięta, jak radziła sobie w nich prawie 50 lat temu. Warszawianie grają dopiero trzeci sezon w EBL po powrocie, budżet mają daleko mniejszy niż we Włocławku czy Toruniu, ale zgłosili się i już nawet mieli szansę na awans do Ligi Mistrzów. Odpadli w drugiej rundzie kwalifikacji z rosyjskim BC Niżny Nowgorod, który jeszcze kilka lat temu grał w Eurolidze. Zagrają więc w pucharze czwartej kategorii, którym jest FIBA Europe Cup (Puchar FIBA Europe).

 

- To dla nas był kolejny krok w rozwoju klubu, konieczny z wielu względów. Już po pierwszych tygodniach widzimy, ile nowego dowiedzieliśmy się, kiedy musieliśmy się zmierzyć z wymaganiami stawianymi przez FIBA - mówi szef rady nadzorczej klubu z Warszawy Jarosław Jankowski.

 

Jego ekipa jest bardzo ambitna na boisku, a jednocześnie ma może nawet najszerszy w Polsce dział medialny, który bogato dokumentuje wyczyny koszykarzy. Mimo zaledwie ósmego miejsca w poprzednim sezonie. Legia wydaje się więc być dobrze przygotowana na większe wyzwania, choć największym - nie do przeskoczenia - jest hala w Warszawie. Podczas remontu swojego macierzystego obiektu OSiR Bemowo (pojemność trybun na wzrosnąć do około 1500), mecze Pucharu FIBA Europe będą rozgrywane w hali OSiR Koło, która w zasadzie nie nadaje się na takie rozgrywki. Jeden mecz zostanie rozegrany na Torwarze, ale na halę z prawdziwego zdarzenia przyjdzie jeszcze w Warszawie poczekać. Na razie więc kluby z Węgier, Danii i Finlandii, z którymi w grupie zagrają legioniści, będą przeżywały szok pozytywny (na Torwarze) i negatywny (na Kole).

 

Nie mają takich problemów w Zielonej Górze. Stelmet Enea BC Zielona Góra, czwarty zespół Energa Basket Ligi w poprzednim sezonie, w europejskich pucharach co prawda nie gra, ale zgłosił się równolegle do gry w rosyjskiej lidze VTB. Rozgrywki z udziałem dziewięciu świetnych klubów z Rosji oraz mających problemy ze znalezieniem u siebie godnych rywali ekip z Estonii, Kazachstanu i Białorusi, toczą się w tych samych terminach co EBL, ale poprzez przekładanie meczów zielonogórzanie sobie z tym jakoś radzą. Celem jest przede wszystkim zysk finansowy, bo mający kłopoty z domykaniem budżetów Stelmet może liczyć w Rosji na całkiem spore pieniądze. Zwłaszcza jeśli będzie ściągać na trybuny kibiców, bo za to też są bonusy, a w pięknej hali CRS (5000 miejsc) przy dobrym na razie stylu Stelmetu w tym sezonie można liczyć na dobrą frekwencję.

 

Najważniejsze w tym wszystkim jest jednak to, że aż pięć klubów (a można jeszcze doliczyć GTK Gliwice w regionalnym Alpe Adria Cup z zespołami z Czech, Austrii, Węgier, Chorwacji czy Słowenii) zapewnia swoim graczom - zwłaszcza polskim - przez dużą część sezonu granie dwa razy w tygodniu na solidnym poziomie. Łatwo o tym zapomnieć, ale wydaje się, że duża część rozwoju polskiej koszykówki opierała się właśnie na licznym udziale Polaków w europejskich rozgrywkach.

 

Tak było w latach 90., kiedy to, zanim zajęliśmy siódme miejsce w mistrzostwach Europy w 1997 roku, były dobre występy w Europie Nobilesu Włocławek czy Mazowszanki Pruszków. Tak było dekadę później, kiedy to wracaliśmy do Europy jako reprezentacja po tym, jak kilka lat nasi czołowi gracze nabierali doświadczeń w Eurolidze. A nawet przed ostatnimi mistrzostwami świata w Chinach, kiedy to wyraźnie było widać, jak wypadli w nich gracze ograni w europejskich pucharach, tacy jak Adam Hrycaniuk czy Michał Sokołowski.

 

Dlatego można liczyć, że następne pokolenie przygotowanych do gry kandydatów do reprezentacji rodzić się będzie właśnie w starciach z Europejczykami, nawet jeśli to będą zespoły z Węgier czy Danii, które wcale nie muszą być łatwymi rywalami. Na pewno Filip Matczak czy Sebastian Kowalczyk z Legii, Jarosław Zyskowski i Marcel Ponitka ze Stelmetu, Jakub Karolak i Krzysztof Sulima z Anwilu, Jakub Schenk z Polskiego Cukru czy Dariusz Wyka z Asseco Arki, a może nawet Mateusz Szlachetka z GTK, będą gotowi na lepsze granie i zgłoszą aspiracje do obecności w reprezentacji. Jak dobrze, że to właśnie im wpadła w ręce ta szansa. To praktycznie w komplecie „kadra B”, zaplecze ekipy Mike’a Taylora z ostatnich mistrzostw świata.

 

A jeśli jeszcze do tego dojdą sukcesy, którymi dla wszystkich tych zespołów będzie wyjście z grupy, tym lepiej. Ani dla Arki, ani dla Anwilu i Polskiego Cukru, ani tym bardziej dla Legii nie jest to niemożliwe.

Adam Romański, WŁ, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze