Z Ekstraklasy ucieka kto może. Wolna amerykanka na rynku transferowym

Piłka nożna
Z Ekstraklasy ucieka kto może. Wolna amerykanka na rynku transferowym
Fot. Cyfrasport

Drużyny Ekstraklasy walczące o mistrzostwo Polski w przerwie zimowej walczą o to, aby jak najwięcej zarobić, wyprzedając swoich najlepszych graczy. Pierwsza była Pogoń Szczecin (3. miejsce w tabeli), która jeszcze przed ostatnim jesiennym meczem pozbyła się  swojego najlepszego strzelca Adamy Buksy (wyjechał do USA). Teraz jego tropem idzie Legia (lider) odsyłając w tym samym kierunku Jarosława Niezgodę, najlepszego obecnie strzelca Ekstraklasy.

Lechia Gdańsk schodzi z kosztów, żegnając swoich najbardziej wartościowych graczy Artura Sobiecha, Sławomira Peszkę i Rafała Wolskiego (wszyscy mają zagrać w trzeciej lidze niemieckiej). Aby zarobić lada moment pozbędzie się reprezentanta młodzieżówki Karola Fili (mówi się o Celtiku Glasgow), Lech spróbuje upłynnić reprezentanta Polski Kamila Jóźwiaka (Chicago Fire?) i młodzieżowca Filipa Marchwińskiego (może zatrudnić go Juventus Turyn i natychmiast wypożyczyć), na wyjazd do Szkocji (Celtic) szykuje się napastnik Jagiellonii, który zagrał ledwie kilka dobrych meczów jesienią w klubie i młodzieżówce – Patryk Klimala.

 

Inny młodzieżowiec Jagi Bartosz Bida spogląda w kierunku Belgii, napastnik mistrza Polski Piasta Gliwice Piotr Parzyszek szykuje się do włoskiego Frosinone. Kto wie, czy mimo deklaracji pozostania przynajmniej do końca sezonu, ktoś nie namówi właściciela Legii na sprzedaż młodych perełek Michała Karbownika i Radosława Majeckiego. Do tego dodajmy kilka zaskakujących wyjazdów, których teraz nikt się nie spodziewa, ale mogą się zdarzyć aż do końca okienka transferowego.

 

Tego co się dzieje na rynku transferowym nie można określić naturalnymi w tym czasie manewrami personalnymi. To jest prawdziwy exodus. Ktokolwiek ma jakieś atuty i jakiekolwiek oferty zagraniczne, natychmiast wyjeżdża. Nie ma przesadnie długich targów, kalkulacji, że może opłacałoby się zachować zawodnika do końca sezonu, czy to w kontekście walki w lidze, czy może na arenie międzynarodowej. Los każdego wyróżniającego się gracza, który nie jest piłkarskim emerytem wydaje się przesądzony. Wszyscy są do sprzedaży. I to błyskawicznej. Patrząc na tendencje rynkowe, młody Polak kosztuje teraz około 4 mln euro.

 

Tłumaczenie powtarzane jak mantra przez prezesów klubów „musimy sprzedawać, aby utrzymać się na powierzchni”, jest arcy boleśnie sensowne, ale tylko na pozór. Jasne, że trzeba sprzedawać, ale wypada robić to z głową, a nie trząść się z emocji jak sztubak, przy każdej pozycji, kiedy euro zaświecą się przed oczami. Bez żadnego ryzyka, można stwierdzić, że strategii w tym nie ma żadnej, żadnego planu, wizji, przygotowania kolejnych zawodników, którzy wchodzą w miejsce sprzedawanego, jak dzieje się to choćby w lidze holenderskiej, która też żyje przecież z kreowania zawodników i ich sprzedaży. Mówienie o długofalowych działaniach, patrzeniu kilka kroków do przodu, to bujdy na resorach sprzedawane przez działaczy na potrzeby mediów. Generalnie: wolna amerykanka. Nie ma żadnych zasad. Byle sprzedać więcej i szybciej.

 

Nie ma też złudzeń, że ktokolwiek myśli o zbudowaniu drużyny, która dałaby radę zarobić duże pieniądze poprzez udane występy w europejskich pucharach. Pozbywanie się najlepszych graczy w trakcie sezonu jest tego najlepszym dowodem. Klubowi decydenci po prostu w to nie wierzą. Czyli tak naprawdę nie wierzą, że się do tej roboty nadają. Bo do tego, aby wyprzedawać dobra rodowe, to nie trzeba mieć wyjątkowego talentu.

 

Irytujące jest też to tłumaczenie kibicom, że dzięki pieniądzom za transfery, kluby mogą dalej spokojnie egzystować. A co to jest za egzystencja? Na poziomie 32 ligi w rankingu europejskim? Sprzedawać najlepszych, aby zapychać dziury przeciętniakami z zagranicy?

 

Owszem, Jarosław Niezgoda dostanie w Stanach Zjednoczonych cztery razy więcej niż miał w Legii (około 750 tysięcy dolarów za sezon) i pewnie trudno byłoby aż tyle zaoferować mu w polskich warunkach. Ale ponad połowę tej kwoty już dałoby radę. A dla takich pieniędzy ucieka z Polski większość graczy. Może trzeba zebrać finansowe siły i zapłacić solidniej swojemu zawodnikowi, przewartościować sposób działania? To nie jest tak, że nie ma u nas w ogóle pieniędzy. Najlepszy zawodnik trzynastej w tabeli Arki Gdynia wystawia co miesiąc fakturę na 158 tysięcy złotych.

 

Jeden z zawodników, którzy wyjechali niedawno z polskiej Ekstraklasy, tłumaczył mi co powodowało nim prócz perspektywy lepszych zarobków. Otóż nie wierzył, że tutaj uda się ugrać coś sportowo, że drużyna zostanie poprowadzona w taki sposób, aby awansować choćby do fazy grupowej Ligi Europy. To nie kamyczek, ale głaz wrzucony do ogródka zarządzających klubami. Brak wiary zawodników, że działaczom uda się sklecić sensowny projekt mogący odnieść sportowy sukces, jest chyba nawet bardziej istotnym argumentem niż niewystarczające środki finansowe.

Cezary Kowalski, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze