Śladami Ronaldo. Manchester czeka na zbawcę z Lizbony

Piłka nożna
Śladami Ronaldo. Manchester czeka na zbawcę z Lizbony
for. Mario Cruz (PAP/EPA)

Jak zastąpić Bruno? Potrzeba trzech piłkarzy: jednego, który strzela gole, drugiego, który prowadzi grę i trzeciego, który broni. Tak trener Sportingu mówi o odejściu Bruno Fernandesa do Manchesteru United. Piątkowe derby z Benficą mają być pożegnaniem reprezentanta Portugalii ze Sportingiem. A już w niedzielę z trybun Anfield Road ma oglądać nowych klubowych kolegów w starciu z Liverpoolem.

Ten transfer nie został jeszcze oficjalnie ogłoszony, ale lada moment powinien. Wprawdzie "lada moment" w przypadku odejścia Bruno Fernandesa ze Sportingu trwa już jakieś, lekko licząc, półtora roku, jednak tym razem klamka chyba już naprawdę zapadła.

 

 

"Bruno Fernandes po meczu Sporting - Benfica poleci do Manchesteru. W sobotę dopełnione zostaną ostatnie formalności, między innymi testy medyczne, a w niedzielę powinien być na Anfield, na meczu Liverpool - United. W Manchesterze Bruno będzie zarabiał 120 tysięcy funtów tygodniowo" - taką informację podała w piątkowe popołudnie stacja Sky Sports.

 

Wszyscy potrzebują tego transferu

 

W wielu innych angielskich i portugalskich mediach można znaleźć potwierdzenie tej informacji. Wprawdzie Frederico Varandas, prezydent Sportingu, twardo negocjuje i walczy o każdy milion euro, to trudno sobie wyobrazić, by porozumienia nie osiągnięto. Każda z zainteresowanych stron jest bowiem zdeterminowana, by rozmowy transferowe doprowadzić do szczęśliwego zakończenia.


Sporting pilnie potrzebuje pieniędzy. Manchester United - równie mocno - lidera drugiej linii. Bruno Fernandes bardzo chce już wyjechać. I wreszcie, last but not least, pilotujący sprawę Jorge Mendes ani myśli narażać na szwank renomy wszechmocnego agenta.

 

A nawet gdyby niemożliwe faktem się stało i Bruno Fernandes zostałby w Lizbonie na kolejne pół roku, to i tak warto bliżej przyjrzeć się bohaterowi trzymającej w napięciu od kilkunastu miesięcy transferowej sagi.

 

Kosmiczne statystyki i rekord Lamparda

 

Skąd to całe szaleństwo wokół kapitana Sportingu Lizbona? Za odpowiedź niech posłużą liczby:

 

 

Imponujące, a warto pamiętać, że cytowany tweet, ukazał się kilka godzin przed meczem ligowym z Vitorią Setubal (11 stycznia) i jak to w przypadku Bruno Fernandesa bywa - natychmiast się zdezaktualizował. W tamtym spotkaniu kapitan "Lwów" dołożył dwa trafienia. W sumie w 25 meczach we wszystkich rozgrywkach zaliczył już zatem 15 goli i 13 asyst. W poprzednim: 32 gole (!) i 18 asyst w 52 spotkaniach.

 

Pobił przy okazji nieoficjalny rekord Europy w liczbie bramek zdobytych w jednym sezonie przez pomocnika - poprawiając osiągnięcia Franka Lamparda (27 goli dla Chelsea w sezonie 2009/10) i Brazylijczyka Aleksa (29 goli dla Fenerbahce, sezon 2004/05). Kosmos. Ryzyko, że wyjeżdżając z Portugalii spadnie z tego kosmosu z hukiem na ziemię wydaje się niewielkie.

 

Owszem, w trwającym sezonie Ligi NOS w 15 meczach zaliczył aż osiem bramek i siedem asyst, ale to wciąż zaledwie część jego dorobku. W Lidze Europy w pięciu meczach grupowych uzbierał osiem goli i trzy asysty! Po meczu, w którym poprowadził Sporting do wygranej 4:0 z PSV Eindhoven strzelając dwa gole i dokładając dwie asysty, wybrany został piłkarzem kolejki.

 

Tych wyróżnień otrzymuje ostatnimi czasy mnóstwo. Bodaj najistotniejsze to dwa tytuły najlepszego zawodnika ligi portugalskiej za dwa ostatnie sezony. A kiedy UEFA ogłaszała ostatnio listę nominowanych do Drużyny Roku UEFA w gronie pięćdziesięciu największych gwiazd futbolu znalazł się tylko jeden piłkarz ligi portugalskiej. Tak, Bruno Fernandes. 

 

Autorytet u kolegów

 

Jego odejście będzie oznaczało dla Sportingu stratę boleśniejszą niż tylko niemożliwa do wypełnienia wyrwa w składzie. W końcu do zastąpienia Bruno na boisku, jak powiedział cytowany już trener Jorge Silas, potrzeba trzech różnych piłkarzy.

 

Jednak znalezienie kogoś, kto przejmie jego rolę w szatni, wydaje się zadaniem równie karkołomnym. Jakiego formatu postacią jest w drużynie Sportingu jej kapitan? Za odpowiedź niech posłuży taka historia.

 

We wrześniu do portugalskich mediów wyciekło nagranie prywatnej rozmowy, jaką Bruno Fernandes przeprowadził ze swoim znajomym przez jeden z internetowych komunikatorów. Kapitan Sportingu mówi tam, że ma dość postawy niektórych kolegów z zespołu, ich kompletnego braku zaangażowania. Dodaje, że nie dziwi się kibicom wygwizdującym piłkarzy. "A czego się spodziewali po takiej grze? Oklasków?" - piekli się.

 

Teoretycznie po czymś takim drużyna powinna odwrócić się od kapitana, a atmosfera w szatni stać się nie do wytrzymania. Tymczasem nawet najbardziej wnikliwi obserwatorzy nie zauważają zmian w funkcjonowaniu ekipy z Lizbony. A trzy miesiące później w bardzo długim wywiadzie, który dziennik Record publikuje w dwóch świątecznych numerach, Bruno tłumaczy: Nie było żadnego problemu w szatni, bo na tych nagraniach koledzy nie usłyszeli niczego, czego wcześniej nie powiedziałbym im prosto w oczy...

 

Szacunek u trenera

 

Ogromnym szacunkiem Bruno Fernandes cieszy się nie tylko u partnerów z zespołu. Także u trenerów. Oto Jorge Silas tłumaczący na początku grudnia, dlaczego niektórzy grają więcej niż drudzy, a jeszcze inni szansy doczekać się w ogóle nie mogą. Właściwie była to klasyka gatunku, tysiące razy wypowiadane zapewnienia, że wszyscy zawodnicy są ważni i potrzebni, że każdy ciężką pracą może zasłużyć na grę, że nikt nie dostał miejsca w składzie na zawsze.

 

Właśnie takie słowa padły na konferencji przed meczem 13. kolejki ligi portugalskiej z Moreirense. No, prawie takie. "Wszyscy w zespole muszą zrozumieć, że jest tu tylko jeden zawodnik nietykalny. To oczywiste, kto i dlaczego. Co do pozostałych, każdy musi pracować, każdemu chcemy dać szansę, ale wszystko w swoim czasie".

 

I tak, jak w przypadku ujawnionych rozmów - nikt się nie zdziwił, nikt się nie obruszył. Bo i nie powiedział Jorge Silas niczego, czego kibice i piłkarze Sportingu wcześniej by nie wiedzieli.

 

Decyzja po ataku na piłkarzy

 

Osobny wątek to relacja Bruno z kibicami. Sporting od lat szczyci się, i słusznie, znakomitą pracą z młodzieżą. Większość mistrzów Europy z 2016 roku to absolwenci akademii Sportingu z podlizbońskiego Alcochete. Futbolowa edukacja odebrana w szkółce "Lwów" pozwoliła Luisowi Figo i Cristiano Ronaldo sięgnąć po Złotą Piłkę dla najlepszego piłkarza świata.

 

W takim miejscu, w takim klubie komuś z zewnątrz bardzo trudno stać się ulubieńcem trybun. Skoro kibice mają pod ręką tylu świetnych "swoich", to dlaczego mieliby lokować sympatię w "obcych". Ale wyjątki się zdarzają. I takim jest Bruno Fernandes.

 

Pod koniec sezonu 2017/2018 kilkudziesięciu zamaskowanych kiboli wtargnęło do akademii Alcochete i zaatakowało piłkarzy. Wielu zawodników - także tych najlepszych - rozwiązało umowy z winy klubu. Sporting tego "najczarniejszego dnia w historii klubu", jak się określa 15 maja 2018 poniósł niemożliwe do oszacowania starty sportowe i finansowe. Rui Patricio, William Carvalho, Gelson Martins, Rafael Leao, Daniel Podence odeszli albo za darmo, albo za symboliczne - w porównaniu z ich rynkową wartością - kwoty.

 

Zatrzymany w klubie przez policję

 

Początkowo wydawało się, że Bruno Fernandes również odejdzie. Tuż po ataku wypowiedział pamiętne "To była przyjemność grać tutaj", polecił żonie jak najszybciej spakować się i wyjechać do Porto (stamtąd Bruno pochodzi) i podjął decyzję, że nigdy już w Sportingu nie zagra, nawet w mającym odbyć się kilka dni później finale Pucharu Portugalii.

 

- Kiedy opuszczałem teren akademii, zauważyli mnie policjanci. Powiedzieli, że nie mogę wyjechać, że muszę zostać i złożyć zeznania. Gdyby mnie wtedy nie zatrzymali, wsiadłbym w samochód, wyjechał i już nigdy nie wrócił - przyznał po kilku miesiącach Bruno. Ale od razu wyjechać nie mógł. I nie wyjechał przez kolejne półtora roku.

 

- Czy żałuję, że zostałem? Nie, nigdy nie żałowałem. Na początku miałem chwile zwątpienia, ale jak mógłbym żałować. Kolejny sezon okazał się najlepszym w mojej karierze - tłumaczył.

 

I tak będę w wielkim klubie

 

Z Lizbony nie wyprowadził się także podczas kolejnych okienek transferowych. Znakomite propozycje miał. Ochotę na wyjazd również. Nie ukrywał tego. Ale kiedy Sporting odrzucał kolejne oferty, nie obrażał się, nie próbował wymusić zgody na odejście. Wywiązywał się ze wszystkich obowiązków. I to wzorowo.

 

"Pójdziesz do Realu? Do Tottenhamu? Do Manchesteru? Myślisz, że w nowym sezonie będziesz grał w wielkim klubie?" - takie pytania Bruno latem 2019 roku słyszał kilka razy w tygodniu. I niezmiennie odpowiadał: - Mam to szczęście, że nie ważne, czy odejdę do Hiszpanii, czy do Anglii, czy zostanę w Sportingu, to i tak będę grał jesienią w wielkim klubie.

 

Nie ukrywał, że oferta Tottenhamu była bardzo atrakcyjna, że gdyby zależało to tylko od niego - odszedłby. Ale został. I jesienią znowu grał tak, że nikt z kibiców Sportingu nie miał żalu o deklarowaną głośno gotowość odejścia.

 

Pięć milionów? Nie, dziękuję, nie trzeba

 

Bo w postępowaniu reprezentanta Portugalii nie ma żadnej sprzeczności. Jasne, ze słów o grze dla "wielkiego Sportingu" można cynicznie pokpiwać; pełne zaangażowanie i dobrą grę można tłumaczyć tym, że Bruno chce pozostać w kręgu zainteresowań najbogatszych klubów Europy. Jak jednak kibic Sportingu mógłby przejść obojętnie wobec takiego oto wydarzenia...

 

Otóż w poprzedniej umowie ze Sportingiem istniał taki zapis: kiedy Sporting odrzuci ofertę sprzedaży Bruno Fernandesa za kwotę powyżej 35 milionów euro, będzie zmuszony wypłacić piłkarzowi pięć milionów. Taka, powiedzmy, premia za lojalność, względnie nagroda pocieszenia za to, że decyzją działaczy nie może zmienić ligi na lepszą. Z nowej umowy ten zapis zniknął na życzenie... zawodnika!

 

 

- Już w trakcie obowiązywania poprzedniej umowy nie skorzystałem z tego zapisu, choć była taka sytuacja. Teraz nawet nie chciałem tego wpisywać do kontraktu. Dlaczego? Czułem po prostu, że po tym wszystkim, co dał mi Sporting, tak powinienem postąpić - wyjaśniał w cytowanym już świątecznym wydaniu Recordu. Powtórzmy:

 

1. Piłkarz chce odejść, co na pewno wiązałoby się z istotnym wzrostem jego zarobków.
2. Obecny klub się nie zgadza, bo sam chciałby przy okazji transferu zarobić więcej.
3. Piłkarzowi przysługuje zatem rekompensata - w tym wypadku okrągłe pięć milionów euro.
4. Piłkarz nie bierze tych pieniędzy od klubu, bo "czuje, że tak powinien się zachować".

 

Piłka to biznes, w którym nie ma miejsca na sentymenty? Najwyraźniej nie w tym wypadku. Łatwo zatem zrozumieć, jak to się
stało, że idolem kibców, nade wszystko ceniących wychowanków swojego klubu, został człowiek "z zewnątrz".

 

Urodził się w mieście Maia (okręg metropolitalny Porto). Wychował w klubie Boavista Porto. Seniorską karierę zaczynał we... Włoszech (sezon w Novarze, trzy w Udinese, jeden w Sampdorii), skąd dopiero w wieku 23 lat trafił do Sportingu. Ale na ostatnie święta siebie, rodzinę i choinkę ubrał tak:

 

fot. facebook.com / sporting clube de portugal

 

Jednym z ulubieńców trybun stadionu Jose Alvalade już pozostanie. Jak Cristiano Ronaldo, który przyjeżdżając na pucharowe mecze ze Sportingiem w barwach Manchesteru United czy Realu zawsze podejmowany jest w Lizbonie z honorami. Zresztą skoro o Ronaldo mowa, on już pół roku temu, pytany o ewentualny transfer Bruno na Wyspy, mówił: "To wielki talent. Nie rozumiem i nikt nie rozumie, dlaczego jeszcze nie wyjechał z Portugalii".

 

Talent eksploduje, Anglia oszaleje

 

Kolejny znakomity zawodnik, który przecierał szlak z Jose Alvalade na Old Trafford, czyli Nani w rozmowie z dziennikiem A Bola przyznał z kolei: - Powtarzam mu, że z tymi możliwościami, które ma, wystarczy, że nadal będzie ciężko pracował, a jego talent eksploduje i Anglia oszaleje na jego punkcie.

 

Stałe fragmenty gry, uderzenia z dystansu, skuteczność i spryt w szesnastce, wizja gry, kreatywność, waleczność w defensywie, mocny charakter, cechy przywódcze. Atuty Bruno Fernandesa można wymieniać bardzo długo. Czy wystarczą na podbicie Premier League? Czy zostanie liderem Manchesteru United?

 

Odpowiedzi na te pytania powinniśmy poznać już w najbliższych miesiącach. Chyba, że ponownie transferowe negocjacje w sprawie Bruno Fernandesa na samym finiszu zakończą się jakąś spektakularną klapą.

 

Co wtedy? Pół roku gry w Sportingu - zapewne świetnej. Pierwszy skład na EURO - bo już jest podstawowym wyborem selekcjonera Fernando Santosa. A potem wakacje i... okienko transferowe!

Szymon Rojek, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze