Pindera: To będzie prawdziwa wojna w Kinszasie

Sporty walki
Pindera: To będzie prawdziwa wojna w Kinszasie
fot. Cyfrasport

Dla 30-letniego Michała Cieślaka walka z Ilungą Makabu w Kinszasie o mistrzowski pas WBC wagi junior ciężkiej to pierwszy zagraniczny zawodowy występ. Do tego w Afryce, ze wszystkimi wynikającymi z tego konsekwencjami.

– Miał talent do piłki i boksu, ale wybrał walkę na pięści – mówi jego pierwszy trener Adam Jabłoński z Radomia. – Ojciec, z którym się dobrze znaliśmy, przyprowadził go na pierwszy trening, gdy miał 12 lat. Ważył niespełna 40 kg, był drobny, szczupły, ale bystry i już wtedy wiedziałem, że ma charakter. Trzy lata później powiedziałem publicznie, że będzie mistrzem świata i choć już nie jestem jego trenerem, nic się w tej kwestii nie zmieniło. Wciąż wierzę, że sięgnie po pas, ale mam świadomość, że w Kinszasie czeka go ciężka przeprawa – opowiada.

 

– Wielka szkoda, że ojciec Adama nie doczekał zwycięskich walk Michała. Sam trenował zapasy. Był z niego naprawdę kawał chłopa, pięści miał jak bochny. Jak ktoś nadepnął mu na odcisk, wystarczyło, że uderzył otwartą dłonią i padali. Bardzo dbał, by jego dwaj synowie rozwijali się sportowo. Brat Michała trenował kolarstwo, on w końcu zdecydował się na boks i sukcesy przyszły szybko. Miał medale i tytuły we wszystkich kategoriach wagowych. Był coraz wyższy, coraz silniejszy. Mocno bił z obu rąk, nie pękał przed nikim. Pamiętam jego walki z chłopami ważącymi dobrze ponad sto kilogramów i nie dawał sobie w kaszę dmuchać. Ma instynkt zabójcy, jak zobaczy że zranił rywala, już nie odpuści. A że ma czym uderzyć, to na ogół kończy przed czasem. Ma świetne warunki, duży zasięg, ponad dwa metry. Jak uderzy lewym prostym, to przeciwnik czuje. Na dół też potrafi przyłożyć. Jest bardzo silny, tak naprawdę nie musi chodzić na siłownię, bo siłę ma po ojcu. Gdyby ta walka była w każdym innym miejscu, a nie w Kinszasie, to byłbym spokojny. Ale tam będzie piekło – obawia się Adam Jabłoński.

 

Gdy pytam dlaczego Cieślak nie pracuje już z nim i Rafałem Wojdą, chwilę milczy. – Tak to w życiu bywa. Widać Michał potrzebował zmian. Najważniejsze jest to, że dobrze walczy i wygrywa. W piątek będę się denerwował jeszcze bardziej niż wtedy, gdy stałem w jego narożniku.

 

Teraz, gdy Cieślak pracuje z urodzonym na Ukrainie Andrzej Liczikiem, jego boks jest bardziej uporządkowany, potrafi znacznie lepiej kontrolować agresję, która też jest jednym z atutów. W minionym roku zmiótł z ringu Youri Kayembrę Kalengę oraz Olanrewaju Durodolę. Tyle że dokonał tego przed polską publicznością. Zobaczymy, jak poradzi sobie w Afryce. – Tego nawet ja nie wiem. Jako dzieciak był bardzo skryty, po śmierci ojca mówił jeszcze mniej. Myślę, że jest twardy i sobie mentalnie poradzi, ale nigdy nie wiadomo – wtrąca Jabłoński.

 

Ma rację, nikt nie wie jak Cieślak wytrzyma presję walcząc w rozgrzanym, przesyconym wilgotnością powietrzu, mając wokół tysiące rozgorączkowanych tubylców, którzy czekają na sukces swojego rodaka i nie wyobrażają sobie innego rozstrzygnięcia. Ale Cieślak twardy charakter pokazał już wielokrotnie. Chociażby w rozgrywkach WSB (World Series of Boxing), gdy jak równy z równym bił się dwumetrowym, ważącym 120 kg Włochem Matteo Modugno na jego terenie. Trzy lata później pokonał znanego w naszym kraju z mistrzowskich walk z Krzysztofem Włodarczykiem, Amerykanina Francisco Palaciosa i miał już 12 zawodowych zwycięstw. Do Afryki nie poleciał więc przegrywać. 

 

Na razie sprawia wrażenie bardzo dobrze radzącego sobie ze wszystkimi kłopotami. Skoncentrowany tylko na celu: wygranej z Makabu i zdobyciu tytułu. Przygotowywał się od kilku miesięcy, ma za sobą pięciotygodniowy obóz w USA, a później w Krynicy Górskiej. Z godną podziwu cierpliwością znosił kolejne zmiany terminów, teraz, już w Kinszasie, z pewną miną patrzył prosto w oczy tubylców, podczas publicznego treningu w stolicy DR Konga, kraju uważanego za jeden z najniebezpieczniejszych na świecie. Kinszasa przywołuje oczywiście piękne bokserskie wspomnienia, bo to przecież tam Muhammad Ali znokautował George’a Foremana w 1974 roku, a całe wydarzenie przeszło do historii jako „The Rumble In The Jungle” opisywane przez mistrzów pióra. Tyle że walka niepokonanego Cieślaka (19-0, 13 KO) z dwa lata starszym Makabu (26-2, 24 KO), choć jej stawką też jest mistrzostwo świata, nawet w małej części nie ma takiego ciężaru gatunkowego i rozgłosu, jak tamto globalne wydarzenie sprzed prawie pół wieku. Wtedy za rządów Mobutu Sese Seko było jednak bezpieczniej. Dyktator Zairu trzymał naród twardą ręką bezwzględnego satrapy. Dziś Cieślak znalazł się w kraju w którym bezpieczeństwo to termin umowny. Tym bardziej zaskakuje, że WBC zgodziła się, by walka o pas odbyła się właśnie tam. W piątek Cieślak walcząc z przedstawicielem gospodarzy będzie miał przeciwko sobie nie tylko bardzo dobrego pięściarza, jakim jest Makabu, ale całą Kinszasę, Demokratyczną Republikę Konga, a nawet całą Afrykę. I naprawdę musi mieć mocne nerwy, by to ciśnienie wytrzymać i zostać kolejnym, polskim mistrzem świata tej kategorii.

 

Historycznie rzecz biorąc pierwszym był Dariusz Michalczewski. „Tygrys” w grudniu 1994 roku znokautował w Hamburgu Argentyńczyka Nestora Hipolito Giovanniniego i zdobył pas WBO, który zresztą bardzo szybko oddał, zachowując zdobyty trzy miesiące wcześniej tytuł w wadze półciężkiej. Po nim Włodarczyk, Adamek, Głowacki. Warto pamiętać, że Michalczewski występował po niemiecką flagą, więc mimo wszystko nie można go umieszczać w gronie polskich mistrzów tej kategorii. Tak naprawdę pierwszym jest Krzysztof Włodarczyk, który w 2006 roku wywalczył pas IBF. „Diablo” w latach 2010 -2104 był jeszcze posiadaczem tytułu WBC, o który teraz będzie się bił Cieślak.

 

Z informacji, które napływają z Afryki wiadomo, że w piątek późnym wieczorem, na stadionie Sharks Club, gdzie zostanie rozegrana walka Cieślaka z Makabu, będzie bardzo ciepło, przewidywana temperatura 27-28 stopni przy blisko 70 procentowej wilgotności i ciężkie powietrze, może być problemem dla polskiego pięściarza, który w takich warunkach jeszcze nie walczył. Organizatorzy spodziewają się kilkunastu tysięcy widzów, którzy nie będą płacić za bilety. Będzie też strefa VIP na tysiąc osób. I wszyscy będą oczekiwać wygranej Makabu. Ogromna presja zapewne też będzie mu ciążyć, szczególnie jeśli walka nie będzie układać się po jego myśli. Pamiętajmy jednak, że leworęczny, mierzący 183 cm Makabu ma bez porównania większe międzynarodowe doświadczenie od Cieślaka. O zielony pas WBC też już walczył. 29 maja 2016 roku został wprawdzie znokautowany w 3 rundzie przez Tony’ego Bellew, ale początek należał do niego, w pierwszym starciu miał rywala na deskach. To była jego druga i jak na razie ostatnia porażka w karierze. Pierwszej doznał w debiucie, w RPA gdzie do dziś mieszka.

 

Makabu, urodzony 32 lata temu, jest najstarszym synem króla prowincji Lulua, byłego boksera, znanego jako „Makabu Foreman”, i starszym bratem Martina Bakole, który w ubiegłym roku zafundował techniczny nokaut Mariuszowi Wachowi. To ojciec Ilungi, bojąc się zamachu na syna, wysłał go do RPA. A ten postawił na boks. W 2013 roku Makabu wygrał w Monte Carlo z niepokonanym wtedy Ukraińcem Dmytro Kuczerem, w kolejnym pojedynku znokautował Erica Fieldsa, później Glena Johnsona, byłego mistrza świata, i groźnego Thabiso Mchunu. Ostatnie dwie wygrane w Rosji też świadczą o tym, że porażka z Bellew to już odległa przeszłość. Rosyjskiego króla nokautu Dmitrija Kudriaszowa pokonał w ubiegłym roku przed czasem zdobywając „pasek” WBC Silver, a dwa miesiące później w Czelabińsku wygrał z niepokonanym wcześniej Aleksiejem Papinem broniąc tego tytułu. Teraz obiecuje, że w piątek znokautuje Cieślaka, lecz na razie to słowa. Owszem, będzie faworytem, tyle że faworyci nie zawsze wygrywają. Nawet jak walczą przed swoją, gotową na wszystko publicznością.

 

Transmisja gali z walką Cieślak - Makabu w systemie PPV.

Janusz Pindera, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze