Kowalski: Piątek w Berlinie, czyli błyskawiczna kapitulacja po starciu z dziadkiem Zlatanem

Piłka nożna
Kowalski: Piątek w Berlinie, czyli błyskawiczna kapitulacja po starciu z dziadkiem Zlatanem
fot. PAP/PA

Miał iść do Tottenhamu, PSG, Romy, pojawiały się nawet jakieś wzmianki o Barcelonie. Ostatecznie zatrudniła go Hertha Berlin. Krzysztof Piątek, polski napastnik, którego należy uznać za nasze największe odkrycie w minionych kilkunastu miesiącach, wykonał kolejny zawodowy ostry skręt.

Sam fakt, że poważne zagraniczne media spekulowały na temat takich kierunków, jest wyrazem pozycji jaką sobie zdołał błyskawicznie wypracować i ewidentnie nobilitują gracza. Nie ma jednak co ukrywać, że wybór klubu z Berlina nie wywołuje wśród kibiców efektu "wow!". A przekonywanie, że oto właśnie Hertha jest najlepszym co mogło tego zawodnika spotkać i uznawanie transferu za kapitalny ruch, jest cokolwiek naciągane.

 

Gdyby cofnąć się dwa sezony wstecz i dowiedzieć się, że piłkarz dwunastej w tabeli ekstraklasy Cracovii przechodzi za 27 mln euro do trzynastego zespołu Bundesligi, pialibyśmy byśmy z zachwytu. Skok jakościowy byłby przecież ogromny. Wiadomo, Bundesliga jedna z najlepszych ligi europejskich, wielkie miasto, ogromny stadion, no i pieniądze, które podobno mają niebawem dźwignąć przeciętniaka na wyżyny. Nie byłoby o czym mówić, fantastyczna sprawa. Sęk w tym, że przez półtora roku Piątek urósł niesamowicie i wbił się nie tylko w naszą świadomość jako napastnik formatu europejskiego. Jeden z najciekawszych na rynku. A Hertha, jakby na nią nie patrzeć i nie zaklinać rzeczywistości, w tym momencie czołowym klubem europejskim nie jest. Jasne, że nie był nim także Milan, ani tym bardziej wcześniej Genua, w której Krzysztof zrobił furorę, ale skoro wypracował sobie tak dobrą pozycję, to w jakimś stopniu stał się jej zakładnikiem. Tak jak ludzie czuli rozczarowanie, gdy nagle przestał strzelać gola za golem, od początku obecnego sezonu, tak trudno o entuzjazm na wieść o transferze do Berlina. Mówiąc wprost: zawiesił sobie poprzeczkę bardzo wysoko, a gra ostatnio dość nisko.

 

Bo jeśli zestawić to z niedawno jeszcze możliwością gry u Jose Mourinho w Tottenhamie (Tomasz Włodarczyk informował, że odbyła się nawet telekonferencja z Polaka z Portugalczykiem) i występu w 1/8 finału Ligi Mistrzów, a walką o pozostanie w Bundeslidze, to jednak widać różnicę. Zastanawia też fakt, że Piątek aż tak łatwo przegrał walkę ze Zlatanem Ibrahimovicem, który pojawił się w Milanie. Wystarczyło kilka tygodni i blisko czterdziestoletni gwiazdor spakował walizkę gracza, który niedawno został okrzyknięty nową gwiazdą Serie A.

 

Nie zgadzam się tu z coraz częściej stawianą tezą, że Piątek był przereklamowany, a zrobił furorę ponad stan, bo miał niesamowicie dużo szczęścia. Nie da się „na farcie” strzelić w Serie A w jednym sezonie w dwóch klubach 21 goli w 37 meczach. To szczęście było solidnie wypracowane.

 

Wydaje się, że w przeciwieństwie do Roberta Lewandowskiego, który mniej więcej w jego wieku zaczął iść ostro w górę, Piątek nie sprostał wyzwaniom mentalnie. Chyba za bardzo uderzył w swoją wielkość, o czym mogły świadczyć te wszystkie gesty (uciszanie publiczności po golu), język ciała (wymachiwanie rękoma w geście niezadowolenia po zagraniach kolegów) czy nawet nieliczne wywiady, których udzielał (słynne: staram się Milanie grać tak, a wartym dwa razy tyle). Wątpliwości wywoływał także budzący się w nim duch przedsiębiorcy, kiedy świat obiegła informacja: „Piątek opatentował swoją cieszynkę”. Korzystając z nowelizacji ustawy o wynalazkach zarejestrował swoje słynne pistolety, z których strzela po golach układając palce w charakterystyczny sposób, jako znak towarowy ruchomy. Dodajmy: znak towarowy ruchomy, w różnych wariantach… Próżność? Może nie aż tak. Ale sygnał, że skromny chłopak z Niemczy przyjechał do Włoch, aby w pocie czoła pracować na swoją pozycję, to nie był. Raczej niepokojący przejaw próby konsumpcji tego co przez krótki czas udało się osiągnąć.

 

Transfer Piątka do Herthy nie jest drastycznym obniżeniem poziomu sportowego. Z tego co słychać, będzie zarabiać w Berlinie lepiej niż w Mediolanie, będzie miał bliżej do Polski, dystans do kadry Jerzego Brzęczka też nie powinien się wydłużyć. Generalnie można uznać, że mimo zmiany środowiska, pułap pozostaje podobny.

 

Niepokojąca może być jedynie stara prawda dotycząca nie tylko sportu, mówiąca, że: jeśli stoisz w miejscu, to się cofasz...

Cezary Kowalski, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze