Lorek: Kaznodzieja kocha Rogera

Tenis
Lorek: Kaznodzieja kocha Rogera
fot. PAP

John Anthony przyszedł na świat w Hobart. W 1953 roku przeprawił się łajbą przez cieśninę George’a Bassa i zacumował w Melbourne. John jest artystą obiektywu. Robi zjawiskowe zdjęcia i ma w sobie na tyle odwagi, aby poprosić Marię Szarapową o podpis na fotce…

Twarz i włosy młodziutkiej Rosjanki lśnią w blasku słońca. Oko i ręka Johna Anthony’ego stworzyły perfekcyjny mariaż. Półfinał Wimbledonu’2004. Po drugiej stronie sieci Amerykanka Lindsay Davenport – kobieta wiejąca przenikliwym chłodem do dziennikarzy i nie czytująca o sobie choćby skrawka medialnych doniesień. John wstrzymał oddech i „ustrzelił” Marię Szarapową w idealnym momencie. Twarz Rosjanki wygląda niczym święta, gdyż wokół rozpromienionego oblicza panuje urzekająco mroczne tło. Ani grama truskawek, jeno oczodoły kibiców wpatrzone w Marię uderzającą piłkę. Nie ma znaczenia, że ów półfinał Szarapowa wygrała w trzech setach: 2-6, 7-6(5), 6-1. 17-letnia Maria wyglądała na zdjęciu wykonanym przez Johna tak hipnotyzująco, że 16 lat później australijski fotoreporter przyczaił się nieopodal salki konferencyjnej w Melbourne Park…


Magiczny autograf


Szarapowa ze smutną miną (przegrała w I rundzie z Chorwatką Donną Vekić) kończyła udzielać wywiadu rosyjskiemu radiu, a John Anthony cierpliwie czekał z elegancko oprawionym zdjęciem aż usta Marii zamilkną. Pani z ramienia WTA nacisnęła magiczny guzik przy windzie transportującej tenisistki do katakumb pod Rod Laver Arena, a John wciąż tkwił na posterunku. Maria wyżaliła się rosyjskiej rozgłośni, że grając w Brisbane czuła się jak tenisistka szóstej kategorii, bo zazdrościła mężczyznom wspaniale rozbuchanej kampanii wokół elektryzującego ATP Cup. „Mogłabym być panią kapitan rosyjskiej drużyny, gdyby władze WTA wprowadziły do kalendarza turniej na wzór ATP Cup. Patrzyłam na szczęśliwych kapitanów zespołów: Marata Safina, Grigora Dimitrowa(!), Borisa Beckera i wiem, że dobrze czułabym się w tej roli. Drzemie we mnie iskra i stać mnie na grę na wysokim poziomie pomimo upływu lat. We Włoszech jestem otoczona znakomitym sztabem trenerskim i wierzę, że 32-letnia Maria może jeszcze osiągnąć sukces na Wielkim Szlemie” – rzekła pierwsza rosyjska tenisistka, która zagościła na tronie jako liderka rankingu WTA. Jakby idealnie komponowała się ze zdjęciem autorstwa Johna, gdyż 22 sierpnia 2005 roku Maria Szarapowa zluzowała na fotelu liderki… Lindsay Davenport. Szarapowej do pełni historycznego blasku brakuje tylko pierwszeństwa w Wielkim Szlemie. W tej materii ubiegła ją rodaczka Anastasia Myskina, która w 2004 roku wygrała Roland Garros. Szarapowa triumfowała na wimbledońskiej trawie w 2004 roku.


To trudny moment, gdy pięciokrotna zwyciężczyni Szlema wraca pełna bojaźni do zawodowego cyrku i chce udowodnić swoją przydatność. Przegrana z Vekić musiała być bolesnym doświadczeniem. Trzeba oddać Marii, że pomimo porażki, cierpliwie przystała na wszystkie prośby o wywiad. „Uformowana” w USA zna siłę mediów i nie grymasi jak obrażona na pół globu i jedną trzecią Karkonoszy Martina Navratilova. Szarapowa wzięła głębszy oddech, ukłoniła się reporterowi rosyjskiego radia, rzekła „balszoje spasiba” i przemieściła się w stronę windy. John Anthony niewzruszony czekał na kroki Marii jak Roman Polański na poranną gazetę podczas nagrywania płyty „The City” Vangelisa… Pani z WTA patrzyła obojętnym wzrokiem na Johna, ale urodzony na Ziemi van Diemena australijski artysta grzecznie zapytał Marię czy może złożyć autograf na jego gigantycznym zdjęciu. Szarapowa skinęła głową niczym dziewczynka, która przychodzi do cioci na podwieczorek. Uśmiechnęła się widząc swoje oblicze w promieniach londyńskiego słońca i złożyła autograf. Elegancki zamaszysty ruch… Niby nic? Otóż dokument, który podpisuje każdy dziennikarz i fotoreporter przystępując do pracy podczas Australian Open, przewiduje w punkcie trzecim podpunkcie D: „posiadacz akredytacji nie może prosić zawodniczek i zawodników o autograf oraz innych rozpoznawalnych postaci przebywających na terenie Melbourne Park”. A zatem gdyby reporter spotkał obok fontanny na Garden Square leworęcznego Roda Lavera albo Shane’a Warne’a (legendę krykieta), nie wolno mu sięgnąć po długopis, marker tudzież flamaster… John Anthony zaryzykował, bo jest wyjątkowym mistrzem w swoim fachu, a że obudził w Marii wrażliwość na sztukę, przeto wygrał i uśmiechnięty udał się do swojego laboratorium. „Teraz możemy napić się doskonałego australijskiego wina z Hunter Valley, Tomaszu” – rzekł John i z dumą zawinął oprawione zdjęcie w elegancki papier. Zrobił to z taką czułością jakby chował relikwie… John Anthony to Jan Saudek tenisowego aparatu, więc nie wypadało odmówić…

 

Rozstanie na wagę sportowej złości

 

Zwykło się mawiać, że człowiek żyjący w małżeństwie jest bardziej szczęśliwy i dłużej wędruje po świecie… Nie zawsze pokrywa się to z realiami, ale w większości przypadków ta sentencja się sprawdza. Dwie dziewczyny, które przybyły do krainy Down Under z błyskiem w oku i żądzą zwycięstwa udowodniły, że można rozstać się z ukochanym i wychodzi to na dobre… Waćpanna z miasta Osijek – Donna Vekić pokazała, że agresywny tenis wciąż jest w cenie i zawędrowała do III rundy singla AO. 23-letnia Chorwatka udowodniła, że nie przeraża jej wielki kort Rod Laver Arena. W 2019 roku Vekić wybrano jako przedstawicielkę tenisistek do WTA Players’ Council, a to oznacza, że Chorwatka potrafi walczyć o swoje oraz o apanaże koleżanek po fachu, skoro w tak młodym wieku trafiła do tak poważnego gremium. To dwuletnia kadencja, a więc Donna będzie mogła wykazać się umiejętnościami zręcznej negocjatorki…


Vekić wyszła z cienia Stana Wawrinki, odcięła się od jednoręcznego bekhendu Szwajcara. W okolicach kobiecej szatni dało się usłyszeć, że charakterna Chorwatka miała po dziurki w nosie seksistowskich uwag w stylu: „Biedna Donna, Stan przegrał w pięciu setach z Rogerem Federerem (półfinał AO’2017), więc czeka ją ciężka noc…” Vekić gra swobodnie, bez straty seta uporała się z Marią Szarapową oraz Alize Cornet i dopiero w trzeciej rundzie uznała wyższość Polki – Igi Świątek ulegając warszawiance 5-7, 3-6. Najlepszym wynikiem Vekić pozostaje ćwierćfinał US Open’2019, ale najważniejsze, że uwolniła siły witalne i jak stwierdziła „wreszcie przypomniałam sobie, że jestem prawdziwą wojowniczką”. A zatem zapomnijmy o bezzębnej i uległej Donnie. Ta deklaracja sugeruje, że w tym roku Chorwatka zagra równie skutecznie i wytwornie jak w 2017 roku na trawiastym kobiercu w Nottingham, gdzie spakowała w półfinale Lucie Safarovą, a w finale nie dała szans Jo Koncie…


Kiki Mladenović też uznała, że rozstanie z jednoręczną, finezyjną strzelbą z bekhendu – finalistą juniorskiego Roland Garros’2011 – wyszło jej na dobre. Mladenović już nie wzdycha do Dominica Thiema, twardo stąpa po ziemi, a na korty w Melbourne Park podróżowała z familią i sztabem trenerskim wysłużonym autokarem drzemiącym pod hotelem Hyatt. Jakby brakowało eleganckich, nowiuteńkich stu trzydziestu aut KIA… Widać woli swojskie klimaty i chce odpocząć od nadmiaru przepychu. „Jestem szczęściarą, że moją partnerką deblową jest wypróbowana przyjaciółka – Timea Babos (Węgierka przegrała w I rundzie singla z Igą Świątek: 3-6, 2-6). Tenis jest dla mnie niezmiernie ważny, ale w życiu są istotniejsze sprawy niż mecz” – mówiła 26-letnia Francuzka.


Finał gry podwójnej pań, choć przeczy temu wynik był znakomitym widowiskiem. Departament prędkości pękał w szwach, woleje Czeszki Bary Strycovej – dwukrotnej mistrzyni juniorskiego Szlema w Melbourne (2002 i 2003) były olśniewające, ale Babos i Mladenović grały jak w transie i sięgnęły po tytuł. Timea i Kiki zdobyły po raz drugi miano najlepszej pary deblowej w Melbourne Park (uprzednio uczyniły to w 2018 roku). I choć gadatliwa Czeszka z Pilzna – Bara Strycova, grała cudnie dla oka, to nie była w stanie przebić się przez węgiersko-francuski mur. Podczas przemówienia po finale, Bara zapomniała podziękować sponsorom turnieju, więc wykonała sprint do stojaka z mikrofonem szybszy niż start żużlowców podczas zawodów Srebrnego Kasku (Stribrna Prilba) w Pilźnie w 1936 roku… Gdy już Bara się wykąpała i zmyła resztki padającego nad Melbourne Red Rain (wspaniały numer Petera Gabriela), wyznała czeskim reporterom, że już myślami była w Dubaju (WTA, 17 – 22 lutego), który bardzo lubi odwiedzać. „Musiałam podbiec do stojaka, bo w naszym deblu jest wyraźnie zaznaczony podział ról. Su-Wei Hsieh jest małomówna i odpowiada za logistykę, a ja jestem od przemów…” – śmiała się Bara Strycova, półfinalistka singla Wimbledonu’2019.

 

Kiki Mladenović nie ma problemu z okiełznaniem emocji podczas krasomówczych popisów. Gołym okiem widać, że w jej żyłach płynie trochę serbskiej krwi (tata Dragan grał zawodowo w piłkę ręczną), bo gdy przytuliła się do mikrofonu precyzyjnie ustawionego na Rod Laver Arena, trudno było powstrzymać jej soczysty potok… „Może część z was mnie nienawidzi, bo trochę popsułam wam święto w Perth (finał Fed Cup’2019: Australia - Francja), ale uwielbiam przyjeżdżać do Australii, aby pokazać dobry tenis. Chciałabym podziękować mojej familii, mojej znakomitej partnerce z Węgier and the rest of my Team (z akcentem na Thiem)…” – syknęła Kiki. Mladenović – zodiakalny Byczek – wie kiedy wystawić rogi. Szkopuł w tym, że widownia, która oglądała finał debla pań dawno zapomniała lub też nie miała zielonego pojęcia, że w listopadzie 2019 roku Kiki oskubała ekipę Alicii Molik ze złudzeń i Francja ku osłupieniu fachowców pokonała Australię 3-2 w Perth w finale Pucharu Federacji...


Wywołany do tablicy poprzez zręczną grę słów – Dominic Thiem – do niedawna luby Kiki Mladenović, zachwycał w Melbourne Park znakomitym przygotowaniem kondycyjnym. Słynny El Vampiro – Nicolas Alejandro Massu Frir – trener Thiema – dał Austriakowi sporo przestrzeni. W newralgicznych momentach Massu nie odstępował Thiema choćby na jedno mgnienie oka. W katakumbach RLA trudno o promienie słońca, ale gdy w środę 29 stycznia około 19.20 Thiem kończył rozgrzewkę i biegał zygzakiem pomiędzy kolorowymi pachołkami, Massu uśmiechnął się. Chilijczyk widział tłumy kibiców wędrujących na Melbourne Arena, gdzie miejscowi koszykarze z Melbourne United podejmowali faworyzowanych Perth Wildcats, ale kątem oka przyglądał się rozgrzewce Thiema. Kiedy Nowozelandczyk Alex John Pledger (center) dziurawił kosz, a przepięknie rozgrywał akcje urodzony na Tasmanii Chris Goulding, Dominic Thiem w pocie czoła wykonywał mini sprinty w betonowym tunelu… Dzień wcześniej w tym samym miejscu rozgrzewała się Kiki Mladenović, która uznała, że trudno o niegasnący płomień miłości, gdy podróże za tenisową piłeczką rzucają ją i Dominica w różne strony globu…


22 lata temu Nicolas Massu złowił pierwszy challengerowy skalp w Quito, a w późny, środowy wieczór jego podopieczny błyszczał dojrzałością w starciu z Rafą Nadalem. Kiedy koszykarze Melbourne United dokonali cudu pokonując po czterech dziesięciominutowych kwartach Dzikie Kocięta z Perth (77-67), na Rod Laver Arena w ekscytującym meczu Thiem prowadził z Rafą 2-0 w setach! Choć to nie paryska mączka, jeno korty twarde w Melbourne, Rafa nie rezygnował. El Manacori wygrał trzecią partię 6-4, a w czwartym secie, kiedy Dominic prowadził 5-4 i Rafa stał pod ścianą, Hiszpan wyrównał na 5-5! W tiebreaku Austriakowi dopisało szczęście przy net cordzie (6-6, Rafa zaryzykował idąc do sieci, a Dominic wprawił w euforię kibiców). Były trener Massu, Argentyńczyk Gabriel Markus, zwykł powtarzać, że w nerwowych i newralgicznych chwilach za wszelką cenę warto uspokoić myśli. Thiem zagrał fenomenalnie i zasłużenie pokonał Rafę w ćwierćfinale Aussie Open’2020 wysyłając przejrzysty komunikat: niechaj stara gwardia ma się na baczności, bo człowiek z Wiener-Neustadt rozwija się w okamgnieniu!


Zarówno półfinał (z Saszą Zwieriewem) jak i finał (z Nole Djokoviciem) w wydaniu Thiema pokazały, że Dominic skupiony na grze, a nie na amorach, przenosi góry większe niźli Glossglockner… To co piękne i urzekające w Thiemie to świadomość, że tenis to tylko i wyłącznie gra, czemu dał wyraz w przemowie po finale z Nole. „Najważniejsze, aby uratować przyrodę i zwierzątka, które ucierpiały podczas gigantycznych pożarów w Australii. Tenis to piękny sport, ale warto, abyśmy wspólnym wysiłkiem zadbali o naturę i zatroszczyli się o szatę tego kontynentu” – rzekł wrażliwy i dobrze wychowany młody człowiek z Austrii…

 

10 niemieckich marek

 

Nole Djoković jest wielkim fanem koszarki (koszykówki w serbskim narzeczu), lecz choć środa 29 stycznia była wolnym dniem dla Serba, Novak nie wybrał się na mecz Melbourne United z Perth Wildcats. Odpoczywał po wtorkowym pojedynku z kolegą z Titogradu – Milosem Raoniciem i magazynował energię na półfinałowe starcie z Rogerem Federerem. Nole kocha koszykówkę i pewnie gdyby można było uruchomić wehikuł czasu, Djoko chciałby wyjść w pierwszej piątce na parkiet wraz z genialnym Dejanem Bodirogą w barwach KK Zadar... Główny architekt sukcesu Serbów w ATP Cup nie obraziłby się pewnikiem na dwie kwarty u boku Predraga Danilovicia z Partizana Belgrad. Tym bardziej, że krewki i impulsywny Predrag to tata wschodzącej gwiazdy serbskiego tenisa – podopiecznej Tomasza Wiktorowskiego, Olgi Danilović. A Olga już ma na koncie wielkoszlemowe juniorskie skalpy w deblu… Danilović jest mistrzynią gry podwójnej juniorek Roland Garros’2016, Wimbledonu’2017, US Open’2017. Nole też czuje się świetnie w grze podwójnej (vide mecze u boku Fabio Fogniniego w Indian Wells czy pojedynki z Viktorem Troickim w roli partnera deblowego w ATP Cup).


Nole odchorował tragiczną śmierć Koby’ego Bryanta. Tłumaczył ze łzami w oczach podczas wywiadu z serbskimi reporterami, że legenda LA Lakers podróżowała często prywatnym helikopterem, bo tego wymagał charakter jego pracy. To nie było widzimisię ani kaprys supergwiazdy basketu… Tak chciał okrutny los. Novak jak każdy ojciec i mąż rozumie dramat rodziny Bryanta. W Melbourne Djoko nie mógł radować się widokiem 5-letniego syna Stefana i 2-letniej córki Tary. Novakowi musiało wystarczyć towarzystwo braciszka Marko oraz trenerów: Mariana Vajdy i Gorana Ivanisevicia. „Gdy przebywam w moim apartamencie w Monako, budzę się wcześnie, bo odwożę syna do szkoły. Uwielbiam wyciskać sok z owoców dla mojego brzdąca. Później wychodzimy familią na balkon, podziwiamy wschód słońca, a następnie przytulamy się, obejmujemy i mamy sesję wokalną. Śpiew jest cudownym lekarstwem” – twierdzi Nole.


To prawda. Djoković nie ma ambicji, aby imponować głosem a la wokalista rockowej australijskiej formacji Wolfmother – Andrew James Stockdale. Flagowy numer tej odlotowej kapeli – „Joker and the Thief” popłynął z głośników, gdy 2 lutego Novak zakończył maratoński, czterogodzinny pojedynek z Thiemem i wykonywał rundę honorową z pucharem na Rod Laver Arena. Swoją drogą miejscowy DJ i Tennis Australia perfekcyjnie dobrali ścieżkę dźwiękową po finale singla panów. Nole (pseudonim Joker) przeważnie przylatuje do Australii i okazuje się uroczym złodziejem, wszak 8 razy wykradł trofeum z Melbourne Park… Gdyby wygrał Thiem, organizatorzy mieli gotowy kawałek „Rock Me Amadeus” Falco… Sztuka przewidywania i obłąkańczo twórczych organizatorów z Down Under…


Nole odpoczywał po ATP Cup wizytując serbską diasporę w Melbourne. Legendarny deblista Nenad Zimonjić, uśmiechał się w milczeniu, a Nole śpiewał… Rozreklamował turniej w Adelajdzie, zręcznie wycofał się z gry w stanie Australia Południowa, gdyż potrzebował chwili wytchnienia. Na balkonie w Monte Carlo Novak śpiewa i dziękuję niebiosom za każdy nowy dzień, przytula małżonkę Jelenę i córkę Tarę, a w Melbourne musiał znaleźć sobie namiastkę zapadając w duchową otchłań w serbskiej restauracji. „W Monte Carlo ćwiczymy z Jeleną jogę. Wiele osób podejrzewa, czy wręcz twierdzi, że jestem obłąkańczo pazerny na sukcesy, śrubowanie rekordów i trofea. Oczywiście, że kocham wygrywać, ale jestem na etapie kariery kiedy buduję sobie platformę do poznawania naszej skomplikowanej duchowości. Chcę szczęścia moich najbliższych, ale wciąż poszukuję nowych arterii” – mówi Nole.


Jego tenisowy tata – Słowak Marian Vajda – doskonale zna rodzinę Djokoviciów. Marian ma wyjątkowe względy, gdyż o każdej porze może przekroczyć próg domu Novaka i Jeleny. Boris Becker i Todd Martin mogli o tym pomarzyć. Wiązał ich jedynie profesjonalny stosunek. Trening, korty, czek, do widzenia… Marian potrafi być przemęczony o szóstej nad ranem na nowoczesnym lotnisku Hamad w Doha, lecz nawet, gdy jego umysł upomina się o szczyptę snu, były słowacki tenisista mówi: „Novak to badacz. Kiedy wydaje się, że na korcie wszystko przebiega perfekcyjnie, on pragnie zmian i wpada na jakiś szalony pomysł. Kreatywny człowiek, który kocha urozmaicony trening. Trudny dla opiekunów, ale jeśli trenerzy łakną dziwactw i są otwarci na inwencję Novaka, to jest bardzo zabawnie i twórczo…” – twierdzi Vajda, który 14 września 1987 roku był 34 graczem świata.


W tegorocznym Australian Open Nole stracił 3 sety. Nie miał komfortowego losowania. To nie była łagodna wspinaczka na szczyt Kopaonik w Serbii… Struffi (urwał seta Novakowi), potem Ito, Nishioka, Schwartzman, Raonić, Federer i Thiem (wygrał 2 sety z Serbem). Przed rokiem Novak zgubił 2 sety w drodze po siódmą koronę Aussie Open (jednego z Shapo w III rundzie i z Miedwiediewem w IV rundzie). „Zamknąłem rozdział w moim życiu, kiedy tenis ograniczał się do obsesyjnego rozgryzania przeciwników, obmyślania strategii i wygrywania meczów. Teraz tenis to trampolina do pisania książki o zdrowym stylu życia. Piszemy ją wspólnie z Jeleną i jesteśmy bliscy ukończenia tej pozycji. Chcę lepiej zrozumieć potrzeby ludzkiego ciała, dlatego dzielę się tą wiedzą z ludźmi. Dorastałem w rodzinie, która potrafiła cieszyć się z małych rzeczy. Pamiętam moment, w którym mój tata położył na kuchennym stole 10 marek niemieckich i powiedział: oto cały nasz dobytek. Musimy przetrwać trudne chwile, jeszcze bardziej się scalić, walczyć o lepsze jutro i nie poddać się. Ten krótki wykład taty Srdjana dał mi tyle siły i odwagi w realizacji marzeń, że w głównej mierze zbudował moją dzisiejszą tożsamość” – wyznaje Nole.


Dziś Nole inkasuje rocznie od Lacoste 9 milionów euro, a dzięki kortowym popisom i katorżniczej pracy wzbogacił się o deczko ponad 143 miliony dolarów amerykańskich. Wciąż pamięta o dziesięciomarkowym banknocie, przeto szanuje każdy grosz. „Serbia słynie z gier zespołowych. Futbol, koszykówka, piłka ręczna, siatkówka, piłka wodna. Tenis jest bardzo drogim sportem. Nie mieliśmy wielkich gwiazd za wyjątkiem Moniki Seles i Boby Żivojinovicia. Martwię się o przyszłość, bo wciąż lekcja tenisa kosztuje zbyt dużo jak na możliwości serbskiej rodziny. Jesteśmy małym krajem o populacji 7 milionów ludzi, ale walkę mamy we krwi. Nie załamaliśmy się, gdy w gronie trzystu najlepszych rakiet było tylko dwóch Serbów: Janko Tipsarević i Boris Paszański. Zdobywałem pierwsze punkty do rankingu ATP, gdy Janko i Boris byli wiodącymi tenisistami z Serbii. Pragnę stworzyć system, który pomoże mniej zamożnym rodzicom posyłanie utalentowanych dzieci na treningi, bo boli mnie serce, gdy pomyślę ilu zdolnych serbskich brzdąców nie może uprawiać ulubionej dyscypliny sportu…” – mówi lubiący sztukę monologu Nole.


Kto wie, być może jego syn – Stefan Djoković będzie dziurawił kosz niczym Żarko Paspalj, legendarny koszykarz Partizana Belgrad? Koszykówka jest tańszym sportem aniżeli tenis. Jedno jest pewne: jeżeli Stefan Djoković zostanie sportowcem, będzie gestykulował tak jak jego tata po piłce meczowej z Rogerem Federerem. Elegancki świat tenisowych notabli wytknął Serbowi, że zbyt ostentacyjnie demonstrował radość z wygranej nad boskim Szwajcarem. „Przecież Roger był kontuzjowany, miał 3% szans na zwycięstwo w półfinale, więc należało okazać mu większą dozę szacunku. Roger cieszy się uwielbieniem tłumów, a Novak nigdy takiej sympatii nie będzie wzbudzał” – powiedział jeden z wysoko postawionych oficjeli we władzach ATP. Tak jakby zadaniem Serba było niańczenie Szwajcara, gdy Roger zapłacze jak po finale AO’2009 z Rafą Nadalem przenosząc epicentrum atencji na łzy z Bazylei… W sumie Novak mógłby jeszcze poinformować Rogera do ilu gra się supertiebreaka w piątym secie. Wówczas Szwajcar nie byłby zdziwiony, że John Millman nie wyskoczył ku niebiosom przy stanie 7-4, bo kangur z Queensland wie, że gra się do 10 punktów. Jednak czasami udawanie zagubionego we mgle mężczyzny jest wielce korzystne, gdyż budzi matczyne uczucia wśród pań spoglądających na Rogera… Jaki on biedny, nie wiedział, że supertiebreaka gra się do 10, a nie do 7 punktów... Tak sprytnie zdobywa się sympatię udając gapcia. Z jednej strony artysta tenisa, z drugiej zaplątany w świecie reguł, więc jak go nie kochać? Szczwany lis znający zakamarki ludzkiej psychiki…

 

Komentarz płynący od pana ze szczytów ATP to mało wzruszająca konstatacja z perspektywy Novaka. Odrębność kulturowa jest rowem niemożliwym do zasypania, a skoro wytworny świat zachodniej finansjery nie chce zrozumieć bałkańskiej duszy, to ich strata, cóż poradzić? Czasami słuchając kuluarowych rozmów, człowiek ma nieodparte wrażenie, że bogaci i wpływowi ludzie z tenisowych kręgów chętniej widzieliby na tronie rankingu ATP Egipcjanina Mohameda Safwata o najpiękniejszym forhendzie świata jak żartobliwie mawia sam Sawfat aniżeli Serba z Belgradu, który jest deczko zbyt mądry i zbyt niezależny... A to panom z cygarami w ręku już nie bardzo się podoba…

 

Dalsza część na kolejnej stronie.

Tomasz Lorek, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze