Pindera: Fury ogień zgasił ogniem

Sporty walki
Pindera: Fury ogień zgasił ogniem
Fot. PAP

Ogień na ogień – taka miała być taktyka Tysona Fury’ego (30-0-1, 21 KO) w rewanżowej walce z Deontayem Wilderem (42-1-1, 41 KO) w Las Vegas. – Pójdziemy po nokaut – obiecywał nowy trener "Króla Cyganów" Javan Hill Steward, który zastąpił Bena Davisona, ale takie zakończenie walki wydawało się mało prawdopodobne. Jeśli wygra Fury, to na punkty, jeśli walka zakończy się przed czasem to zwycięzcą będzie Wilder – przewidywali eksperci.

Ale już pierwsze rundy pojedynku rozegranego w MGM Grand Garden Arena w Las Vegas pokazały, kto rządzi w ringu. Wilder przegrał pierwsze dwa starcia, ognia było w nim niewiele. Fury narzucił swoje warunki, atakował, wywierał presję, kilka razy mocno trafił broniącego tytułu mistrza.

 

W trzeciej rundzie Wilder padł na deski po prawym sierpowym „Króla Cyganów”. Cios bity w okolice ucha wyraźnie ogłuszył „Bronze Bombera”, od tej chwili Wilder już nie istniał w ringu. W piątym starciu Amerykanin znów był liczony, tym razem po lewym haku na korpus. Wilder chwiał się po każdym uderzeniu rywala, walczył już tylko charakterem nie bardzo wiedząc chyba gdzie jest. Ale ktoś obdarzony tak potężnym uderzeniem jak on zawsze ma szanse odwrócić losy pojedynku. Tyle że Wilder nie był w stanie czysto trafić Fury’ego.

 

Kiedy rozpoczynało się siódme starcie, sędzia ringowy Kenny Bayless rzucił tylko w stronę Wilder – Musisz mi coś pokazać ! – co oznaczało, że myśli już o przerwaniu tej nierównej walki. Być może takie też były sugestie sekundantów mistrza zdających sobie dobrze sprawę z tego co się święci. I kiedy chwilę później Fury zamknął Wildera w narożniku, posyłając kolejne bomby, na ring pofrunął biały ręcznik rzucony przez Marka Brelanda, byłego mistrza olimpijskiego i zawodowego mistrza, który nie chciał narażać urzędującego czempiona na ciężki nokaut.

 

- Dlaczego to zrobiłeś – zapyta go tylko Wilder, kiedy dotrze do niego, że to koniec, że po pięciu latach panowania nie jest już mistrzem świata.

 

Zielonego pasa WBC Tyson Fury jeszcze nie miał. Po wygranej walce z Władimirem Kliczką  w 2015 roku był w posiadaniu pasów IBF, WBA, WBO. Ten czwarty, WBC, należał wtedy już do Wildera, który w styczniu tego samego roku wygrał w Las Vegas z Bermane Stiverne’em. Wcześniej mistrzem tej organizacji był starszy z ukraińskich braci, Witalij Kliczko.

 

Powrót Tysona Fury’ego na mistrzowski tron, to piękna romantyczna historia. Aby znów znaleźć się na szczycie musiał wygrać walkę z depresją. Były też inne demony: alkohol, narkotyki, chorobliwa wręcz otyłość. Ale dał radę, wrócił na ring i 1 grudnia 2018 roku stoczył w Los Angeles znakomity pojedynek z Wilderem. Leżał wprawdzie dwa razy na deskach, ale w przekroju całej walki był zawodnikiem lepszym i zasłużył na zwycięstwo. Ogłoszono jednak remis, pas zachował Amerykanin.

 

W rewanżu Fury nie pozostawił już nikomu żadnych wątpliwości. Tak jak zapowiadał wygrał przed czasem i znów jest mistrzem. Ma też pas "The Ring" i kilkadziesiąt milionów dolarów. Oficjalnie obaj mieli zagwarantowane po 25 mln USD, lecz honoraria z całą pewnością będzie wyższe.

 

W kontrakcie zapisany jest też trzeci pojedynek, ale to już decyzja Deontay’a Wildera. Zgodnie z zapisami kontraktu, on jako przegrany będzie musiał ją podjąć. Na razie jednak czas na długi odpoczynek, bo w tej  przegranej walce, pierwszej w karierze, stracił sporo zdrowia i być może do trzeciego starcia Fury – Wilder nigdy już nie dojdzie. Ale to jest boks, więc nie byłbym tego taki pewny.

    

Janusz Pindera, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze