Pindera: Pięć największych przekrętów bokserskich, które widziałem

Sporty walki
Pindera: Pięć największych przekrętów bokserskich, które widziałem
Fot.PAP

Boks, szczególnie zawodowy, to biznes. Sport jest na drugim miejscu. Dlatego tak brutalnie rządzi nim pieniądz. Po latach pamiętamy efektowne nokauty, piękne zwycięstwa, ale też niezasłużone porażki. Historia sędziowskich skandali jest równie pasjonująca, jak wielkie bokserskie wojny. Na kanwie ostatnich wydarzeń w Łomży pozwoliłem sobie przedstawić pięć największych bokserskich przekrętów, które komentowałem lub mogłem przyjrzeć się im z bliska.

5/ George Foreman (76–4, 68 KO) - Shannon Briggs (29-1, 24 KO). Listopad 1997. Atlantic City. Foreman przegrał niezasłużenie na punkty, dwa do remisu.

 

To był ostatni zawodowy pojedynek prawie 48-letniego już Big George’a. Komentowałem tą walkę i nie miałem najmniejszych wątpliwości, że zasłużył na wygraną. Amerykańscy komentatorzy też byli przekonani, że to jego ręka powędruje w górę. Ale na horyzoncie była już walka 26-letniego Briggsa z Lennoksem Lewisem, to on miał być nową gwiazdą amerykańskiego boksu. Stąd taka, a nie inna („sprawiedliwa”) punktacja.

 

Foreman, zapytany jeszcze w ringu co sądzi o werdykcie, tylko się uśmiechnął i odpowiedział pytaniem na pytanie: A czy można narzekać, gdy płacą ci 5 mln dolarów? (Briggs dostał 400 tysięcy).  Kto jak kto, ale on zbyt dobrze znał ten biznes, by nie wiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi. Ale jego promotorzy, Irving Azoff i Jeff Wald, nie złożyli broni i protestowali, składając wnioski o przeprowadzenie dochodzenia w New Jersey Athletic Control Board, biurze prokuratora generalnego stanu, gubernator Christine Whitman i senatora Johna McCaina z Arizony, wielkiego zwolennika reformy boksu. Azoff i Wald poprosili także Komisję Papierów Wartościowych i Giełd o ustalenie, kto posiada akcje Worldwide Entertainment, firmy promocyjnej Marka Robertsa, menedżera Briggsa. Przytaczali pogłoski, że komisarz Larry Hazzard był udziałowcem firmy Robertsa. Protesty te zostały jednak odrzucone.

 

4/ Oscar De La Hoya (36-3, 29 KO) – Felix Sturm (20-0, 9 KO). Czerwiec, 2004. Las Vegas. Tym razem ofiarą był ten mniej znany, pochodzący z byłej Jugosławii Felix Sturm. W ringu był lepszy, ale ogłoszono jednogłośną wygraną „Złotego chłopca”.

 

Biznes raz jeszcze wygrał z prawdziwym sportem. Oscar De La Hoya, były mistrz wagi superpiórkowej, lekkiej, superlekkiej, półśredniej, junior średniej sięgał po tytuł w szóstej kategorii i pas WBO, który odbierał Sturmowi, dla którego była to druga obrona. Komentatorzy HBO nie mieli wątpliwości, ich zdaniem De La Hoya przegrał. Wygraną Sturna wypunktował też pracujący dla HBO zawodowy sędzia Harold Lederman. Ale cóż z tego, werdykt miał być taki, a nie inny, gdyż unifikacyjny pojedynek z Bernardem Hopkinsem był już praktycznie przesądzony. Sturm musiałby znokautować De La Hoyę, by odnieść wtedy zwycięstwo. Wszyscy czekali już na walkę Oscara z Hopkinsem. „Kat” boleśnie ukarał "Golden Boya" za niezasłużony sukces nokautując ciosem na wątrobę. Briggs też przegrał z Lewisem przed czasem.

 

ZOBACZ TAKŻE: KSW 53 odwołane 

 

3/ Artur Grigorian (35-0) – Maciej Zegan (24-0),  Styczeń, 2003. Essen. Dwa do remisu dla Grigoriana. Werdykt skandaliczny.

 

Mistrzem świata organizacji WBO w wadze lekkiej powinien zostać Maciej Zegan. Siedzący obok komentator ZDF Rene Hiepen napisał mi na kartce: macie  drugiego mistrza świata. Tym pierwszym był Dariusz Michalczewski, obecny wtedy w Grugahalle. 

 

Nie byłem taki pewny, bo pokładałem chyba mniejszą wiarę w uczciwość sędziów. Walka odbywała się przecież w Niemczech, a Grigorian był zawodnikiem UNIVERSUM, najpotężniejszej wówczas zawodowej grupy w Europie. A co za tym idzie, na ogół patrzono przychylnie na poczynania podopiecznych Klausa Petera Kohla, właściciela tej grupy. Tak było również 18 stycznia 2003 roku w Essen. Sędziowie nie zawiedli, punktowali dwa do remisu,  choć chyba nikt na sali i przed telewizorami nie sądził, że jest to możliwe.

 

Po walce rozmawiałem z trenerem Fritzem Sdunkiem i samym Grigorianem, którego znałem od 1989 roku. Obaj nieoficjalnie przyznali, że Zegan był lepszy i zasłużył na wygraną. Tylko co z tego?

 

2/ Evander Holyfield (36-3, 26 KO) – Lennox Lewis (34-1, 29 KO). Marzec 1999. Nowy Jork.  Skandaliczny remis, zwycięzcą mógł być tylko Lewis.

 

Tylko Stanley Christodoulou stanął wtedy na wysokości zadania, punktując 116:113 dla Lewisa. Nie popisał się natomiast rodak Lewisa, angielski sędzia Larry O’Connell, który widział remis 115:115, za co później publicznie przeprosił. Ale przebiła go pani Eugenia Williams – 115:113 dla Holyfielda. To był szok, nikt nie był tego w stanie zrozumieć. Po walce padały mocne słowa nie tylko pod jej adresem. Skandal, oszustwo, to były najłagodniejsze określenia. Oj nasłuchałem się wtedy o zawodowym boksie.

 

Wszczęto trzy niezależne postępowania wyjaśniające, próbował też coś wyjaśniać na własną rękę ówczesny burmistrz Nowego Jorku, Rudy Giuliani, ale na dobrych chęciach się skończyło.

 

Pani Williams tłumaczyła się jak dziecko, że w dobrym oglądzie tej walki przeszkadzali jej dziennikarze, ale w sumie nie miała sobie nic do zarzucenia. Nie ulegało wątpliwości, że w takim, a nie innym postrzeganiu tego pojedynku miał udział słynny Don King (był promotorem Holyfielda), ale nic mu nie udowodniono. Sam Holyfield twierdził, że nie jest od oceniania walk, od tego są sędziowie, ale na ringu nowojorskiej Madison Square Garden nie czuł się gorszy od Lewisa.

 

Sprawiedliwości stało się zadość osiem miesięcy później. Znakomity pojedynek rewanżowy w Las Vegas wygrał Lennox Lewis, choć tym razem werdykt mógł spokojnie pójść w drugą stronę, bo Holyfield pokazał wielką klasę i bił się o niebo lepiej niż w Nowym Jorku. Nie zmienia to jednak faktu, że to, co wydarzyło się w Madison Square Garden 13 marca 1999 roku przeszło do historii jako wielka kradzież. Okradzionym był oczywiście Lennox Lewis.  

 

ZOBACZ TAKŻE: Kowalkiewicz na razie nie może wrócić do treningu

 

1/ Roy Jones Jr – Park Si Hun 2:3 . Finał igrzysk olimpijskich w Seulu -1988. Największy przekręt w historii boksu.

 

Na pierwszym miejscu w tym rankingu wstydu, stawiam walkę amatorską. Ale to walka z samych szczytów olimpijskiego boksu. Był to bowiem finał igrzysk w Seulu. Pojedynek, którego stawką był złoty medal w wadze lekkośredniej (71 kg). I trudno znaleźć bardziej znaczący wyraz sędziowskiej nieuczciwości, niż werdykt w tej właśnie walce.

 

Amerykanin Roy Jones Jr, późniejsza, wielka gwiazda zawodowych ringów, robił z Koreańczykiem z Południa co chciał, przekładał go z ręki do ręki, ale trzech z pięciu sędziów było ślepych. Gdy ogłaszano werdykt, Koreańczyk Park Si Hun nie potrafił ukryć konsternacji, wiedział przecież, że to gigantyczny przekręt, że zwycięzcą mógł być tylko Roy Jones Jr. On w tym starciu był tylko tłem.

 

Szczytem hipokryzji ówczesnych władz AIBA (Międzynarodowe Stowarzyszenie Boksu Amatorskiego) był fakt, że Amerykanina uznano najlepszym pięściarzem turnieju olimpijskiego w Seulu, przyznając mu Puchar Vala Barkera. A przecież był tylko srebrnym medalistą tych igrzysk.

 

MKOL też nie stanął na wysokości zadania i nawet nie próbował zmienić werdyktu finałowej walki, choć władze tej organizacji miały świadomość i dowody, że był to najbardziej skorumpowany turniej w historii nowożytnych igrzysk. Sędziowie punktujący na korzyść zawodnika gospodarzy zostali po prostu przekupieni. Ale jak widać boks, czy to amatorski, czy zawodowy, rządzi się swoimi prawami.

Janusz Pindera, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze