"Koźmiński jako prezes PZPN? To będzie ewolucja, a nie rewolucja"

Piłka nożna
"Koźmiński jako prezes PZPN? To będzie ewolucja, a nie rewolucja"
fot. CyfraSport
Koźmiński jako prezes PZPN? "To będzie ewolucja, a nie rewolucja"

Dotknięci konsekwencjami koronawirusa zostaną absolutnie wszyscy: UEFA, krajowe federacje, kluby, małe klubiki, akademie piłkarskie, szkółki. Młodsi koledzy być może nie są świadomi powagi sprawy i prezentują postawę „mnie się kasa należy”. Otrzeźwienie przyjdzie szybciej niż myślą. Straty, jakkolwiek wielkie by nie były, muszą rozłożyć się na wszystkich. Mój start w wyborach na prezesa PZPN? To będzie ewolucja, a nie rewolucja – mówi Marek Koźmiński w długim wywiadzie dla Polsatsport.pl.

Przemysław Iwańczyk: Żyje Pan między Włochami a Polską. Zapytam wcale nie kurtuazyjnie: czy wszystko w porządku u Pana i najbliższych?

 

Marek Koźmiński: Tak, dziękuję. Siedzimy z rodziną w Krakowie. Mam kontakt z włoskimi znajomymi i przyjaciółmi, oni też starają się jakoś zaradzić problemowi, choć w otoczeniu moich znajomych znaleźli się i tacy, którzy w wyniku koronawirusa stracili kogoś bliskiego.

 

Rozmawiamy w bardzo trudnych czasach. Nie tylko dla futbolu.

 

Co zrozumiałe, futbol doszedł do ściany. Zresztą jak każda inna dziedzina sportu czy życia codziennego. Za chwilę pojawią się dylematy inne niż piłka – czy przenieść igrzyska olimpijskie, wybory prezydenckie, itd. Odwołując mistrzostwa Europy UEFA dała możliwości, by dokończyć rozgrywki krajowe w miarę możliwości, wskazała schematy postępowania, ale możliwość ich realizacji przyniesie życie. Sport to tylko jedna z dziedzin wielkiego ekosystemu, tylko jego część. Ważna, ale nie najważniejsza. To rozrywka, choć poparta wielkimi pieniędzmi. Dotknięci zostaną absolutnie wszyscy – UEFA, krajowe federacje, kluby, małe klubiki, akademie piłkarskie, szkółki. Przyznam, że w obecnej sytuacji ze zgrozą czytam wypowiedzi młodszych kolegów, którzy być może nie są świadomi powagi sprawy i prezentują postawę „mnie się kasa należy”. Otrzeźwienie przyjdzie szybciej niż wszyscy myślą. Straty, jakkolwiek wielkie by nie były, muszą rozłożyć się na wszystkich.

 

Chcemy tego, czy nie, świat sportu pozostaje na drugim planie.

 

Niestety, mamy ogromny problem zdrowotny na całym świecie, jeszcze raz powtórzę: sport jest rzeczą wtórną. Żyjemy teraz dniem dzisiejszym i tym, co nasi rządzący nakażą wykonać. Decyzje, które będą zapadały w przyszłych dniach dotyczące sportu, będą konsekwencją rozprzestrzeniania się koronawirusa. Świat sportu ma ogromny problem, ale w tym momencie jest jednak w drugim szeregu, na pierwszym planie są przede wszystkim zdrowie i bezpieczeństwo.

 

Wszyscy mówią o wyborach prezydenckich, a ja zapytam o te w PZPN. Jest Pan w stanie w ogóle myśleć o nich, czy kampania ma w tym momencie sens?

To jest aktualnie rzecz, która schodzi całkowicie na daleki plan i nie ma o czym rozmawiać. Zgłosiłem swoją kandydaturę, wybory mają być z końcem października, ale w tym momencie mamy całkowicie inne problemy i jest to totalny margines.

 

A może dla zdrowia naszej psychiki oderwijmy się choć na chwilę od rzeczywistości. Porozmawiajmy o tym, jak wygląda polski futbol i jak może wyglądać pod Pana rządami, bo jak dobrze rozumiem będzie to kontynuacja polityki ostatnich dwóch kadencji Zbigniewa Bońka. Jest Pan kandydatem nie tylko tych, którzy będą na Pana głosować, ale także kandydatem Zbigniewa Bońka. Tak to należy czytać?

 

Od ośmiu lat uczestniczę w działalności PZPN pod egidą Zbigniewa Bońka. Podpisuję się pod dotychczasowymi działaniami, które wykonaliśmy. Jestem święcie przekonany, że projekty, które prowadzimy, są projektami dobrymi. Oczywiście w ramach upływu czasu widzimy miejsce na poprawki, co jest naturalne, natomiast moja kandydatura mówi także, że jeśli ktoś chce, aby to wszystko szło w dotychczasowym kierunku, to oznajmiam całemu środowisku piłkarskiemu, że ten kierunek chce utrzymać. Uważam tę politykę za słuszną, mam swoje pomysły i przemyślenia, ale to jeszcze nie jest moment, w którym chciałbym się tym dzielić. Jestem na etapie konsultacji z osobami ze środowiska, które lepiej znają pewne niuanse i szczegóły, które są w tym wszystkim istotne, więc chcę to wszystko jeszcze raz skonsultować, doprowadzić w moim mniemaniu do perfekcji i zaprezentować publicznie, aby ten przekaz był klarowny, jasny i wypracowany ze środowiskiem, bo tutaj nikt nie ma patentu na wiedzę i nikt nie mówi, że wie wszystko. Jest szerszy pomysł i idea następnych lat PZPN, ale oczywiście jest to pokłosie także informacji spływających z terenu.

 

Czyli rozumiem, że nie będzie żadnej rewolucji?

 

Polska piłka nie potrzebuje rewolucji, a ewolucji. W związku z tym, że osiem lat temu zaszła pewna rewolucja, to aktualnie jesteśmy na etapie dalszych zmian i jestem przekonany, że to trzeba kontynuować.

 

Zgodzi się Pan, że wizerunek PZPN de facto i tak kształtują wyniki pierwszej reprezentacji i to one są głównie determinantem opinii całego związku?

 

Niestety, muszę się z tym zgodzić, choć to błędna ocena. Oceniamy tutaj tylko wierzchołek piramidy i to powierzchowna ocena. Tak nas jednak oceniają i z tym trzeba żyć, aczkolwiek uważam, że ocena całego środowiska piłkarskiego powinna być dogłębna i wchodzić dalej w tę piramidę. Podstawa musi być trwała, a sam szczyt to tylko sport - tutaj wszystko może się wydarzyć. Aktualnie jesteśmy beneficjentami dobrego okresu, bo mamy po prostu dobrych piłkarzy, ale nie łudźmy się, że Robert Lewandowski będzie grał do 50. roku życia. Kiedyś nadejdzie era, w której aktualne gwiazdy zakończą karierę, ale to jest sport. To jest normalne i trzeba pytać co dalej, kto będzie następny. Jeżeli porównamy się z podobnymi reprezentacjami jak Czechy, Rumunia…

 

Nawiązujemy tutaj nie do skali kraju, a sytuacji gospodarczo-społecznej? Mówimy o ośrodkach, które także zaznały demokracji po 1989 roku?

 

Zgadza się, ale to też kraje, które piłkarsko są podobne do Polski, jeśli chodzi o szereg pewnych zdarzeń.

 

Pozwolę się sobie nie zgodzić, bo na przykład Czesi odnoszą sukcesy w europejskich pucharach.

 

Musimy rozdzielić futbol reprezentacyjny od tego klubowego. Ubolewam, jak każdy kibic, że ostatnio polskie drużyny w europejskich rozgrywkach odczuwają regres, jednak jest to trochę inna część piłki. Bezpośrednio PZPN w pewnych aspektach nie ma wpływu na kształtowanie polityki i poziomu sportowego klubów, ale z drugiej strony nie ma co uciekać od odpowiedzialności. Nie unikamy tematu, ale wracając do clou pytania, kibic ocenia polską piłkę przez pryzmat reprezentacji. Poprzez kluby również, ale kluby to samoistne podmioty gospodarcze, które rządzą się swoimi prawami. PZPN ma wpływ na przepisy, na ogólną formę rozgrywek, ale nie ma żadnego wpływu na jakość konkretnych drużyn i ostatnio borykamy się dużymi problemami, jeśli chodzi o występy na arenie międzynarodowej, bo jest jak jest.

 

Ale PZPN może determinować jednak pewne standardy, choćby poprzez wprowadzenie systemu młodzieżowców, w każdym spotkaniu Ekstraklasy.

 

Są takie przepisy, ale one mają na celu przede wszystkim kształtowanie polskiego piłkarza, dajemy sztuczną szansę młodemu piłkarzowi, który będzie miał szansę szybciej dorosnąć. Beneficjentami tego rozwiązania jesteśmy nie tylko my, ale też kluby, zwłaszcza kiedy spojrzy się na nazwiska piłkarzy sprzedanych w zimowym okienku transferowym i na kwoty, za jakie ich sprzedano. Pytanie, czy bez tego przepisu graliby w pierwszym składzie pozostawmy bez odpowiedzi, natomiast prawdą jest, że tylko na to mamy wpływ. Nie możemy wpływać na kluby oraz na to czy kupią kilku obcokrajowców i jaki poziom będą oni prezentowali.

 

Jest Pan na co dzień związany z biznesem i świetnie zna Pan mechanizm, gdzie po okresie koniunktury przychodzi dekoniunktura i tu pytanie o sprawę reprezentacji po udanych eliminacjach, mistrzostwach Europy, eliminacjach do mistrzostw świata, potem średnio udany mundial, ale potem kolejny awans. Kiedyś musi tąpnąć, więc czy nie boi się Pan, że na Euro w 2021 r. reprezentacji nie wyjdzie, a to Pan zbierze za to cięgi?

 

Nie spodziewam się takiego regresu sportowego, bo jesteśmy nadal na dobrym poziomie i z optymizmem możemy patrzeć na mistrzostwa Europy. Trzeba patrzeć na przyszłość z pokorą, bo brakuje nam jeszcze trzeciego przeciwnika i następuję techniczny kłopot z tym jak go wyłonić, ale na pewno ta grupa jest silniejsza niż w 2016 roku we Francji. Myślę, że na mundial pojechaliśmy z za dużym optymizmem, ale patrząc na składy naszych przeciwników, poszło to nieco za daleko. Padło tutaj słowo „tąpnięcie”, ale takiego czegoś nie będzie. Normalną rzeczą jest regres, a na pytanie kiedy, ciężko odpowiedzieć, oby jak najpóźniej. To jest w sporcie naturalne, musi być zmiana generacji zawodników i popatrzmy też na to, jakie przemiany notowały wielkie drużyny jak niegdyś Czechy, ale także Niemcy.

 

Jak wyglądały dwie kadencje Zbigniewa Bońka, w których także Pan uczestniczył. Co jest waszym największym sukcesem oraz bolączką?

 

Myślę, że największym sukcesem jest ułożenie polskiej federacji jako tworu biznesowo-sportowego, który umiejętnie rozdysponowuje środki w ramach potrzeb polskiej piłki, ale także zarabia na siebie. To organizm, który dobrze działa i wprowadził kilka projektów ukierunkowanych na młodego piłkarza, które pokazują jak pracować i trenować, które są masowe jak Puchar Tymbarku czy sezonowe jak Akademie Młodych Orłów, które są ukierunkowane także na „białe plamy”, tak jak Mobilna Akademia Młodych Orłów. Polska jest dużym krajem, gdzie być może rodzi się nowy Lewandowski, a my o tym nie wiemy, dlatego ten projekt dociera do mniejszych miejscowości, gdzie być może to szkolenie i możliwości wyłapywania talentów są gorsze. Ilościowa gama rozwiązań, która została wprowadzona, jest naprawdę imponująca. Teraz wprowadzamy trudny logistycznie proces certyfikacji akademii, który jest nastawiony na nagradzanie dobrych wzorców szkoleniowych. Czyli nie tylko rozwinęła się ilość, ale także nastawiamy się na poprawę jakości, by nasza reprezentacja, a zwłaszcza kluby, miały możliwość wczesnego wyłapywania największych talentów. Jeśli spojrzymy, w jakich klubach kariery rozpoczynali nasi reprezentanci, to są to w większości małe ośrodki.

 

Ale sytuacja się zmienia. Aktualnie cztery największe akademie w Polsce czyli Lech, Legia, Zagłębie i Pogoń już w wieku 12-13 lat starają się przechwycić jak najwcześniej te talenty do siebie i tam szkolić w dużych ośrodkach.

 

To bardzo dobra droga. Natomiast padł tutaj próg wiekowy 12-13 lat, a pytanie brzmi, co przed tym okresem? Bardzo często ten młody adept piłki nożnej trenuje w małym miasteczku, a chodzi o to, aby nakierować skautów dużych klubów na takiego zawodnika i pomóc mu w rozwoju. To jest naturalna kolej rzeczy, aby na początku startować od podstawy tej piramidy, potem przechodzić stopniowo do większej akademii klubu ekstraklasowego, później klubów półzawodowych, zawodowych i na końcu zagrać w ekstraklasie. My szkolimy tylko trenerów i pokazujemy im, jakie są trendy, różne wzorce oraz organizujemy szkolenia, nie jesteśmy klubem ekstraklasowym, aby organizować szkolenie piłkarzy, ale poprzez wszystkie programy PZPN daje możliwości selekcji przede wszystkim dla klubów. Wszystkie projekty są ukierunkowane na każdą kategorię wiekową od 7-8 latka do 18-19 letniego zawodnika, gdzie mamy chociażby Centralną Ligę Juniorów.

 

Zawodnicy w wieku 15-16 lat nawiązują równą walkę na turniejach z akademiami zagranicznymi i potrafią dominować, aby potem następuje tąpnięcie, gdzie zawodnicy zachodni w tym momencie odjeżdżają naszym. Czy to nie jest kwestia trenerów?

 

Tutaj czynnik ludzi jest istotny i bez niego polska piłka się nie poprawi. Dziś ewidentnie widzimy, że ta baza do 15 roku życia jest naprawdę przyzwoita w naszym kraju, potem mamy problem, gdzie ta Europa nam ucieka. To wszystko jest jednak czas, nie da się wszystkiego zmienić jedną decyzją. Szkolenie i praca to jest ciągłość oraz dynamika rozwojowa, ale przede wszystkim czas. W 2013 r. rozpoczęliśmy pewne projekty, od których mija dzisiaj siedem lat. Weźmy pod uwagę, że zaczynaliśmy wtedy od zawodnika czy zawodniczki w wieku 7-8 lat, a dziś mamy 15-16-latków. Mówimy o pewnym okresie, który do pewnego momentu działa. Aktualnie musimy poczekać, skorygować błędy, które mogły zajść. Kiedyś grało się w piłkę po 6-8 godzin dziennie. To zmiany, które dotyczą wszystkich krajów, ale analizując dzisiejsze wzorce na rynkach światowych jak Portugalia czy Belgia mamy jeden ważny aspekt, którego nie mamy jako Polska: imigranci. Dzieci, które przyjechały do tych państw z rodzicami, reprezentują te kraje. Mamy sytuację, gdzie w reprezentacjach do lat 15 wychodzi po 8-9 zawodników przyjezdnych. To pewien fenomen, na którym żyje dzisiaj piłkarska Belgia. Jeżeli spojrzymy na Niemcy i ich mistrzostwa świata, ilu tam znalazło się imigrantów.

 

Żyjemy jednak w takiej, a nie innej sytuacji. Pan mówi o narzędziach, które wprowadził PZPN, ale też o ludziach. Jeśli wygra Pan wybory, ludzie odpowiadający za szkolenie pozostaną na stanowiskach?

 

Koźmiński to nie jest rewolucja. To będzie ewolucja, w związku z czym praca, która została wykonana, to dobry okres i ludzie, którzy w tym uczestniczyli są w mojej opinii świetnymi fachowcami i powinni to kontynuować, aby wszystko szło do przodu. Nikt nie ucieka od odpowiedzialności i nikt nie mówi, że wszystko funkcjonuje perfekcyjnie, ale to działa. Polska nigdy nie będzie takim tuzem jak Francja czy Niemcy, bo to inny kontekst.

 

W tym kontekście swój udział mają także zajęcia wychowania fizycznego traktowane przez wiele lat po macoszemu i sport, który nie był brany na poważnie w procesie przemian gospodarczych.

 

Jestem z pokolenia, które jeszcze czerpało korzyści sportowe z epoki komunizmu. Grałem w Hutniku Kraków, jeździłem na obozy, były kluby z zakładów pracy. Potem przyszła transformacja i piłka nożna dostała strzał, kluby odcięto od finansowania, a najprościej jest odciąć w klubie szkolenie młodzieży. Odnotowaliśmy absolutny regres, polska piłka młodzieżowa spadła bardzo nisko, a my się z tego podnosimy i musimy dać sobie trochę czasu. Ja bym chciał wrócić jednak do pytania, co jest naszą największą bolączką, a raczej bolączką krajowej piłki. To są osiągnięcia klubów na arenie międzynarodowej i uważamy, że PZPN powinien wziąć część tego na siebie. To organizacja, która szefuje polskiemu futbolowi czyli również w teorii szefuje klubom i wszyscy mamy nadzieję i jesteśmy świadomi, że klubowe wydanie piłki nożnej potrzebuje czasu i pieniędzy, ale też szczęścia. Paradoksalnie występuje tutaj pewna ciągłość zdarzeń, gdzie zawodnicy wyjeżdżają do klubów zagranicznych za dobre pieniądze i polskie kluby nie są w stanie tego zatrzymać. To jest naturalna kolej rzeczy, ale w tym roku odnotowaliśmy pierwszą sytuację, gdzie Legia Warszawa kupiła za półtora miliona euro Bartosza Slisza z Zagłębia Lubin. Po raz pierwszy na polskim rynku po erze Wisły Kraków Bogusława Cupiała jest transfer wewnątrzligowy na takim poziomie. To oznacza, że najmocniejszy ekonomicznie polski klub zaczyna rozumieć, że na krajowym podwórku można znaleźć zawodnika perspektywicznego, który daje już pewną jakość. Działalność ekonomiczna polskich klubów powinna właśnie tak wyglądać, czyli kupuję na polskim rynku zawodnika, którego mogę potem sprzedać za wielokrotność tej sumy. Tak samo działa chociażby Ajax Amsterdam na rynku holenderskim.

 

Kiedy Dariusz Mioduski mówił o takim mechanizmie, inne kluby zaczęły się obruszać, że nikt nie będzie im dyktował polityki transferowej i nikt nie będzie pomagał Legii, by była mocniejsza.

 

To jest wolny rynek, ale po drugiej stronie jest klub i zawodnik. Jestem przekonany, że połowa zawodników przy wyborze europejskiego średniaka za większe pieniądze, a topowego polskiego klubu trzymając się już przykładu Legii, wybierze Legię. Tutaj klub jest niejako zmuszony zaakceptować pewne kwestie. Kwota, która tutaj padła, jest naprawdę duża i nie jestem przekonany, że taki zawodnik odchodząc do Grecji, Szkocji czy chociażby nawet Włoch dostałby większe pieniądze.

 

W tym przypadku Legia nie podejmowała właściwie żadnego ryzyka. Bartosz Slisz, który jest już uznaną marką wśród skautów, odszedłby za pewną sumę z Zagłębia do zachodniego klubu, a z Legii, która nadaje pewną etykietę, odejdzie za wiele większe pieniądze i tak to działa. Tak samo funkcjonuje chociażby sprzedawanie piłkarza z Dinama Zagrzeb.

 

To prawda, ale dlaczego tak nie robiliśmy wcześniej? Dlaczego Krystian Bielik rozegrał w Legii zaledwie kilka spotkań? Dlaczego zawodnik taki jak Patryk Dziczek musiał odejść do Lazio za niewielkie pieniądze i na końcu wylądował w Serie B, gdzie gra przyzwoicie. Nie mógł zagrać w Legii? Legię było na niego stać. To jest naturalna droga, którą polski zawodnik powinien przechodzić. Oczywiście nie mówimy tu o kwotach rzędu 5-6 milionów euro, ale 1-2 miliony to sumy na które stać takie kluby.

 

Trudno się nie zgodzić, że wprowadziliście pewne narzędzia i programy, które rozwijają młodzieżową piłkę w kraju, ale jest jeszcze jedna rzecz: jak zamierzacie ułożyć sobie współpracę z wojewódzkimi związkami piłki nożnej? Nie chodzi mi o aspekt zarządzania, ale o zakres szkolenia.  Mamy przecież kadry wojewódzkie, a mam wrażenie, że każdy związek robi to na swoją modłę. W Niemczech mamy nadzór centralnego organu w każdym landzie. Myśli Pan o takim rozwiązaniu?

 

Na dzień dzisiejszy mamy bardzo dobry dialog jeżeli chodzi o wojewódzkie związki i nie chcemy wyważać otwartych drzwi. Chcemy obserwować, kto dobrze funkcjonuje i wzorować się na tym. Niemcy robią to bardzo dobrze, tylko jest tam trochę inna mentalność. W Niemczech wystarczy powiedzieć komuś, jak ma coś zrobić i to zrobi. W Polsce tak nie można, trzeba wykonawcy wytłumaczyć swoje racje, ale przede wszystkim przekonać go do nich. Najważniejszy jest jednak człowiek, który musi przede wszystkim spełniać pewne standardy i dobrze wykonywać swoją pracę. Uważam, że na tym poziomie nie jest źle, bo mocno ograniczyliśmy rozgrywanie spotkań na szczeblu wojewódzkim, bo tego było po prostu za dużo. Najlepsi zawodnicy rozgrywali mnóstwo spotkań i doznawali przeciążeń z powodu ilości spotkań. Poziom 13 czy 14 lat to poziom selekcyjny, skautingowy, gdzie szukamy talentów w regionie i uważam, że ta współpraca jest dobra i jeśli coś gdzieś szwankuje, to są to wyjątki.

 

Pewne wzorce są powielane. Mobilna Akademia Letnich Orłów to jest nic innego jak przykład niemiecki. To ich pomysł, który po prostu skopiowaliśmy na nasze potrzeby i uważamy, że tego trzeba zrobić jeszcze więcej, bo to świetnie funkcjonuje. Przynosi fantastyczne wyniki, które będzie można ocenić za kilka lat działalności. Jeżeli są pewne rozsądne i możliwe na polską miarę koncepty, jesteśmy pierwsi, aby to zrobić.

 

Oprzyjmy się na konkretach. Pomorski i wielkopolski związek wprowadzają rozgrywanie meczów do pewnego poziomu bez wyniku, które mają być tylko polem do selekcji.

 

Odwieczny problem czy grać na punkty, na bramki, czy dla samej gry. Nie spłycałbym tego do hasła „nie grajmy na punkty”, ale rozszerzyłbym o zabawę z piłką, utrzymywanie się przy niej. Aspekt powinien być szerszy, ale jest on zależny od trenera. To nie jest takie proste, aby powiedzieć rodzicom, że gramy bez tabeli. W Polsce mamy ogromny problem z rodzicami, którzy nie akceptują pewnych rzeczy. Jest wśród nich ogromna rywalizacja, a sami rodzice uważają, że lepiej wiedzą niż trenerzy. Mamy wydarzenia na boiskach, gdzie rodzic ingeruje w zmiany i jest wulgarny.

 

Do 10 roku życia, na początkowych etapach, powinno się grać dla samej gry. Piłka nożna to gra błędów, nauka odbywa się często poprzez same błędy natomiast nie jest to proste i jednym przykazem nie da się tego zrobić. Obok tego wszystkiego są rodzice, którzy grają po to, aby wygrać, a mentalność zmienia się bardzo długo.

 

O każdym działaczu sportowym można napisać dłuższą lub krótszą historię, a o Panu niewiele wiadomo zwłaszcza w tej sferze prywatnej. Celowo utrzymuje Pan tajemnicę o swoim życiu prywatnym?

 

Myślę, że trzeba rozdzielić pracę i życie prywatne. Jestem osobą publiczną i dosyć dużo o mnie wiadomo w sferze sportowej. Siedzę tutaj jako osoba działająca w sporcie, a nie jako ojciec, mąż czy przedsiębiorca.

 

Choć to ostatnie ma znaczenie, bo sukcesy na tym polu świadczą o tym, że praca w związku to pewna misja.

 

Dzielę życie na trzy części: rodzinną, zawodowo-biznesową i pasję. Pasja przez pewien moment to była kariera zawodnicza, czyli praca, przez pewien czas działałem w sporcie zawodowym, a teraz od ośmiu lat jestem w PZPN. Dotknąłem każdej dziedziny piłki za wyjątkiem trenerki do czego się nie pcham. Mam spektrum wiedzy, doświadczenia i zrobionych błędów. Jestem osobą, która prowadzi dość dużą działalność gospodarczą i nie będzie to miało dużego wpływu na polską piłkę, bo mam czas na nią, przygotowałem się do tego, a zarządzanie przeszło w dobre ręce. Jeśli zostanę wybrany, będę prezesem w formule nadzorczej.

 

Będzie Pan codziennie w biurze na Bitwy Warszawskiej 7?

 

Jestem trzy dni w Warszawie, nie mieszkam tu na stałe, ale to jest normalność, że tu spędzam większość czasu i można powiedzieć, że od 15 lat jestem warszawiakiem.

 

Po co właściwie Panu ta prezesura?

 

Każdy ma jakieś marzenia. To kontynuacja mojego, a nie widzę siebie w polskiej piłce w innej formule, bo widząc siebie na aktualnym stanowisku i z racji takiego, a nie innego przepisu kadencyjności prezesa Bońka, naturalną rzeczą jest, że ktoś z bezpośredniego zaplecza będzie się o to stanowisko ubiegał. A po ludzku, jeżeli ktoś wszedł kiedyś w sport wie, że ciężko się od tego oderwać i nie wyobrażam sobie życia na dłuższą metę bez sportu. Ja się czuje menedżerem, umiem wydawać polecenia i mam pomysł na to. Piłka to moja pasja i chciałbym móc ją kontynuować, oczywiście jeżeli szerokie gremium będzie przekonane, że jestem do tego odpowiednią osobą.

Przemysław Iwańczyk, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze