Czy Arka Gdynia przetrwa kryzys? "Wygląda to słabo"

Piłka nożna
Czy Arka Gdynia przetrwa kryzys? "Wygląda to słabo"
fot. Cyfrasport
Były prezes Arki Gdynia, Wojciech Pertkiewicz.

Wojciech Pertkiewicz w latach 2012-2019 był prezesem Arki Gdynia i był to dla klubu dobry czas. Awans do Ekstraklasy, wygrana w Pucharze Polski, powrót do Europy i pełna dramaturgii rywalizacja z duńskim Midtyjlland. Nie zakończona co prawda sukcesem, ale i tak - w przeciwieństwie do większości ostatnich występów naszych klubów w pucharach - „Arkowcy” wstydu nie przynieśli. Dziś były szef gdynian martwi się pandemią, losem swojego klubu i komentuje ostatnie wydarzenia w polskiej piłce.

Bożydar Iwanow: Jak oceniasz obecną sytuacją sporów kilku klubów z piłkarzami dotyczących obniżek wynagrodzeń?

 

Wojciech Pertkiewicz: Mamy do czynienia z niespotykana wcześniej sytuacją. Zagrożenie narastało stopniowo, co powodowało, że nie wszyscy widzieli od początku skutki, jakie może ze sobą nieść. Dotyczy to zarówno rządzących, specjalistów, epidemiologów czy przedsiębiorców. Niemniej dziś już wiemy, gdzie mniej więcej jesteśmy. Szkoda, że nie wiadomo jak długo obecna sytuacja może potrwać. I tym samym, przechodząc do piłki nożnej, jak długo biznes pt. futbol będzie w stanie zamrożenia. Nie trzeba chyba powtarzać, że wstrzymanie rozgrywek to wstrzymanie przychodów dla klubów. W niektórych przypadkach nawet do zera! Sponsorzy też muszą zadbać o swoje firmy i w pierwszej kolejności ograniczają budżety reklamowe, szczególnie w sytuacji gdy kluby nie są w stanie wywiązać się z umów. Nie ma przychodów z dnia meczowego, a finalna kwota z praw telewizyjnych jest pod znakiem zapytania. Słyszę różne głosy, że kluby powinny wręcz niemal przewidzieć obecną sytuację i mieć zbudowaną wystarczającą poduszkę finansową. Teoretyzując o świecie idealnym można powiedzieć, że tak, ale pytanie na ile taka poduszka powinna wystarczyć? A co jak zostanie spożyta i pojawi się zaraz kolejny kryzys? Co do tego, że świat, w tym piłka nożna, będzie nieco inaczej przez jakiś czas funkcjonował, chyba jesteśmy zgodni. A co z pracownikami? Oni też powinni mieć gotową przygotowaną poduszkę finansową w domowych budżetach? Dajmy spokój. Mamy do czynienia z sytuacja wyjątkową, wymagająca wyjątkowych działań i solidarności.

 

Nie wszyscy zawodnicy od razu byli chętni na obniżenie pensji.

 

Piłkarze, jak każdy, zostali zaskoczeni sytuacją i w pierwszym odruchu pojawia się opór przed redukcją wynagrodzenia. To naturalne. Sytuacja dojrzewa i świadomość piłkarzy też, co widać po coraz dłuższej liście klubów, gdzie doszło do zmian w zakresie wynagrodzeń zawodników i pozostałych pracowników. Uczciwe przedstawienie sprawy w kontekście planowanego wcześniej budżetu powinno pomóc, bo wszyscy jadą na tym samym wózku. Gorzej może być w klubach, które przed pandemią nie zachowały się w porządku. Nie mówię tu o poślizgach finansowych. Te mogą się zdarzyć choćby dlatego, że poza transferami, pozostałe koszty to prawie równe miesięczne obciążenia, podczas gdy przychody nie są regularne i przy nieszczęśliwej kumulacji może przytrafić się poślizg. Mówię o sytuacjach, gdzie z premedytacją lub z braku odpowiedzialności zaciągano zobowiązania ponad możliwości klubu. Ważna jest komunikacja i przede wszystkim wiarygodność. W sytuacjach skrajnych dojdzie do momentu, gdzie albo wszyscy obniżamy wynagrodzenia,albo klub upada i nikt nie zobaczy grosza. Długi wstęp… Reasumując - wszystkim pracownikom przedstawiłbym jak wygląda sytuacja finansowa i jaki jest ratunek dla klubu i nas wszystkich, by zwiększyć szansę na przetrwanie.

 

Dlaczego w części klubów udało się to rozwiązać błyskawicznie, a w innych idzie z tym zdecydowanie gorzej?

 

Tutaj mogę tylko gdybać, bo w każdym klubie będzie lokalna specyfika. Zależy to od wielu czynników. Wspomnianej wiarygodności zarządzających, komunikacji z pracownikami, uczciwości w przedstawieniu sytuacji, szansach i zagrożeniach dla wszystkich. Komu się kończy kontrakt, jaka jest jego wysokość czy ile ma lat. Do tego należy dołożyć kłopoty technologiczne. Zakaz i zdrowy rozsądek nie pozwala na spotkania w większych grupach, a tak delikatna sprawa jest trudniejsza do przeprowadzenia online.


CZYTAJ TEŻ: Iwanow: Polskie kluby nawet bez "jaśka". Nie mówiąc o finansowej poduszce

 

Zgadzasz się z tym, że kluby w pierwszej kolejności dokonały cięć w administracjach czy marketingu? Mimo że to nie jest najbardziej obciążająca część budżetu.

 

Słyszałem o kilku przypadkach. Słyszałem też o zwolnieniach. Słyszałem też głosy oburzenia, że te oszczędności nie pokrywają nawet miesięcznej gaży jednego zawodnika. Jest to prawda, ale przyczyna jest jedna. Kontrakty piłkarzy są bardzo dobrze chronione prawem związkowym. Nie ma w nich trzymiesięcznego wypowiedzenia. Niestety nie dotyczy to innych osób pracujących na umowach zleceniach czy umowach o pracę. Dlatego tam poczyniono oszczędności w pierwszej kolejności, zapewne w różnych formach. Jak w innych gałęziach biznesu. Wielu znajomych prowadzących działalność gospodarczą jest zmuszona do przeprowadzenia zwolnień lub, w najlepszym przypadku, wysyła na bezpłatne urlopy. Sytuacja z zawodnikami jest trudniejsza z formalnej strony, ale do porozumienia musi dojść. Musi! Nie ma co się odwoływać do sumienia i mówić o tym, że przecież nie robią tego, do czego zostali zatrudnieni. Nawet gdyby - trzymajmy kciuki - udało się jakimś cudem dokończyć rozgrywki, to chyba zawodnicy uczciwie nie powiedzą, że byli dobrze przygotowani na to zakończenie. Indywidualne treningi to jedno, ale chyba wiemy wszyscy, że to nie to samo. Zresztą już kilku zawodników wypowiadało się na ten temat. Kluby dostałyby z definicji usługę na niższym poziomie. Dlatego odwołujmy się do zdrowego rozsądku, bo sytuacja jest dramatyczna. Inna sprawa, że kontrakty tego nie przewidywały. Teraz wszyscy będą mądrzejsi i kontrakty będą zawierać „bezpiecznik” na sytuacje, gdy rozgrywki nie mogą być przeprowadzane. Należy też przyklasnąć inicjatywom jak w Barcelonie, gdzie zawodnicy - poza obniżkami - zadeklarowali utrzymanie wynagrodzeń pozostałego, niepiłkarskiego „staffu”.


Z piłkarzami zagranicznymi zawsze rozmawia się trudniej niż z Polakami? Obecna sytuacja zmieni jakieś proporcje w naszej piłce czy na kwestie liczby graczy z zagranicy to zupełnie nie wpłynie?

 

Ja tego nie odczułem. Sytuacja jednak jest wyjątkowa i takie głosy do mnie dochodzą, że nieco trudniej porozumieć się tam, gdzie prym w szatni wiodą obcokrajowcy. Nie jest to stuprocentowa reguła, niemniej takie informacje się pojawiają. Podskórnie wydaje się to nawet naturalne. Mniejsza solidarność lokalna. Finalnie jednak jadą na tym samym wózku. Czy wpłynie to na proporcje graczy zagranicznych w lidze? Trudno powiedzieć jak rynek transferowy i płacowy będzie wyglądał po epidemii. W realiach sprzed kryzysu nie było na to szans. Kwoty za polskich zawodników i oczekiwane gaże były w wielu przypadkach absurdalne. Oczywiście bywały przypadki równie absurdalnych kwot za obcokrajowców ale - co do zasady - rynek był trudniejszy, jeśli chodzi o pozyskiwanie Polaków. Sytuacja finansowa teraz zapewne zmusi część klubów do spojrzenia przychylniejszym okiem na trenujących w ich klubach juniorów. Jeśli chodzi o doświadczonych zawodników myślę, że kwoty spadną, ale na całym świecie, więc proporcje w naszej lidze nie zmienią się znacznie.

Czy istnieje zagrożenie, że Arka nie przetrwa tego kryzysu?

 

Nie ma mnie w klubie ponad pół roku, ale plik Excel działa i porobiłem pewne symulacje. Wygląda to... słabo. W Arce problemy się kumulowały i w końcu eksplodowały. Chciałem wierzyć i po rozstaniu z klubem w wywiadach podkreślałem, że cieszę się, że plan jest ambitniejszy, przychodzą teoretycznie lepsi zawodnicy, drogie transfery i tak dalej. Podkreślałem podwójną linią, że mam nadzieję, że powstał plan na finansowanie tych ruchów, bo wcześniej przyjęty budżet był zbilansowany, ale nie obejmował tych kosztów. Rezygnacje w zarządzie i radzie nadzorczej, wycofanie się kilku wieloletnich partnerów w tym największego – Miasta Gdynia, pokazują, że kłopoty są potężne. Powiem tak – naiwna dusza chciałaby wierzyć, że jest plan na uratowanie. Później odpalam plik finansowy, analizuję sytuację okołosportową i rozum zaczyna przeważać nad duszą.

Dlaczego oba trójmiejskie kluby z tak bogatych i pięknych miast, z takimi stadionami i możliwościami, przeżywają takie problemy?

 

Problem nie dotyczy tylko trójmiejskich klubów. Generalizując - to bardzo złożony problem. Jak żyjesz na kredyt, na którego obsługę cię nie stać, to mimo „rolowania”, odraczania spłaty i innej finansowej żonglerki, jeśli nie masz w perspektywie przychodów, które pomogą spłacić kredyt, to szybciej czy później pojawią się kłopoty większego kalibru. Jestem zwolennikiem mierzenia zamiarów na siły. Często były głosy, że warto zaryzykować finansowo, by osiągnąć lepszy wynik sportowy i zgarnąć za to premie. To romantyczne myślenie napędza futbol, ale nie powinno zarządzających. Wynik sportowy to duża niewiadoma. Uważam, że dyscyplina finansowa jest priorytetem, bo nawet mimo jej silnego trzymania wiele czynników może budżet wywrócić, to jednak minimalizujmy ryzyko katastrofy. Przegrać po walce i spaść jako stabilny finansowo klub jest chyba lepiej - dla kibiców, miasta, historii - niż utrzymać się jako bankrut i przestać istnieć czy zaczynać wszystko od samiutkiego początku. Idźmy jednak w kierunku takim, że kluby będą stabilne niezależnie od tego w jakiej lidze grają. Nie jest to łatwe, a w obecnej sytuacji, gdzie ciężko prognozować co i kiedy się wydarzy, jest niezmiernie trudne. Mimo wszystko… damy radę i do zobaczenia na stadionach!

 

Raport dotyczący koronawirusa TUTAJ

 

Raport dotyczący koronawirusa w sporcie TUTAJ

Bożydar Iwanow, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze