Romański w Energa Basket Lidze: Bierzcie nasze talenty!

Koszykówka
Romański w Energa Basket Lidze: Bierzcie nasze talenty!
fot. Cyfrasport
Łukasz Kolenda, zawodnik Trefla Sopot.

Luka Doncić rozwinął się w wielkim Realu Madryt. W klubach Euroligi szanse dostają największe talenty młodzieżowe Europy. Czemu nasi utalentowani koszykarze grają w klubach dołu tabeli lub w ogóle? Czemu nasze najlepsze kluby nie pracują ze zdolnymi Polakami?

Nie jest prawdą, że w Polsce zdolnych koszykarzy brakuje. Nie jest przypadkiem, że nasza reprezentacja do lat 16 (najmłodsze rozgrywki koszykarskie w Europie) często wzbudza spore zainteresowanie za granicą. Nawet w ostatnich latach, kiedy to urodzeni w 1999 roku Łukasz Kolenda i Adrian Bogucki, rok młodszy Aleksander Balcerowski, wychowany w Wielkiej Brytanii Jeremy Sochan (rocznik 2002) są - lub byli - powszechnie uważani za kandydatów do gry w NBA. Nie brakuje innych talentów z roczników 2001, 2002 i 2003, których nie ma miejsca tutaj wymieniać. Ale proszę uwierzyć, oni istnieją. Mali i wysocy. Skoczni i dobrze rzucający.


Kłopot w tym, że Kolenda i Bogucki mają już po 21 lat i żaden z nich nie zagrał nigdy nie tylko w europejskich pucharach, ale nawet nie wystąpił w choćby jednym meczu play-off Energa Basket Ligi. Pierwszy z nich w Treflu Sopot miał szansę dotąd grać o utrzymanie, choć w tym sezonie, gdyby nie przerwane rozgrywki, mógł być wreszcie w ósemce. Mierzący 215 cm wzrostu Bogucki w HydroTrucku Radom przebił się do dłuższej gry dopiero w tym sezonie, ośmieszając po drodze w rywalizacji o minuty sprowadzonego z USA środkowego, być może najlepszego na jakiego jego klub było stać. Czy to jest dobre miejsce do gry i treningu dla naszych zdolnych?


Euroligowa szkółka nastolatków


Jak to jest w Europie? W Eurolidze nie boją się nastolatków. Najlepszym przykładem był oczywiście Doncić, który zanim w wieku 19 lat przeniósł się do Dallas Mavericks w NBA został w Europie i Hiszpanii MVP niemal wszystkich rozgrywek, w jakich uczestniczył Real Madryt. Ale nie tylko on. Cedi Osman, Georgios Papagiannis, Mario Hezonja, Rodions Kurucs, Ante Zizić, Isaiah Hartenstein, Goga Bitadze - to koszykarze, którzy grali w Eurolidze jako nastolatkowie, a później trafili do NBA.


W tym sezonie na naszych ekranach w stacjach sportowych Polsatu w meczach Euroligi mogliśmy oglądać kolejną grupę kandydatów do najlepszej ligi świata. Są w niej m.in. Deni Avdija (rocznik 2001) z Maccabi Tel Awiw, Tarik Biberović (2001) z Fenerbahce Stambuł, Rokas Jokubaitis (2000) z Żalgirisu Kowno, Mario Nakić (2001) i Usman Garuba (2002) z Realu Madryt, Alexis Nikolaidis (2002) z Olympiakosu Pireus, Jonas Mattiseck (2000) z Alby Berlin czy Theo Maledon (2001) i Matthew Strazel (2002) z ASVEL Villeurbanne.


Wszyscy oni debiutowali już w Eurolidze jako nastolatkowie, czasami mając mniej niż 18 lat i wcale nie wychodzili na boisko tylko w końcówkach rozstrzygniętych meczów. Maledon i Avdija są wręcz jednymi z liderów swoich zespołów. Na dodatek mamy tu zarówno rozgrywających, jak i środkowych, więc na każdej pozycji można dać zdolnemu szansę.


Czemu nie w Polsce? Przecież jest przykład nawet z naszego podwórka, choć z Hiszpanii. W wieku 19 lat pokazał się w Eurolidze w zeszłym roku Aleksander Balcerowski w Herbalife Gran Canaria, co dało młodemu gigantowi z Wałbrzycha niesamowitego kopa na dalszą karierę, która obejmuje już przecież ciekawe występy na mistrzostwach świata w Chinach.


W obliczu kryzysu ekonomicznego klubów (brzmi znajomo w obliczu koronawirusa?) zwłaszcza w zespołach tureckich spoza Euroligi mieliśmy wysyp grających sporo minut nastolatków. Przekonały się o tym w Lidze Mistrzów zespoły z Torunia i Włocławka. To dla polskich klubów, które na budżety z zespołami z Hiszpanii, Francji, Rosji czy Turcji jeszcze raczej długo nie będą mogły rywalizować, wydaje się być naturalne droga, choć oczywiście nie każdy też klub Euroligi wychowuje u siebie młode orlęta.


Jak to u nas kiedyś bywało


Przykładów na opłacalność stawiania na młode talenty przez kluby z wysokiego poziomu nie brakuje także z polskiego podwórka dawnych czasów. Najlepszym był klub z Sopotu, później z Gdyni, który w pewnym momencie kilkanaście lat temu zaprosił do grania w mistrzowskim zespole jednocześnie trzech nastolatków Przemysława Zamojskiego, Adama Łapetę i Mateusza Kostrzewskiego, którzy do dzisiaj są na wysokim poziomie, a gdzieś w tym klubie kręcił się także młodziutki Adam Waczyński.


Z kolei Łukasz Koszarek jako 19-latek także zaczynał w zespole walczącym o najwyższe laury (Polonii Warszawa), a młody Robert Skibniewski terminował w euroligowym Śląsku Wrocław. Co ciekawe, ze słynnej drużyny wicemistrzów świata kadetów trenera Jerzego Szambelana (rocznik 1993 z 2010 roku) tylko Mateusz Ponitka jako nastolatek trafił do topowego zespołu (Asseco Prokomu Gdynia). I tylko on dotarł do dzisiaj do Euroligi, choć przecież także Michał Michalak, Przemysław Karnowski, Piotr Niedźwiedzki czy Tomasz Gielo mieli na to papiery.


Wszyscy ci wyżej wymienieni (jako pozytywne przykłady) nie tylko nie przegrali na tym, że szybko pojawili się w zespołach walczących w Polsce o medale, ale ta obecność wśród naprawdę świetnych koszykarzy ich ukształtowała. Tak, że do dzisiaj jako gracze i mentorzy czy kandydaci na trenerów są na topie w Polsce. Co ważniejsze, żaden z nich nie wyrastał od młodzika w klubie, w którym w końcu debiutował w ekstraklasie, trzeba go było znaleźć, sprowadzić do miasta, wychować życiowo i koszykarsko.


Czy taki sam skok umiejętności i budowę pożądanej mentalności można osiągnąć grając i trenując na co dzień z przeciętnymi Amerykanami i niskimi środkowymi za kilka tysięcy dolarów w zespole dolnej połówki tabeli Energa Basket Ligi? Pewnie tak, ale trzeba mieć dużo więcej szczęścia. Wielu zdolnych polskich nastolatków mając takie perspektywy zresztą wybiera niepewny wyjazd zagraniczny.


Niepewny, bo któż z nas wie dokładnie, co czeka nas w klubie młodzieżowym w Hiszpanii lub Francji, kompletnie nieznanej szkole średniej w USA, czy prowincjonalnej organizacji we Włoszech czy Serbii. A takie były często cele karier polskich utalentowanych młodzieżowców. Nawet nie ma sensu wymieniać ich nazwisk, do Euroligi i NBA na razie nie dotarł nikt. A kolejni, teraz z całkiem fajnych w Polsce roczników 2002, 2003, 2004, wyjeżdżają gdzieś chyłkiem do ciemnych zakątków koszykarskiego świata, bez zainteresowania ze strony marek polskiej koszykówki, medalistów z dużymi budżetami typu Anwil, Stelmet czy Polski Cukier.


Kto u was na końcu ławki?


Ktoś mógłby zakwestionować te przemyślenia, twierdząc, że sprawa dotyczy proporcji. Jest pewne, że do klubów Euroligi trafiają największe talenty, Doncicia w Polsce raczej byśmy nie przegapili. Ale zdolni młodzi koszykarze są u nas. Od lat oglądam mecze kadry Polski U16 i widzę całkiem niezłą koszykówkę na tle rówieśników z innych państw, która w późniejszych latach niestety zbyt często przeradza się w toporne i bez pojęcia granie w kategoriach U18 i U20. Nasi nastolatkowie wzbudzają szczere zainteresowanie na świecie, póki nie wejdą w fazę rozwoju umiejętności pod grę z seniorami. Tu jest luka. Wydaje się, że kluby typu Anwil Włocławek, Stelmet Enea BC Zielona Góra czy Polski Cukier Toruń mogłyby tu pomóc i wchłaniać tych zawodników, szkolić dla swojego i naszego dobra. To one są najbogatsze na naszym rynku kluby, mają możliwości kontraktowe i najlepszych trenerów, a może raczej możliwość ich zatrudnienia, z czego nie korzystają.


Młodzi jednak do medalistów nie trafiają. W Anwilu - mistrzu Polski 2018 i 2019 - na końcu ławki siedzą miejscowi chłopcy z Włocławka, z których Adam Piątek (rocznik 2000) nawet zagrał kilka minut w rotacji przy kontuzjach gwiazd. Ani on, ani Oliwier Bednarek (2003) nie grali dotąd w kadrach młodzieżowych. Może będzie w niej 16-letni Przemysław Kociszewski (2004), który w ostatnim meczu przerwanego sezonu zdobył swoje pierwsze punkty w karierze w EBL.


Podobnie jest w Stelmecie Zielona Góra, gdzie Kacprowie Traczyk (1998) i Mąkowski (1999) byli w grze praktycznie wyłącznie w rozstrzygniętych końcówkach już drugi sezon, a Miłosz Góreńczyk (2001) - pierwszy. To wszystko wychowankowie, a Mąkowski bywał nawet w kadrach młodzieżowych, ale na gwiazdy ligi się nie zapowiadają. Trzeba zaznaczyć, że swego czasu w Zielonej Górze mieli w składzie sprowadzonych skądinąd nastolatków o większej skali talentu (bracia Kamil i Marek Zywert, Marcel Ponitka), ale żaden z nich nie dostał szansy.


W Toruniu na końcu ławki też wylądowali lokalni gracze, z których Mikołaj Ratajczak (z sąsiedniego Inowrocławia) ma już 23 lata, Ignacy Grochowski i Damian Chojnacki po 22, a Jakub Kondraciuk 21. Kiedy zespół dręczyła plaga kontuzji, dwaj pierwsi nawet pograli sporo, ale czy zdołają utrzymać się na dłużej choćby na poziomie Energa Basket Ligi jest wątpliwe.


Arka ma, ale nie gra


Ze ścisłej czołówki teoretycznie próbuje coś robić Asseco Arka Gdynia, która kilka lat temu przez dwa sezony była powszechnie chwalona za grę wyłącznie polskim składem w sytuacji, kiedy budżet klubu został zmniejszony. Awansu do play-off z tego nie było, ale kilku zawodników młodszego pokolenia (bo nie do końca nastolatków) bardzo na tym skorzystało. Można tu wymienić Filipa Matczaka, Marcela Ponitkę, Mikołaja Witlińskiego, Dariusza Wykę, Przemysława Żołnierewicza, Filipa Puta czy Jakuba Garbacza. Czterech pierwszych wymienionych zaprowadziło to do gry w reprezentacji Polski.


Gdynianie mają dobrą szkółkę, zdobywają seryjnie medale w młodzieżowych mistrzostwach Polski (trzeba tu wymienić nazwisko serbskiego trenera Miloša Mitrovicia, który prowadzi te zespoły), obok Trefla Sopot i Śląska Wrocław są wśród zespołów Energa Basket Ligi liderem, jeśli chodzi o skalę pracy z juniorami i wyniki sportowe na krajowym podwórku. Co chwalebne, wrócili także właśnie w tym sezonie do młodzieżowej Euroligi, gdzie wystąpiła drużyna wzmocniona zawodnikami z innych klubów (za co też brawo).


Także jednak w Gdyni dzisiaj mają problem z przełożeniem sukcesów w zespołach juniorskich na grę w seniorach. Z powodów, które są nawet zrozumiałe z punktu widzenia interesów pierwszej drużyny, trener Arki Przemysław Frasunkiewicz w tym sezonie na koniec składu zatrudnił Marcina Malczyka (38 lat!) i Wojciecha Czerlonkę (25 lat), co wypchnęło zdolnych nastolatków Grzegorza Kamińskiego (2000) i Mateusza Kaszowskiego (2002) z jakichkolwiek szans na grę w rotacji.


Trenerski problem deweloperski


Jest to tym bardziej dziwne, że wychowanie koszykarza, przetworzenie talentu w młodą gwiazdę, jest najłatwiejszą i przede wszystkim najtańszą drogą do sukcesów. Przykładów nie brakuje, z naszej ligi z przeszłości, ale także ze świata. Zanim zawodnik zacznie zarabiać gwiazdorskie pieniądze, może być już gwiazdą zespołu, tematem dla kibiców i mediów, za przysłowiowe 10 tysięcy złotych miesięcznie. Te pieniądze często nasze kluby wydają na zawodników z USA, których nazwisk nie pamiętamy po kilku miesiącach. A na drugiego w historii Polaka z naszej ligi, który trafia do NBA (po Cezarym Trybańskim) czekamy już 18 lat…


To wszystko, co opisuję, nie do końca jest nawet przyczyną (problemów polskiej koszykówki). Jest raczej nawet skutkiem - zwłaszcza słabości polskich trenerów. Mam ogromny szacunek dla słabo zarabiających pasjonatów, którzy szkolą w Polsce młodzież koszykarską, ale właśnie brak finansów dla trenerów zajmujących się rozwojem graczy jest ogromnym, może nawet rozstrzygającym kłopotem. Nie wspominając nawet o tym, że często z powodów życiowo-finansowych trenerzy pracujący z pierwszym zespołem w sztabie np. trzyosobowym, dodatkowo prowadzą jako pierwsi szkoleniowcy zespoły młodzieżowe. Przykładem młody III trener Anwilu Grzegorz Kożan. Jak oni mają znaleźć czas i siłę na to wszystko?


Tymczasem taka instytucja - człowieka pozostającego poza ścisłym sztabem meczowym zespołu ekstraklasy, ale zajmującego się w klubie rozwojem zawodników, boiskową pracą nad indywidualnymi umiejętnościami graczy - jest od wielu lat znana w NBA, a coraz powszechniejsza w lepszych europejskich ligach. W Polsce są jednostkowe przypadki (choćby Artur Pacek w Stali Ostrów, łączący technikę z przygotowaniem fizycznym), ale śmiem twierdzić, że tanim kosztem, nawet zatrudniając byłych lokalnych koszykarzy w formie ich dodatkowego zajęcia, można tę sprawę załatwić. Od lat pytam mojego partnera komentatorskiego Tomasza Jankowskiego, kiedyś świetnego technicznie skrzydłowego, czy ktoś mu nie zaproponował takiej pracy na przedpołudnia, kiedy ma sporo wolnego czasu… On - i wielu innych - mogłoby być świetnymi „deweloperami” młodych talentów (w NBA nazywają taki dział w klubie „player development”).

 

Zobacz także: Romański w Energa Basket Lidze: Za kim tęsknię, kogo nie chcę


Właśnie w połączeniu z naborem talentów z najwyższej polskiej półki, nabór byłych zawodników i specjalistów od przygotowania indywidualnego do pracy z tymi talentami, powinien zacząć rewolucję w polskiej koszykówce. I to niekoniecznie na dole piramidy szkoleniowej, ale właśnie w ekstraklasie, Energa Basket Lidze.


Budować rezerwy


Pomysłem wspierającym pojawienie się trenerów od rozwoju graczy może być - lub musi - wzmocnienie zespołów rezerwowych i ich gra w wyższych rozgrywkach niż druga liga (de facto trzeci poziom rozgrywek). Były już bowiem przykłady, że rezerwy klubów ekstraklasy grały w pierwszej lidze i miało to wręcz natychmiastowy wpływ na rozwój zawodników. Tak było kilkanaście lat temu z rezerwami Prokomu (skorzystali m.in. Przemysław Zamojski, Adam Łapeta i Adam Waczyński), a później ze Śląskiem Wrocław i Rosą Radom z podobnymi skutkami. Jest to jednak wyjście drogie (w pierwszej lidze rywalizują profesjonalne kluby z budżetami nawet około miliona złotych), więc może warto pomyśleć - wzorem piłki nożnej - nad stworzeniem dodatkowej ogólnopolskiej, nie grupowej, ligi (powyżej poziomu obecnej drugiej), gdzie właśnie byłoby idealne miejsce dla rezerw klubów EBL.


Właśnie problem z rezerwami podnosił trener Igor Milicić z Anwilu Włocławek, kiedy zapytałem go kiedyś o to, dlaczego w jego zespole nie ma utalentowanych młodzieżowców wyróżniających się w skali kraju. Włocławianie nie mają rezerwowego zespołu (przez chwilę grał w drugiej lidze, ale spadł), nie mają też medalowych zespołów młodzieżowych. - Nie byłoby czego oferować takim zawodnikom - tak brzmiała konkluzja i to jest niestety prawda. Anonimowe szkółki z zachodu Europy i zza oceanu, często kojarzące się raczej z hochsztaplerami niż rzetelną pracą, mają często więcej do zaoferowania, z mirażem edukacji i egzotyką na czele, ale także natychmiastowymi, gwarantowanymi minutami gry.


Czasami myślę, że polski sport w ostatnich latach szedł w dobrym kierunku i te wszystkie kłopoty zostaną prędzej czy później rozwiązane. W końcu w piłce nożnej, najbogatszej dyscyplinie w Polsce, pojawili się w ostatnich latach zarówno dyrektorzy sportowi w klubach (nawet niższych lig), pojawili się skauci-wywiadowcy, pojawili się wreszcie liczniej trenerzy specjalizujący się wyłącznie w rozwoju piłkarzy. W koszykówce też świadomość w ostatnich latach wydawała się rosnąć. Władze Polskiej Ligi Koszykówki zapowiedziały na przyszły sezon wprowadzenie PLK Junior Program, w ramach którego klubu mają dostawać od ligi pieniądze za określone minuty młodych koszykarzy (mówi się o 20 tysiącach zł za sezon jeśli zawodnik rozegra 240 minut), może więc warto zrobić z głową, biorąc pod uwagę to, co opisałem powyżej.


Oby koronawirus i związane z nim komplikacje nie odepchnęły tego tematu na później, bo dopływu młodych - nie tylko zdolnych, ale wyszkolonych - koszykarzy potrzeba nam chyba w tej epoce najbardziej. Nasza reprezentacja seniorów w ostatnich latach właśnie nieco za bardzo zależała od zawodników, do których nazwa „senior” pasuje coraz bardziej.

Adam Romański, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze