Snarski: Olimpijskie pięściarstwo się nie odrodzi. Nikomu na tym nie zależy

Sporty walki
Snarski: Olimpijskie pięściarstwo się nie odrodzi. Nikomu na tym nie zależy
fot. Polsat Sport
Promotor Dariusz Snarski jest pesymistą. Nie wierzy w odrodzenie boksu olimpijskiego w Białymstoku.

Trzy razy był mistrzem Polski, olimpijczykiem, uczestnikiem mistrzostw świata i Europy. Dziś 51-letni Dariusz Snarski jest promotorem, który zorganizował 41 gal. Rówieśnik Dariusza Michalczewskiego i Andrzeja Gołoty, z którymi zna się jeszcze z juniorskich czasów.

Janusz Pindera: Kiedy planuje Pan kolejną, bokserską galę?

 

Dariusz Snarski: Nie wcześniej niż we wrześniu, czasy są ciężkie, a walka z koronawirusem wciąż trwa.

 

Ale już wkrótce zacznie się odmrażanie sportu, więc czas myśleć o nowych wyzwaniach…

 

Kluby zaczną działać w czwartym etapie odmrażania, hale też dopiero wtedy zostaną otwarte. Tak więc na boks z udziałem publiczności trzeba będzie jeszcze trochę poczekać.

 

Jak w tych trudnych czasach radzą sobie tacy jak Pan?

 

Staram się prowadzić treningi w małych grupach. Cały czas jestem też w kontakcie z Białorusinami czy Ukraińcami, którzy też występują na moich galach i wiem, że u siebie w domach trenują w miarę możliwości.

 

Najlepsze walki polsko-polskie, których nie obejrzeliśmy

 

Nikt nie wie jednak, kiedy wróci możliwość przemieszczania, być może jeszcze długo nie będzie Pan mógł z nich skorzystać …

 

Kiedyś jednak wróci i ci, z którymi rozmawiam muszą być w każdej chwili na to gotowi. My tu w Białymstoku, czy okolicach, też musimy się liczyć z obostrzeniami, ale robimy co możemy. I dajemy radę.

 

Ile gal Pan do tej pory zorganizował?

 

41, na niektórych sam walczyłem, np. z Maciejem Zeganem i Krzysztofem Cieślakiem, i to te cieszyły się największym zainteresowaniem.

 

Nie myślał Pan, żeby jeszcze raz spróbować? Zdrowie dopisuje, forma jest, kilogramów też nie musiałby Pan zbijać …

 

Czasami mnie to kusi, ale czas biegnie szybko. Nie da się go zatrzymać. Często powtarzam to swoim zawodnikom. Ostatnio długo rozmawiałem o tym z Krzysztofem Zimnochem, który chce jeszcze walczyć.

 

I co Pan na to?

 

Mówię szczerze: przyjdź, potrenujemy i zobaczymy, czy jest sens narażać zdrowie. Krzysiek swoje przecież przyjął.

 

Kiedyś mieliście w Białymstoku mocny boks, najmocniejszy w Polsce. Co z tego zostało?

 

Niewiele, choć Hetman ma ładną halę, dwa ringi i siłownię. A wokół sporo starych mistrzów, którzy mogliby pomóc. Ale widać nikogo to nie interesuje. Nic dziwnego, że ci których nie chcą machają tylko ręką.

 

A Pan walczy dalej?

 

Tak, ale z boksem amatorskim nie mam już nic wspólnego. Interesuje mnie tylko zawodowy i gale, które sam organizuję.

 

Utrzymuje Pan kontakt ze starymi kolegami z dawnych, zawodniczych czasów?

 

Oczywiście, ostatnio rozmawiałem z Józiem Gilewskim, który w czasach amatorskich wygrywał z Tomkiem Adamkiem.

 

Jedno z tych zwycięstw pamiętam doskonale, finał wagi 75 kg we Włocławku, rok 1997, siedziałem przy ringu…

 

Ja też tam wtedy wygrałem. W finale wagi lekkiej pokonałem Mariusza Gortata, a mój obecny współpracownik, Marcin Walas zdobył złoty medal w wadze koguciej wygrywając z wicemistrzem świata, Robertem Cibą. Nagrodą za mistrzostwo Polski był wtedy rower, całkiem niezły „góral”. Jeżdżę nim do dziś. A co do starych kontaktów: często rozmawiam z Adamkiem i Darkiem Michalczewskim, który ostatnio kupił rowery dla całej rodzinki i codziennie, z żoną i dziećmi jeździ po nadmorskich trasach, czasami po kilkadziesiąt kilometrów.

 

A z Gołotą kontakt się urwał? Pamiętam jak kiedyś, gdy byłem na jego obozie treningowym na Florydzie, dopytywał się o Pana?

 

Lubiliśmy się, ale Andrzej był samotnikiem. Najbardziej lubił swoje towarzystwo. A z Darkiem Michalczewskim zawsze było wesoło. Kiedy uciekł do Niemiec wraz z Darkiem Kosedowskim w 1988 roku, kontakt trochę się rozluźnił, ale później wrócił. Byłem w Hamburgu na jego walce z Fabricem Tiozzo (niestety przegranej) i w Gdańsku z De Grandisem, którego znokautował.


A z Andrzejem boksowaliśmy na tej samej gali, w czerwcu 1999 roku we Wrocławiu. On pokonał wtedy Navarre, a ja przegrałem z Robie Pedenem. Australijczyk, późniejszy zawodowy mistrz świata był niepokonany, miał 12 wygranych pojedynków i 7. miejsce w rankingu organizacji IBF. A ja miałem za sobą tylko 6 walk, w tym punktową porażkę w ostatniej walce z niepokonanym wtedy Duńczykiem Allanem Vesterem. A gaża za starcie z Pedenem było do tego bardzo skromne. Krzywdy nie dałem sobie jednak zrobić.

 

Nie tylko Pedenowi nie dawał się Pan obijać. W karierze amatorskiej miał Pan przecież solidnych rywali…

 

Zgadza się. Stoczyłem 296 walk, przegrałem 42 pojedynki, między innymi z takimi asami jak Niemiec Marco Rudolph, złoty medalista MŚ w Sydney (1991) i srebrny igrzysk w Barcelonie (1992), czy Rumun Leonard Doroftei (Dorin), późniejszy zawodowy mistrz świata. Z tym drugim biłem się na ME w Vejle (1996) i wielu twierdziło, że nie przegrałem. Z Rudolphem w Barcelonie też było lepiej niż wskazuje suchy wynik, tyle że sędziowie widzieli tylko jego ciosy.


Ale mam za to wygraną z bardzo dobrym, trzy lata młodszym, Thomasem Damgaardem, na jego terenie, w meczu drugich reprezentacji Polski i Danii. W rewanżu, też w Danii, nie byłem gorszy, ale do mojej przegranej przyczynił się polski sędzia, który wypunktował wtedy zwycięstwo późniejszego zawodowca. Damgaard (38-1, 28 KO) na zawodowych ringach przegrał tylko z Arturo Gattim

 

Wiem, że nie ma Pan już serca do boksu amatorskiego, ale muszą zapytać: odrodzi się kiedyś olimpijskie pięściarstwo w Białymstoku?

 

Jestem pesymistą, bo widzę że chyba nikomu na tym nie zależy.

Janusz Pindera, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze