Drugi maja? To powinniśmy być na Narodowym

Piłka nożna
Drugi maja? To powinniśmy być na Narodowym
fot. Cyfrasport
Drugi maja? To powinniśmy być na Narodowym

2 maja. Ta data na stałe weszła już do kalendarza polskiego futbolu. Oznacza bowiem finał Pucharu Polski na wypełnionym Stadionie Narodowym. Dziś powinien zostać napisany siódmy rozdział tej historii. Ale skoro napisany zostać nie może, to zapraszamy do lektury poprzednich sześciu. A działo się mnóstwo!

Przez wiele lat finał Pucharu Polski nie miał stałego miejsca ani na mapie kraju, ani w kalendarzu. Rozgrywany to tu, to tam, najczęściej w maju lub czerwcu ale zdarzały się też terminy sierpniowe, a w odleglejszych czasach również wrześniowe. Raz, w pośpiechu związanym z nadchodzącym polsko-ukraińskim Euro 2012, finał mieliśmy w kwietniu. Raz - w 1952 roku - w... grudniu.

 

Czasami decydował jeden mecz, kiedy indziej znowu mecz i rewanż. Prestiżu rozgrywek to nie podnosiło. I wtedy pojawił się pomysł - prosty, ale w swojej prostocie genialny. Stały, bardzo dogodny dla kibiców termin: 2 maja. Prestiżowa lokalizacja: Stadion Narodowy w Warszawie. I wysokie nagrody: w obecnym sezonie nawet trzy miliony złotych da zwycięskiej drużyny.

 

Ranga rozgrywek wzrosła natychmiast, a 2 maja miał na stałe wpisać się w świąteczny klimat majówki. Niestety, z roku na rok, coraz więcej mówiło się o zachowaniu kiboli i prowokowanym przez nich organizacyjnym paraliżu, o petardach i racach, o uszkodzonym telebimie pod dachem stadionu, interwencjach straży pożarnej. Efekt? Z finałem na Narodowym w środku majówki możemy pożegnać się tak szybko, jak zdążyliśmy się w nim zakochać.

 

- Podpisaliśmy umowę ze Stadionem Narodowym tylko na najbliższy finał. Jeśli znowu będzie problem, wrócimy do grania na wsiach, na małych stadionach... - mówił w marcowym Cafe Futbol, Zbigniew Boniek. - Niech się kibice biją, mordują, niech robią, co im się podoba, natomiast nie ma na to żadnego przyzwolenia. Z roku na rok te mecze przeradzają się w coraz większą eskalację demonstracji kibicowskiej. To nie jest mój stadion, nie możemy sobie na to pozwolić - kategorycznie postawił sprawę prezes PZPN.

 

Nie tylko zatem przełożony z powodu pandemii tegoroczny finał sprawia, że warto powspominać te poprzednie. Wkrótce być może tylko wspomnienia nam zostaną. A te na szczęście nie kończą się na kibicowskich ekscesach...


2 maja 2014. Zawisza Bydgosz - Zagłębie Lubin 0:0 (karne 6:5)

 

Takiego otwarcia nowego rozdziału w historii Pucharu Polski nikt się nie spodziewał. Największy polski stadion miał być przecież areną zmagań największych polskich klubów. Tymczasem w finale edycji 2013/14 zameldowały się Zagłębie Lubin i Zawisza Bydgoszcz. Jasne, nie są to kluby znikąd, ale historią i liczbą kibiców ustępujące Górnikowi, Ruchowi, Legii, Lechowi, Wiśle, Widzewowi...

 

Istniało spore ryzyko klapy. I sportowej, i organizacyjnej. Z jednej strony Zawisza - beniaminek ekstraklasy z tamtego sezonu, który w lidze radził sobie wprawdzie przyzwoicie ale jednak wyraźnie gorzej od Legii czy Lecha. Po przeciwnej stronie Zagłębie - efektownym lotem koszącym pikujące do strefy spadkowej ekstraklasy. Frekwencja też była zagadką...

 

Koniec końców, nie było wcale źle. Wprawdzie tamten finał pozostaje jedynym, na którym frekwencja nie przekroczyła 40 tysięcy, ale do tej granicy zabrakło ledwie trzech tysięcy. Jeden z koszmarów organizatorów nie spełnił się, trybuny nie świeciły pustkami, a większość sektorów zapełnili kibice z Bydgoszczy.

 

A sportowo? Wielkiego futbolu może nie było, ale emocji nie zabrakło. Po 120 minutach bez gola, kibice obejrzeli aż siedem serii rzutów karnych. Zaczęło się źle dla Zawiszy. Pomylił się już pierwszy z wyznaczonych przez Ryszarda Tarasiewicza wykonawców - Sebastian Dudek. I to jak się pomylił - strzelił dobry metr od słupka.

 

Do punktu wyjścia wróciliśmy w czwartej serii, kiedy Dorde Cotra z jedenastu metrów właściwie podał piłkę Wojciechowi Kaczmarkowi. W ostatniej kolejce nie pomylił się ani Widanow, ani Geworgian. Trenerzy Tarasiewicz i Orest Lenczyk musieli wybierać kolejnych strzelców.

 

Lubomir Guldan trafił; Luis Carlos - również. Seria siódma... Do piłki podszedł 19-letni zaledwie wówczas Sebastian Bonecki i strzelił niemal równie źle jak Cotra, Kaczmarek znów obronił. A trofeum Zawiszy zagwarantował pewnym, precyzyjnym uderzeniem Igor Lewczuk.

 

Oto składy z tamtego spotkania:

 

ZAWISZA: KACZMAREK - LEWCZUK, ANDRE MICAEL, NAWOTCZYŃSKI, ZIAJKA - DRYGAS, DUDEK - PETASZ (86. KADU), LUIS CARLOS, WÓJCICKI (111. ALVARINHO) - GEWORGIAN. (Trener: Ryszard Tarasiewicz)

 

ZAGŁĘBIE: RODIĆ - RYMANIAK, DŻINIĆ, WIDANOW, COTRA - BILEK, GULDAN, KWIEK (110. PRZYBECKI), CURTO (101. BONECKI), ABWO (110. BŁĄD) - PIECH. (Trener: Orest Lenczyk)


2 maja 2015. Legia Warszawa - Lech Poznań 2:1

 

Pierwsze finałowe starcie najlepszych polskich drużyn tamtego okresu. Do kolejnego miało dojść rok później. W 2015 roku finał wypadał dokładnie pomiędzy rundami zasadniczą a mistrzowską ekstraklasy. Po 30. kolejce ligowej stawce przewodziła Legia ale ledwie dwa punkty przed Lechem.

 

Podopieczni Henninga Berga w tygodniach poprzedzających mecz na Narodowym nie imponowali formą. O ile przy Łazienkowskiej zazwyczaj wygrywali, o tyle z trzech ostatnich wyjazdów w fazie zasadniczej przywieźli tylko jedno oczko po remisie w Chorzowie; przegrali i w Gdańsku, i w Poznaniu, co w kontekście rywalizacji o Puchar Polki miało swoją wymowę.

 

I rzeczywiście mecz na Narodowym zdecydowanie lepiej rozpoczął Lech. Poznaniacy mieli przewagę, której efektem bramka z 20. minuty... Tomasza Jodłowca. Pomocnik Legii tak niefortunnie interweniował po dośrodkowaniu Barry'ego Douglasa, że wbił piłkę do własnej bramki plecami!

 

Dziesięć minut później piłka znów mocno przypadkowo odbiła się od Tomasza Jodłowca, tym razem od uda. I ponownie wpadła do bramki - tym razem Lecha. Do przerwy był więc remis 1:1.

 

45 tysięcy widzów na trybunach Narodowego decydującą akcję zobaczyło w 55. minucie. Marek Saganowski błysnął snajperskim instynktem i z czterech metrów wepchnął piłkę do bramki Gostomskiego. Ten gol wyraźnie podciął skrzydła zawodnikom Macieja Skorży, którzy nie byli już w stanie odwrócić losów spotkania.

 

Upojeni sukcesem piłkarze Legii przedefilowali z pucharem przez strefę wywiadów nie zatrzymując się przy dziennikarzach. To miała być "kara" za krytykę, która spadła na legionistów po słabszych występach w lidze.

 

Los zadrwił okrutnie z piłkarzy Legii. Tydzień po finale Pucharu Polski, Lech znów zjawił się w Warszawie, tym razem na lewym brzegu Wisły. W pierwszej kolejce rundy mistrzowskiej pokonał przy Łazienkowskiej Legię 2:1, wskoczył na pierwsze miejsce w tabeli i nie oddał go już do końca sezonu. Puchar zatem dla Legii, ale mistrz dla Lecha.

 

 

Składy z finału Pucharu Polski 2015:

 

LEGIA: KUCIAK - BROŹ, ASTIZ, RZEŹNICZAK, BRZYSKI - VRDOLJAK, JODŁOWIEC - KUCHARCZYK, DUDA (79. MASŁOWSKI), GUILHERME (37. ŻYRO, 89. KOSECKI) - SAGANOWSKI. (Trener: Henning Berg)

 

LECH: GOSTOMSKI - KĘDZIORA, KAMIŃSKI, ARAJUURI, DOUGLAS - TRAŁKA, LINETTY (68. JEVTIĆ) - KOWNACKI, HAMALAINEN, PAWŁOWSKI (79. KEITA) - SADAJEW (72. FORMELLA). (Trener: Maciej Skorża)


2 maja 2016. Legia Warszawa - Lech Poznań 1:0

 

Legia kontra Lech - reaktywacja. Przy okazji tego meczu padł ważny do dziś frekwencyjny rekord finałów na Stadionie Narodowym. Na trybunach zjawiło się tamtego dnia 48563 widzów.

 

W całej historii Pucharu Polski tylko trzy finały oglądało na własne oczy więcej kibiców, wszystkie trzy rozegrane na Stadionie Śląskim (70 tys. Zagłębie Sosnowiec - Ruch Chorzów, 1963 rok; 55 tys. GKS Katowice - Górnik Zabrze, 1986; 50 tys. Górnik - Ruch, 1970).

 

W 2016 roku Legia szła przez pucharową drabinkę jak burza. Z duetem napastników Nikolić - Prijović w sześciu meczach od 1/16 do półfinału strzeliła w sumie 18 bramek - średnio trzy na mecz. Lech z kolei imponował żelazną defensywą. Z sześciu spotkań w drodze na Narodowy cztery wygrał 1:0, jeden - 2:0. Jedną, jedyną bramkę stracił dopiero w półfinałowym rewanżu z Zagłębiem Sosnowiec.

 

Drugą i ostatnią bramkę w tamtej edycji Pucharu Polski poznaniacy stracili dopiero w finale. Ale to wystarczyło by do Wielkopolski, jak rok wcześniej, wracali z pustymi rękoma. Trofeum zapewnił Legii w 69. minucie Aleksandar Prijović ekwilibrystycznym strzałem, którego nie powstydziłby się oryginalny Zlatan.

 

W 90. minucie trener Stanisław Czerczesow pozwolił kibicom Legii, by podziękowali Prijoviciovi owacją na stojąco. Ściągnął napastnika z boiska wpuszczając w jego miejsce Kaspra Hamalainena, który znów brał udział w wygranym przez Legię z Lechem Poznań finale Pucharu Polski, ale w 2016 roku, dla odmiany, mógł cieszyć się z trofeum.

 

Tym razem, inaczej niż dwanaście miesięcy wcześniej, o rewanżu w lidze nie mogło być mowy. Legia do Pucharu Polski dorzuciła tytuł mistrzowski, a Lech skończył sezon dopiero na siódmym miejscu.

 

Finał Pucharu Polski w 2016 roku zapamiętany został również niestety z powodu wybryków kibiców. Racą trafiony został wówczas Arkadiusz Malarz.

 

 

A oto składy z finału Pucharu Polski 2016:

 

LEGIA: MALARZ - JĘDRZEJCZYK, LEWCZUK, PAZDAN, HLOUSEK - KUCHARCZYK, JODŁOWIEC, BORYSIUK, DUDA (67. GUILHERME) - NIKOLIĆ (83. ALEKSANDROW), PRIJOVIĆ (90. HAMALAINEN). (Trener: Stanisław Czerczesow)

 

LECH: BURIĆ - KĘDZIORA, RAJUURI, KAMIŃSKI, KADAR - TRAŁKA (79. GAJOS), TETTEH, LINETTY - PAWŁOWSKI, KOWNACKI (87. JEVTIĆ), LOVRENCSICS (90. JÓŹWIAK). (Trener: Jan Urban)

 

2 maja 2017. Arka Gdynia - Lech Poznań 2:1 (po dogrywce)

 

Lech trzeci raz z kolei zameldował się na Narodowym. W 2017 roku był murowanym faworytem i ta prognoza nie wynikała bynajmniej z mądrości zawartej w powiedzeniu "do trzech razy sztuka". Tym razem nie było w finale Legii, była Arka, dla której sama możliwość występu w tym meczu wydawała się spełnieniem marzeń.

 

Z jednej strony mieliśmy Lecha, który do ostatniej kolejki sezonu miał bić się o mistrzostwo. Z drugiej - Arkę, którą czekała rozpaczliwa walka o utrzymanie w elicie. Poznaniacy do finału zmierzali pewnym krokiem, efektownie pokonując kolejnych rywali. Gdynianie przez kolejne przeszkody się prześlizgiwali żadnej z pucharowych rywalizacji nie wygrywając wyżej niż jedną bramką (w ćwierćfinale i półfinale bierzemy pod uwagę dwumecz). W Wielkopolsce świetną pracę wykonywał trener Nenad Bjelica. W Trójmieście trzy tygodnie wcześniej doszło do zmiany szkoleniowca - w miejsce zwolnionego Grzegorza Nicińskiego przyszedł Leszek Ojrzyński, który miał przede wszystkim ratować ekstraklasę. Ale...

 

- Dla takich meczów się żyje. To niesamowita przygoda i doświadczenie, tym bardziej na takim stadionie. Chcemy sprawić niespodziankę - mówił na przedmeczowej konferencji trener Ojrzyński. I dodawał: - Dwa razy po meczach z poznańskim zespołem straciłem pracę w klubach, mam więc dodatkowy powód, żeby się zrewanżować.

 

I jak powiedział, tak zrobił. Zrewanżował się. A Lech ponownie w finale zawiódł. Wyglądający na przygniecionych rolą faworyta poznaniacy przez 90 minut nie potrafili pokonać świetnie broniącego Pavelsa Steinborsa. Znakomita dyspozycja łotewskiego bramkarza nie była zresztą największym problemem Lecha tamtego popołudnia. Prawdziwym przekleństwem okazali się rezerwowi Arki.

 

Wprowadzeni przez Leszka Ojrzyńskiego z ławki Rafał Siemaszko i Luka Zarandia w kilka minut - w 107. oraz w 112. - wyprowadzili dwa zabójcze ciosy, po których Kolejorz już się nie podniósł. W pamięci kibiców zapisał się zwłaszcza Zarandia, który gola na 2:0 strzelił po rajdzie przez pół boiska. Trafienie Łukasza Trałki w 119. minucie trudno nawet nazwać "golem na pocieszenie".

 

Dwa przegrane finały z Legią kibiców Lecha oczywiście bolały, ale można było racjonalnie wytłumaczyć ich przyczyny. Tego, co wydarzyło się 2 maja 2017 roku, nie rozumiał w Poznaniu nikt.

 

 

Składy z finału Pucharu Polski 2017:

 

ARKA: STEINBORS - SOCHA, MARCJANIK, SOBIERAJ, WARCHOLAK - MARCUS VINICIUS (55. SIEMASZKO), ŁUKASIEWICZ, MARCINIAK, SZWOCH, BOŻOK (83. HOFBAUER) - TRYTKO (71. ZARANDIA). (Trener: Leszek Ojrzyński)

 

LECH: BURIĆ - KĘDZIORA, BEDNAREK, NIELSEN (110. RADUȚ), KOSTEWYCZ - KOWNACKI (74. MAKUSZEWSKI), TRAŁKA, GAJOS, MAJEWSKI, JEVTIĆ (85. PAWŁOWSKI) - ROBAK. (Trener: Nenad Bjelica)

 

2 maja 2018. Legia Warszawa - Arka Gdynia 2:1

 

Znów Arka. Znów trener Ojrzyński. I znów... nie, tym razem sensacji nie było. I choć wynik na to nie wskazuje, tak naprawdę nawet przez chwilę na taką sensację się nie zanosiło. Bo był to najbardziej jednostronny z finałów rozegranych na Stadionie Narodowym.

 

Już w 12. minucie trafił Jarosław Niezgoda, przed upływem 30. poprawił Cafu i na dobrą sprawę emocje się skończyły. Gol z 99. minuty Dawida Sołdeckiego tylko na chwilę rozpalił nadzieję kibiców Arki...

 

A skoro o kibicach i rozpalaniu mowa, to z tego finału bardziej niż samą grę zapamiętaliśmy race wystrzeliwane przez kibiców Arki rakietnicami (!), nadpaloną konstrukcję dachu i włączające się co pewien czas alarmy przeciwpożarowe.

 

- Ich zachowanie zagrażało życiu ludzi! Mogło się to tragicznie skończyć! - grzmiał po spotkaniu prezes PZPN, Zbigniew Boniek. To chyba wtedy pierwszy raz tak wielu, tak głośno zaczęło pytać o sens organizowania Pucharu Polski na Stadionie Narodowym.

 

A wracając do sportu. Puchar Polski zapisał sobie w CV chorwacki szkoleniowiec Dean Klafurić, który musiał ratować sezon zepsuty przez swojego rodaka Romeo Jozaka. Uratował. I to jak.

 

Zatrudniony na stanowisku pierwszego trenera w połowie kwietnia, w ciągu miesiąca zdobył Puchar Polski i tytuł mistrzowski. A trzy miesiące po triumfie na Narodowym został z Legii zwolniony.

 

 

Składy z finału Pucharu Polski 2018:

 

LEGIA: CIERZNIAK - VESOVIĆ, REMY, PAZDAN, HLOUSEK - KUCHARCZYK (90. EDUARDO), ANTOLIĆ, PHILIPPS, RADOVIĆ (66. SZYMAŃSKI), CAFU - NIEZGODA (74. HAMALAINEN). (Trener: Dean Klafurić)

 

ARKA: STEINBORS - ZBOZIEŃ, MARCJANIK, HELSTRUP, WARCHOLAK - MARCUS VINICIUS, SOŁDECKI, BOHDANOW (46. PIESIO), NALEPA (73. MARCINIAK), SZWOCH - JANKOWSKI (46. SIEMASZKO). (Trener: Leszek Ojrzyński)

 

2 maja 2019. Lechia Gdańsk - Jagiellonia Białystok 1:0

 

Dla obu zespołów było to pierwsze spotkanie na Stadionie Narodowym, trzeci finał Pucharu Polski w historii klubów i szansa na drugie takie trofeum. Poprzedni pucharowy triumf Jagi wielu kibiców doskonale pamiętało - miał miejsce w 2010 roku. Zwycięski finał Lechii mogli powspominać jedynie fani z poważnym stażem - rozegrany został on bowiem w 1983 roku.

 

Być może to świadomość doniosłości chwili i powagi sytuacji sprawiła, że gra obu zespołów była, ujmując rzecz delikatnie, bardzo ostrożna. O pierwszej połowie tamtego meczu tak pisaliśmy na Polsatsport.pl: "Do przerwy ani Zlatan Alomerović, ani Marian Kelemen nie byli zmuszeni do poważniejszych interwencji. Nie byliśmy więc świadkami ani ciekawych sytuacji, ani bramek".

 

A jak było po przerwie? Cóż, może kolejny cytat ze wspomnianej relacji: "W drugiej części obraz gry nie zmienił się. Obie drużyny skupiły się głównie na dośrodkowaniach, a nieliczne strzały z dystansu nie sprawiały kłopotów bramkarzom. Najczęściej były bowiem niecelne".

 

I tak płynął leniwie czas odmierzany kolejnym dośrodkowaniem, jeszcze jednym niecelnym strzałem z daleka, racą rzuconą z trybun... Zadość uczynić kibicom miała dogrywka i związane z nią emocje. Ale nawet ich piłkarze poskąpili kibicom. W szóstej z doliczonych do drugiej połowy minut zdrzemnął się w bramce Jagiellonii Marian Kelemen i Artur Sobiech zapewnił Lechii Puchar Polski.

 

 

Składy z finału Pucharu Polski 2019:

 

LECHIA: ALOMEROVIĆ - NUNES, NALEPA, AUGUSTYN, MLADENOVIĆ - MICHALAK (69. SOBIECH), KUBICKI, ŁUKASIK (90. VITORIA), MAKOWSKI, HARASLIN (90. LIPSKI) - FLAVIO PAIXAO. (Trener: Piotr Stokowiec)

 

JAGIELLONIA: KELEMEN - KADLEC (90. WÓJCICKI), RUNJE, ARSENIĆ, BODVARSSON - NOVIKOVAS, POLETANOVIĆ (90. KWIECIEŃ), ROMANCZUK, JESUS IMAZ, GUILHERME - KLIMALA. (Trener: Ireneusz Mamrot)

 

Ostatni z rozegranych na Stadionie Narodowym finałów dostarczył kolejnych argumentów tym wszystkim, którzy najchętniej przenieśliby finał Pucharu Polski jak najdalej od najnowocześniejszego obiektu w Polsce. Do tradycyjnych problemów z kibicami, doszedł jeszcze wyjątkowo kiepski spektakl piłkarski, niegodny tak zacnej sceny.

 

Co dalej z majówką na Stadionie Narodowym? W tym roku to koronawirus zdecydował, że do niej nie doszło. Ale kiedyś ten finał na Narodowym pewnie rozegrany zostanie. Pozostaje mieć nadzieję, że kibice wykorzystają ostatnią szansę daną im przez organizatorów. 2 maja, Stadion Narodowy, finał Pucharu Polski - to naprawdę gotowy przepis na wielkie piłkarskie święto. Oby nikt nam tego święta nie odebrał...

Szymon Rojek, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze