Ermolenko: Trzynastka to dla mnie szczęśliwa liczba

Żużel
Ermolenko: Trzynastka to dla mnie szczęśliwa liczba
fot. Cyfrasport
- Trzynastka to dla mnie szczęśliwa liczba - przekonuje Sam Ermolenko

- Jechałem z numerem 13, którego nikt nie chciał. Były dwie możliwości przydziału numerów - albo sobie na niego zasłużyłeś albo po prostu taki ci został. Mnie przypadł numer 13, mój pokój w hotelu był pod numerem 13, mój stolik przy którym jadłem śniadanie miał również numer 13. To znalazło swoje zastosowanie i wszystko dobrze się potoczyło - powiedział Sam Ermolenko, indywidualny mistrz świata na żużlu z 1993 roku.

Tomasz Lorek: Sam, miło cię widzieć

Sam Ermolenko: Również cieszę się, że tu jestem Tomasz

To fantastyczne, ponieważ udało ci się wrócić z Kalifornii do Anglii - Hatton, gdzie mieszkasz, tuż przed pandemią koronawirusa.

Dokładnie. Byłem w Kalifornii na początku tego roku, mniej więcej osiem tygodni, aby móc odwiedzić moją rodzinę w Południowej i Północnej Kalifornii. Wskoczyłem do samolotu, wróciłem do Anglii, aby przygotować się do kolejnego sezonu żużlowego i właśnie wtedy wszędzie pojawił się koronawirus, więc przebywam w domu.

Pamiętam dobrze jak twój przyjaciel z Australii, Trevor Harding, kiedy miałeś koszmarny wypadek w Herxheim, powiedział, że promienie słoneczne są najlepsze dla leczenia kości. Czy to prawda?

Słońce jest zawsze dobre na wszystko, bez względu na okoliczności. Trevor odegrał bardzo dużą rolę w moim powrocie do zdrowia w 1989 roku, kiedy przydarzył mi się ten wypadek. Promienie słoneczne były wówczas dla mnie lekarstwem.
 
Pamiętam jak Egon Muller - trzykrotny mistrz świata na długim torze oraz mistrz świata w żużlu klasycznym z 1983 roku przyznał, że nie chce patrzeć jak Sam Ermolenko leży na torze, ponieważ Henka Gustafsson wyszedł z tego zaledwie ze złamanym kciukiem, ale ty byłeś w o wiele gorszym stanie.

To był przykry wypadek i szczerze mówiąc nie bardzo go pamiętam. Kojarzę jak obudziłem się w szpitalu, do którego zostałem przetransportowany helikopterem. To było przerażające.
 
PGE Ekstraliga: Poznaliśmy szczegóły odmrażania rozgrywek

Wówczas przetransportowano cię z Karlsruhe do Manchesteru. Miałeś mnóstwo szczęścia. Zawsze byłeś świątynią pozytywnej energii, kimś kto zawsze dostrzega pozytywy. Odwiedzili cię człowiek z Belle Vue Aces oraz jeden z mechaników Wayne'a Raineya - mistrza świata MotoGp.

Spędzając dwa tygodnie w Niemczech, miałem możliwość zostania przetransportowanym do szpitala w Manchesterze, który znajduje się niedaleko stadionu Belle Vue. Jeden z chłopaków, który pracował na stadionie, pracował także jako sanitariusz. Dzięki temu dał mi do zrozumienia, że mam znajomego w tym szpitalu, co było bardzo miłe. Wspomniałeś o mechaniku Wayne'a Raineya. Pracował w mieście i usłyszał o moim wypadku, który był nagłośniony. Postanowił więc odwiedzić mnie w szpitalu, co również było bardzo przyjemne.

W Niemczech zawsze byłeś otoczony dobrymi ludźmi, ponieważ przebywałeś u zmotoryzowanej rodziny - Otto Schroecka i jego syna Petera.

Peter wciąż jest zaangażowany w speedway. Jego młodszy brat Alex był jednym z moich mechaników, kiedy tylko startowałem na długim torze w Niemczech. Ta rodzina zawsze starała się dopilnować, aby wszystko było u mnie w porządku, kiedy tylko znajdowałem się w tym kraju.

Kiedy byłeś młodych chłopcem, to głównie z powodu twojego ojca, który był inżynierem, chciałeś zostać gwiazdą motocrossu jak Roger De Coster.
 
Dla mnie to było czymś naturalnym, aby wkroczyć w świat motocrossu, ponieważ partner biznesowy mojego ojca, Bill - otworzył sklep motocyklowy w 1970 roku. On także ścigał się na motocrossie, podobnie jak jego czterej synowie, więc ja jeździłem razem z nimi do 16 roku życia. Zbierałem cenne doświadczenie i muszę przyznać, że radziłem sobie całkiem nieźle. Niestety, przydarzył mi się wypadek na drodze, kiedy jechałem motocyklem i zderzyłem się z samochodem. Nie wyszedłem z niego bez szwanku.

Wówczas jedna z pielęgniarek w szpitalu podeszła do twojej mamy Charlotte i powiedziała, że musi pani zobaczyć syna, który jest w ciężkim stanie.

Ten wypadek wydarzył się niedaleko miejsca pracy mojej mamy i to właśnie ona jako pierwsza odwiedziła mnie w szpitalu. Zjawiła się na oddziale, a potem dołączył do niej ojciec. Musiała mnie widzieć w naprawdę kiepskim stanie, więc z pewnością była tym przerażona. To szokujący obrazek, kiedy widzisz swojego syna w szpitalu w takim stanie. Koniec końców wyszedłem z tego cało, ale to była długa walka.

Ten wypadek był niezwykłym punktem zwrotnym w twoim życiu. Możesz jednak opowiedzieć coś o twoich korzeniach rodzinnych? Wiemy, że twój dziadek Wiktor urodził się na Białorusi, babcia Helen urodziła się na Syberii, a nazwisko Ermolenko nie brzmi jakbyś pochodził z Maywood.

Początki sięgają mojego ojca oraz jej matki i siostry. Znajdowali się w obozie dla uchodźców w Belgii. Zostali tam przetransportowani i mój ojciec dorastał tam jako nastolatek. Wówczas nadarzyła się okazja, aby dołączyć do armii amerykańskiej. Udało mu się do niej dostać. Przedostał się statkiem do Stanów, ale zanim tam dotarł, wojna się skończyła. Tam pobierał nauki, poznał moją mamę, która pochodzi z Alabamy, okolice Georgii. Tam się spotkali i tak zaczęła się historia rodziny Ermolenko.

Masz dwie siostry oraz brata, który również był żużlowcem.
 
Zgadza się. Mam starszą oraz młodszą siostrę oraz młodszego brata.

Być może się mylę, ale kiedy pierwszy raz zjawiłeś się w Anglii, jedna z twoich sióstr podeszła do Bobby'ego Schwartza i powiedziała - Hej! Opiekuj się moim bratem, bo tutaj tylko ciebie zna.

Żużel w Kalifornii jest mało popularny. W Stanach mieszka mnóstwo osób, ale tylko w Południowej i Północnej Kalifornii ludzie kojarzą speedway. To niewiele. Niektórzy zawodnicy tacy jak Bobby Schwartz, Bruce Penhall, Kelly i Shawn Moranowie zjawiali się w Południowej Kalifornii na zawodach. Moja siostra miała zatem wielokrotnie okazję spotkać się z Bobby'm, a kiedy ja dostałem możliwość jazdy w Anglii, wówczas powiedziała mu o tym.

Z twoich rejonów pochodzi także inny żużlowiec - Scott Autrey, uczestnik finałów światowych.

Nie miałem okazji poznać Scotta aż do niedawna, aczkolwiek mówiąc "niedawna" mam na myśli czas po zakończeniu mojej kariery. On zakończył karierę zanim trafiłem do Anglii. To przesympatyczny facet, który występował w finałach światowych, co było czymś wspaniałym. Pałeczkę po nim przejął Bruce Penhall. Natomiast ja miałem to szczęście, że zostałem trzecim mistrzem świata z Ameryki.

Po Brucie i Jacku Milnie, fantastycznym zawodniku, który sięgnął po złoto przed wojną. Kiedy zjawiłeś się w Los Angeles, w Koloseum w 1982 roku, kiedy to Ameryka pierwszy raz organizowała finał światowy, jakie miałeś wówczas doświadczenia? Znałeś któregokolwiek z zawodników? Czy podszedłeś do tego na totalnym luzie?

Koloseum mieści 90 tysięcy ludzi, a na zawodach było zaledwie 40 tysięcy, więc można było usiąść w dowolnym miejscu na dużej trybunie. Pamiętam, że ja i sześciu, siedmiu moich znajomych usiedliśmy i spojrzeliśmy w program zawodów. Doszliśmy do wniosku, że Phill Crump nie należy do najprzystojniejszych zawodników w całej stawce. Pamiętam, że komentowaliśmy jego wygląd. Tamte mistrzostwa były prawdopodobnie moim przywitaniem z międzynarodowym żużlem.

A potem zjawiłeś się w Anglii i stwierdziłeś, że Steve Regeling jest jeszcze brzydszy od niego.

To twoje spostrzeżenie, ale obaj to świetni faceci. Myślę, że teraz jako dojrzali panowie wyglądają znacznie lepiej.

Jesteś bardzo odpowiedzialnym facetem oraz artystą nie tylko na motorze. Kiedy zadzwonił do ciebie promotor Poole, Brian Maidment z hrabstwa Dorset, to była trudna decyzja, aby opuścić rodzinę, prawda?

Nie jest to łatwe, kiedy w wieku 16 lat przeżywasz taki wypadek i musisz odwiedzać szpitale do 19 roku życia. Przyjaciel mojej mamy Gino, zabrał mnie na żużel, o którym wówczas nie miałem zielonego pojęcia. Jakiś czas później, mój sąsiad Dave Wooten miał motocykl żużlowy i ścigał się w niższych klasach rozgrywkowych. To były tak naprawdę moje początki ze speedwayem. Miałem okazję trenować na jego motocyklu. Kiedy już moja noga wyzdrowiała po tamtym wypadku, który miałem jako 16-latek, wówczas w wieku 19 lub 20 lat zacząłem uprawiać żużel. W 1982 roku odbył się finał światowy, więc zajęło mi półtora roku, aby zaznajomić się z tym sportem. To była długa podróż, ale jednocześnie ekscytująca.

Czterokrotny mistrz świata, Barry Briggs z Nowej Zelandii nazywał cię szalonym Rosjaninem. Jak do tego doszło?

Pewnego razu wybrałem się na tor żużlowy, aby potrenować, a tak naprawdę, aby pobierać kolejne nauki. W tym samym czasie swój trening miał syn Barry'ego - Tony. Powiedział mi, że jego ojciec przyjedzie tutaj następnego dnia. Ja więc wróciłem następnego dnia, aby poznać Barry'ego Briggsa. Gdy ten usłyszał jak się nazywam, od razu skojarzył mnie z Rosjaninem. W Południowej Kalifornii jest spora konkurencja, aby móc ścigać się na torze, a jak już trafiłeś na listę, to musisz notować dobre wyniki, a by się na niej utrzymać i startować w kolejnym tygodniu. Barry powiedział "Hej, wiesz co, znam promotora Harry’ego Oxleya. Jeżeli wsadzimy cię w czerwony kevlar i powiemy, że jesteś Rosjaninem, to założę się, że będziesz miał łatwiej, aby tu się ścigać". To był żart z jego strony, który rozumiem teraz, ale nie potrafiłem zrozumieć wówczas.

Więc w pewnym sensie Briggo pomógł ci.

Tak. Dał mi instrukcje, sugerując, że stanę się lepszy tylko wtedy, kiedy będę robił coraz więcej okrążeń. Kiedy go poznałem, siedziałem na motorze żużlowym dwa, może trzy razy. I muszę powiedzieć, że mówiąc to, miał totalną rację.
 
Śledź: Ciche stadiony? To będzie dziwne

Mike „The Bike” Lee, mistrz świata, również stanowił dla ciebie wielką pomoc, ponieważ pracował również jako tuner. Pomógł ci, kiedy trafiłeś do Poole.

Kiedy podpisałem kontrakt z Poole w 1984 roku, Michael był już w drużynie. Poznałem go bardzo dobrze, mieszkaliśmy blisko siebie. A ponieważ sam zajmuję się trochę mechaniką, to byłem w stanie pomagać mu i uczyć się od niego. Pamiętam, że miał wtedy kiepskie relacje z sędziami i był zawieszony jako zawodnik. Wówczas miał więcej czasu, aby pomagać mi przy sprzęcie. Tak jak wspomniałem, ja miałem ciągotki do mechaniki, więc jego zadaniem było poprowadzić mnie we właściwy sposób.

Twój debiut w finale światowym musiał być fenomenalnym doświadczeniem. Zgodzisz się, że Odsal Stadium to jeden z najlepszych torów?

To jeden z największych torów, a ja wywodzę się z małych owali w Kalifornii, które są naprawdę małe w porównaniu do Bradford. Może ci się zakręcić w głowie od takich torów, zwłaszcza jak znajdujesz się na wirażu. To zdecydowanie olbrzymie doświadczenie. Musisz mieć zupełnie inne przełożenia, aby tam rywalizować.

Podczas tego finału zdarzyła się nadzwyczajna historia, ponieważ zapomniałeś gogli z hotelu. Musiałeś wezwać do parku maszyn przez głośnik na stadionie Briana Maidmenta.

To dobra historia. To był mój pierwszy finał i byłem bardzo zdenerwowany. Po treningu dzień wcześniej poszliśmy do hotelu spać, a następnego dnia zapomnieliśmy wziąć gogli. Jedyną osobą, która mogła mi pomóc był Brian Maidment, promotor, który sprowadził mnie do Poole. Znajdował się na trybunie, więc musiałem wezwać go przez głośnik i poprosić, żeby pojechał po moje gogle. Byłem zdenerwowany, ale też skupiony, aby być jak najlepiej przygotowanym. Te nerwy wcale nie były takie złe.

Dobrze się złożyło, że jechałeś dopiero w czwartym biegu, m.in. z Hansem Nielsenem oraz Erikiem Gundersenem.

Oczywiście moim celem zawsze była walka o pierwsze miejsce. Nie znałem nikogo z całej stawki, ani stylu jazdy. Wierzyłem w siebie, że wywodząc się z małego toru, mogę rywalizować na takim dużym owalu. Nie chciałem zająć ostatniego miejsca, nie chciałem być trzeci, a jeżeli znalazłbym się na drugim lub pierwszym miejscu, to moim celem było utrzymać się na tych pozycjach, zdobywając tyle punktów ile się da. To pozwoliło mi pojechać w biegu dodatkowym o złoto z Hansem Nielsenem i Erikiem Gundersenem. Nigdy bym o tym nie pomyślał. Los mi jednak sprzyjał. Jechałem z numerem 13, którego nikt nie chciał. Były dwie możliwości przydziału numerów - albo sobie na niego zasłużyłeś albo po prostu taki ci został. Mnie przypadł numer 13, mój pokój w hotelu był pod numerem 13, mój stolik przy którym jadłem śniadanie miał również numer 13. To znalazło swoje zastosowanie i wszystko dobrze się potoczyło.

No i zdobyłeś wówczas 13 punktów.

Trzynastka to szczęśliwa liczba. Za moimi plecami jest Harley Davidson, także z tym numerem.
 
 
Druga część rozmowy Tomasza Lorka z Samem Ermolenko niebawem na Polsatsport.pl.
Tomasz Lorek, KN, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze