Ermolenko: To był najlepszy sposób, aby pokazać, że jestem lepszy od Nielsena

Żużel
Ermolenko: To był najlepszy sposób, aby pokazać, że jestem lepszy od Nielsena
fot. Cyfrasport
Sam Ermolenko (z prawej) oraz Hans Nielsen (z lewej) stoczyli ze sobą wiele pamiętnych wyścigów.

- Dobrze się złożyło, ponieważ po finale w Pocking, naszej kolizji i wykluczeniu Hansa, wielu kibiców Coventry uważało, że to Hans powinien zostać mistrzem. Dlatego cieszę się, że ten finał odbył się właśnie tam. Pomyślałem sobie, że nie ma lepszego sposobu na udowodnienie, że jestem od niego lepszy - przyznał Sam Ermolenko, indywidualny mistrz świata na żużlu z 1993 roku.

Tomasz Lorek: Ivan Mauger oraz Briggo podeszli do ciebie w trakcie turnieju, mówiąc "Sam, świetnie sobie radzisz, możesz zostać mistrzem świata!" Było to dla ciebie nieco uciążliwe, a może takie słowa zachęciły cię, aby wspiąć się na wyżyny?
 
Sam Ermolenko: To był mój pierwszy finał światowy i moja wiedza na temat żużla była bardzo mała. Nie zdawałem sobie sprawy jak poważne są to zmagania. Nie miałem żadnych idoli, nie myślałem o tym, że chcę być taki jak ten, czy tamten. Myślałem tylko o sobie, o ściganiu i żeby moje nazwisko było widoczne w parku maszyn. Od tego zaczęła się moja kariera.
 
W 1987 roku zająłeś znowu trzecie miejsce, w dwudniowym finale światowym w Amsterdamie. No i w końcu nadszedł turniej na Rottalstadion w Bawarii. To było coś niesamowitego, ponieważ odbył się on w dniu urodzin twojego syna, co sprawiło, że twój sposób na przygotowanie się do walki o mistrzostwo świata musiał być totalnie wyjątkowy.
 
Nie miałem nigdy recepty na to, co zrobić aby zostać mistrzem. Bez względu na to jak jesteś znakomicie przygotowany, zostanie czempionem jest niesamowicie trudne. Musisz po prostu być dobrze dysponowany danego dnia. W dwudniowym finale w Amsterdamie, po pierwszym dniu byłem współliderem, ale drugiego dnia wyprzedził mnie Erik Gundersen, który był o wiele bardziej doświadczony. Z kolei w 1992 roku we Wrocławiu deszcz pokrzyżował mi plany. Więc rok później w Pocking, postanowiłem, że przede wszystkim będziemy celebrować urodziny mojego syna. Postanowiliśmy, że całą rodziną uciekniemy od zakwaterowania w hotelu przy stadionie. W piątek mieliśmy trening, natomiast finał w niedzielę. Mieliśmy zatem wolną sobotę i pamiętam, że na torze w Landshut odbył się wtedy turniej z udziałem starszych zawodników. Mieliśmy trochę czasu, aby pomyśleć o ustawieniach w motocyklu. Tor na piątkowym treningu był bardzo twardy, mieliśmy zbyt mocny motocykl. Postanowiliśmy zatem wybrać się do Otto Lantenhammera - tunera, który miał swoją bazę w Monachium. Wzięliśmy od niego uszczelki, aby obniżyć poziom kompresji w silniku. Razem z mechanikiem znaleźliśmy jakąś farmę, rozebraliśmy motocykl, podnieśliśmy cylinder i dokonaliśmy zmian. Potem wybraliśmy się zobaczyć jak wygląda tor. Nie robiono na nim żadnych prac, bo cały czas padał deszcz, więc myśleliśmy, że będzie taki sam jak na treningu. Okazało się jednak, że w dniu zawodów tor z powodu deszczu był o wiele przyczepniejszy. Wróciliśmy do poprzednich ustawień i było dobrze.

 

PGE Ekstraliga: Poznaliśmy szczegóły odmrażania rozgrywek

 

Pamiętam, że byłeś bardzo szybki w pierwszym biegu z Perem Jonssonem, który zdobył mistrzostwo w 1990 roku. Miałeś też znakomity bieg z Armando Castagną. Na koncie miałeś 9 punktów i przed sobą bieg z Hansem Nielsenem. Byłeś przez niego trącony? Jak na to patrzysz po tylu latach?
 
Hans przed tym biegiem miał jeszcze szanse na mistrzostwo. Musiałem znaleźć się w tym wyścigu przed nim, co mi się udało. Na wejściu w drugi łuk pierwszego okrążenia postanowiłem, że pojadę trochę szerzej, ponieważ przy krawężniku było bardzo przyczepnie i znajdowały się koleiny. Hans właśnie tam pojechał, dostał przyczepności i uderzył wprzód mojego motocykla. Być może gdyby bardziej wykontrował, jechalibyśmy dalej. Uderzył mnie jednak i sędzia go wykluczył.

 

 

Andy Smith przyznał, że po tylu niefortunnych latach miałeś na tych zawodach wiele szczęścia. Była przecież potem kraksa z Billym Hamillem. Wiedziałeś wtedy, że łańcuch w twoim motocyklu jest zbyt luźny.
 
Przygotowując się do powtórki tego biegu, mechanik popełnił błąd zakładając zbyt luźny łańcuch. Nie było jednak czasu na korektę, ponieważ sędzia był bardzo surowy i w razie przekroczenia czasu dwóch minut, wykluczyłby mnie. Musiałem więc zaryzykować. Po wyjściu spod taśmy, zderzyliśmy się z Billym na pierwszym łuku i mój łańcuch spadł. Arbiter widząc nasz upadek, przerwał wyścig i zarządził powtórkę. Miałem szczęście, bo dzięki temu mogłem naprawić usterkę i wygrać w powtórce.
 
W przeszłości miałeś jednak sporo pecha, więc był to czas zadośćuczynienia.
 
Tak już po prostu jest. Raz masz szczęście, raz pecha. Mnie po prostu sprzyjała wtedy fortuna.

 

Śledź: Ciche stadiony? To będzie dziwne

 

W dzisiejszych czasach częstym obrazkiem jest zawodnik w dużych słuchawkach na uszy, słuchający muzyki. Tobie "towarzyszył" wtedy Gary Moore?
 
Tak jak już wcześniej wspomniałem, nigdy nie ma idealnej recepty na złoty medal i nikt tak naprawdę jej nie zna. Przystępując do tych zawodów, mając urodziny syna, chciałem po prostu skoncentrować się na sobie i moim teamie. Chciałem odciąć się od wszystkiego, co było dookoła i zanurzyć się w muzyce. Akurat wtedy na topie mojej listy był Gary Moore. Dało to pozytywne efekty.
 
Moore - człowiek z Belfastu. Wyobrażam sobie jak ty i Craig Boyce - najskuteczniejszy zawodnik w historii Poole Pirates, zdobywca ponad czterech tysięcy punktów, tworzycie kapelę. On perkusista, ty gitarzysta. To lepsza kombinacja niż Jimmy Page i John Bonham z Led Zeppelin.
 
Ja, Craig i kilku innych zawodników spotykaliśmy się regularnie w jego studio i urządzaliśmy sobie próby. Craig naprawdę bardzo dobrze radzi sobie na gitarze, mimo że również jest świetny na perkusji. Gramy na różnych instrumentach i po prostu nadal świetnie się bawimy.
 
Jaki jest twój ulubiony instrument?
 
Lubię grać na gitarze, chociaż uświadamiam sobie, że gra na perkusji również sprawia mi przyjemność. Wolę jednak gitarę.

 

Coventry, '93 rok i finał Drużynowych Mistrzostw Świata. Rywalizowałeś przeciwko Nielsenowi na jego terenie, ponieważ reprezentował barwy Coventry Bees. Nie było jednak wówczas żadnych kontrowersji, ponieważ byłeś po prostu od niego lepszy.
 
Dobrze się złożyło, ponieważ po finale w Pocking, naszej kolizji i wykluczeniu Hansa, wielu kibiców Coventry uważało, że to Hans powinien zostać mistrzem. Dlatego cieszę się, że ten finał odbył się właśnie tam. Moja drużyna potrzebowała punktów, a startowałem z trzeciego pola, podczas gdy Hans z pierwszego. Pomyślałem sobie, że nie ma lepszego sposobu na udowodnienie, że jestem od niego lepszy, jak wygranie tego biegu. I udało mi się to.
 
A trzecie pole w Coventry było "cmentarzyskiem".
 
Zgadza się. Bardzo ciężko było dobrze z niego wystartować. Tak się złożyło, że ten bieg zaważył o triumfie Ameryki. Perfekcyjnie się wstrzeliłem. Wydaje mi się, że to był najlepszy sposób, aby pokazać fanom Coventry, że byłem wówczas lepszym zawodnikiem od Hansa.
 
Jesteś sam idealną osobą, która może ocenić co jest lepsze - finał jednodniowy czy cykl Grand Prix?
 
Myślę, że oba formaty mają swoje plusy. To zmagania o mistrzostwo świata, więc bez względu na system, zawsze chcesz je wygrać. Grand Prix zdecydowanie daje większe pole manewru dla marketingu. A jako zawodnik zależy ci, żeby poprzez speedway móc być widocznym dla sponsorów. Uważam więc, że z punktu widzenia biznesowego, Grand Prix jest znacznie korzystniejsze dla żużlowca.
 
Bywa tak, że promotorzy nie potrafią dostrzec u zawodnika czynnika ludzkiego. Ty jednak miałeś to szczęście, że miałeś u swego boku Chrisa Van Straatena, który zorganizował turniej "Sam Ermolenko Gala Night". Przyleciał wówczas Bobby Schwartz, Greg Hancock zdobył 15 punktów. Zacząłeś wtedy wierzyć w ludzi, kiedy zobaczyłeś jak Chris pomaga ci wrócić do ścigania?
 
To ciężki temat, ale najprościej będzie powiedzieć, że w dzisiejszych czasach ciężko uwierzyć, że promotorzy wierzą w swoich zawodników. Kiedy ja trafiłem do Wolverhampton, w klubie nie działo się dobrze. Wówczas właścicielem oraz promotorem był Peter Adams, który miał problemy prywatne. Chris Van Straaten przejął po nim schedę. To był trudny okres. Ja byłem jednym z topowych zawodników i mogłem przyczynić się do budowy tego klubu przez Chrisa. Miałem poważny wypadek w '89 roku i Chris nie stracił we mnie nadziei. Wróciłem i rok później zdobyliśmy mistrzostwo. Tak naprawdę kumplowaliśmy się. Chris nadal udziela się w Wolverhampton. On pomógł mi, ja pomogłem jemu.
 
Byłeś mistrzem świata w parach, drużynie, indywidualnie. Wygrałeś wszystko. Ale czasami byłeś zbyt altruistyczny, tak jak wtedy, kiedy pomogłeś Billemu Hamillowi w zdobyciu mistrzostwa, kosztem wypadnięcia z Grand Prix. Żałujesz tego?
 
Patrząc z dzisiejszej perspektywy, może faktycznie powinienem był bardziej skupić się na sobie, ale taki był mój styl jazdy, aby pomagać każdemu, jeżeli tylko mogę, wierząc jednocześnie, że mogę każdego pokonać. Niestety, czasami moje poświęcenie nie przynosiło mi korzyści oraz tego, co sam chciałem osiągnąć. Prawdziwym problemem dla mnie było wprowadzenie opon bez nacięć przed jednym z turniejów kwalifikacyjnych na praskiej Markecie. Gdyby obowiązywały normalne opony, wówczas poradziłbym sobie. Gdybym nie zrobił tego, co zrobiłem z Billym i Hansem Nielsenem w finale światowym w Vojens w 1996 roku, Billy nie byłby mistrzem świata.
 
I potem Craiger - mechanik Hamilla przyniósł ci beczkę piwa w ramach podziękowań.
 
Niestety, wtedy dokonaliśmy błędnych obliczeń w parku maszyn - ile punktów nam potrzeba, aby utrzymać się w cyklu. Okazało się, że zabrakło i musiałem startować w kwalifikacjach w kolejnym roku. Tak to się potoczyło. Wierzysz komuś, lecz ten ktoś nie wykonał odpowiednio swojej pracy. Ale przynajmniej Billy został mistrzem świata.
 
Później sprowadziłeś Billy'ego do Łodzi na turniej charytatywny, aby pomóc chłopakowi z Polski - Dawidowi, który był niewidomy. To pozwoliło przeprowadzić zabieg w Moskwie. To było coś wielkiego z twojej strony.
 
Jeżdżąc w Łodzi i widząc, że młody chłopak potrzebuje pomocy, ciężko jest patrzeć i przyglądać się na to z boku. Każdy, który miał wtedy wolny termin i do którego zadzwoniłem, pojawił się w Łodzi, aby mu pomóc.
 
Z mojego punktu widzenia, podczas Grand Prix Challenge w Pradze w 1996 roku byłeś niesamowicie zdeterminowany. Wychodziłeś ze skóry, aby uzyskać awans.
 
Te opony utrudniły mi życie. Musiałem obierać takie ścieżki i jechać tam, gdzie normalnie nie pojechałbym. Włożyłem sporo wysiłku, ale niestety, nie udało się. Takie jest już ściganie...
 
Na zawodach na długim torze miałeś ośmiu zawodników, którzy ustawiali się na starcie. Ale kiedy miałeś wypadek we Wrocławiu podczas Drużynowego Pucharu Świata w 2001 roku, kiedy było pięciu zawodników pod taśmą, uważasz, że było to zbyt niebezpieczne? Pięciu gości na torze.
 
To akurat nie był wtedy powód mojego upadku. Było to bardziej spowodowane geometrią toru i ogrodzeniem. Możesz mieć pięciu facetów w wyścigu, ale jeżeli wierzysz w siebie, że wygrasz, to po prostu puszczasz sprzęgło i jedziesz. Oczywiście musisz mieć świadomość, że na torze jest mniej miejsca. Organizatorzy chcieli dokonać pewnych zmian i nie wypadało powiedzieć, że nie chcesz rywalizować, skoro stawką jest mistrzostwo świata. Później jednak wyciągnęli z tego należyte wnioski.
 
Kiedy zjawiłeś się w Bydgoszczy, czekano tam 21 lat na mistrzostwo Polski. W zespole był Roman Matousek, który zmarł w styczniu tego roku. Był też Jacek Gollob, który był wokalistą, więc mieliście dobrą nić komunikacyjną.
 
Kiedy obcokrajowcy mogli ścigać się w lidze polskiej, polscy zawodnicy nie mieli wiedzy skąd pozyskiwać części do motocyklu, które były dostępne w Anglii oraz w zachodniej Europie. Jacek zawsze miał szeroko otwarte oczy i przyglądał się jak wygląda mój sprzęt. Zastanawialiśmy się skąd pozyskać sprzęgło, ramy, czy nie warto spróbować czegoś innego.
 
"Przywieź mi ramy Antiga, Sam".
 
Dokładnie. Byli moim sponsorem. Dla mnie nie było problemu pomagać chłopakom. W pewnym sensie edukowaliśmy polskich zawodników, a teraz polscy zawodnicy są w czołówce światowej.
 
To prawda. Jesteś dziadkiem, legendą Wolverhampton, mistrzem świata. Uważasz, że nie można być tylko skupionym na ściganiu się, ale także mieć szczęśliwą rodzinę, taką jak twoja - aby być szczęśliwym w pracy?
 
Koniec końców każdy ma jakieś problemy rodzinne, które można usłyszeć zewsząd. Ja jestem jednak szczęśliwy. Moje wnuki szybko dorastają.
 
Jako zajęty człowiek, jesteś więc kreatorem innowacji w swoim warsztacie.
 
W dobie pandemii koronawirusa trzeba zachować ostrożność, zostać w domu. Ja obecnie pracuję sam. Mam mnóstwo pracy w moim małym warsztacie. Pracuję nad designem, inżynierią, renowacją motocykli. Jestem więc zapracowany. Normalnie o tej porze roku mam obowiązki telewizyjne, ale wiemy, że teraz to niemożliwe, nie możemy podróżować. Jesteśmy zamknięci w domach, ale na szczęście mam dużo pracy i jestem tu bezpieczny.
 
Przebywasz w izolacji?
 
Tak można powiedzieć. Jest jednak ze mną moja gitara, mój Harley Davidson oraz chodzę do warsztatu, który znajduje się około milę od mojego domu.
 
To wielka przyjemność móc z tobą rozmawiać, ale mam ostatnie pytanie. W swoim drugim życiu chciałbyś być gitarą Jimmiego Hendrixa czy częścią motocykla?
 
A może by tak jedno i drugie? Co ty na to? Założę sobie moją sześciostrunową gitarę na plecy, wsiądę na motocykl i będę podróżował.

 

Tomasz Lorek, KN, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze