„Zigi” chce wykorzystać swój potencjał

Inne
„Zigi” chce wykorzystać swój potencjał
fot. PAP
Paweł Zygmunt podczas meczu reprezentacji Polski.

Nie było mu łatwo będąc synem międzynarodowej sędzi hokejowej i czterokrotnego olimpijczyka w łyżwiarstwie szybkim. Paweł Zygmunt w zeszłym sezonie zadebiutował w barwach HC Verva Litvinov w czeskiej ekstralidze hokejowej. 20-letni „Zigi” za kilka miesięcy wraz z reprezentacją Polski będzie miał szansę po 28 latach przerwy awansować na igrzyska olimpijskie.

Grzegorz Michalewski: Obecny sezon hokejowy, ze względu na pandemię koronawirusa, zakończył się dużo wcześniej. Twój klub HC Verva Litvinov zapewnił sobie utrzymanie w czeskiej ekstralidze praktycznie rzutem na taśmę.

 

Paweł Zygmunt: Niestety, w tych decydujących meczach mogłem jedynie kibicować kolegom. Nie grałem, gdyż złamałem palec podczas kwalifikacji olimpijskich w Kazachstanie. Dla mnie było to bardzo stresujące, ponieważ nie miałem żadnych możliwości, aby pomóc drużynie w walce o utrzymanie. Na szczęście udało nam się ten cel zrealizować w ostatnim meczu z Kladnem, w składzie którego grał słynny Jaromir Jagr. Cieszę się bardzo, że będzie znowu okazja, aby zagrać w kolejnym sezonie w najwyższej klasie rozgrywkowej.

 

Nie unikniesz porównań do Arona Chmielewskiego, bo - świadomie lub nie - obrałeś taką samą drogę kariery jak on. Podobnie jak i on trafiłeś do ligi czeskiej z Cracovii. Czujesz to porównanie?

 

Zawsze będzie się do kogoś porównywanym. Aron jest naprawdę bardzo dobrym zawodnikiem, do tego świetnie wyszkolonym technicznie. Cieszę się, że teraz podpisał nowy, trzyletni kontrakt w Trzyńcu i będę mógł znowu grać przeciwko niemu. Będziemy mogli się spotykać i żartować. Ja się cieszę z tego, że dostałem szansę i pokazałem, że potrafię grać w hokeja. Walczę o miejsce w drużynie i chcę być w podstawowym składzie, grać cały czas.

 

Chmielewski potrzebował trzech, a nawet czterech lat gry w Trzyńcu, aby przebić się na stałe do podstawowego składu „Stalowników”. Wcześniej częściej grał w farmerskim zespole HC Frydek-Mistek. Ty w swoim pierwszym sezonie w Czechach zagrałeś w 20 meczach Tipsport Extraligi w barwach Litvinova, strzelając jednego gola i dokładając trzy asysty. Ponadto występowałeś również w zespole filialnym. Jak oceniasz ten pierwszy sezon spędzony w Czechach?

 

Myślę, że mogę go porównać do mojego pierwszego sezonu spędzonego w Cracovii. To był taki okres na aklimatyzację i przyzwyczajenie się do nowych realiów. Tak naprawdę to drugi sezon będzie kluczowy. Zobaczymy, jak to się rozwinie. Mam nadzieję, że dostanę więcej szans, żeby pokazać, że potrafię grać w hokeja. Powiem tak - ciężko cokolwiek zrobić, gdy nie ma się aż takiego zaufania do zawodnika. Szczególnie to dotyczy młodych graczy. Podam przykład - Jan Mysak, młody czeski talent, który prawdopodobnie będzie draftowany do ligi NHL już w pierwszej rundzie. To jest mój bardzo dobry kolega. Mam nadzieję, że będzie jak najwyżej w tym drafcie. I było widać, że dostawał szanse. Grał przewagi, w zasadzie grał wszystko. Mam nadzieję, że też dostanę dostanę swoją szansę i postaram się ją w pełni wykorzystać.

 

Trafiłeś do klubu, który w składzie ma bardzo wielu doświadczonych zawodników - jak choćby Viktor Hubl. Do tego trener Jiri Slegr, który w trakcie sezonu został dyrektorem sportowym, jest legendą czeskiego hokeja. Jak Ty tam się zaaklimatyzowałeś jako Polak?

 

W SMS-ie, gdy jeździliśmy grać w turnieje do Czech, to słyszałem ten język. W Cracovii jest trener Rohaczek, który mówi z czeskim akcentem, więc nie było problemu z nawiązaniem kontaktu z chłopakami. Pierwsze dni były ciężkie, szybko jednak złapałem ten kontakt i drużyna dobrze mnie przyjęła. Podobnie jak i trener Slegr, który był wówczas naszym szkoleniowcem. Naprawdę bardzo dobrze czułem się w tej drużynie.

 

Jiri Slegr od początku bardzo pochlebnie wyrażał się o Tobie w czeskich mediach. Mówił, że to kiedy zagrasz w pierwszym składzie, jest tylko kwestią czasu. To budujące.

 

Na pewno. Dobre słowa zawsze podbudowują. Ale sam chcę na lodzie udowadniać, że potrafię bardzo dobrze grać i mogę występować w pierwszym składzie drużyny grającej w najwyższej klasie rozgrywkowej w Czechach. To był dla mnie priorytet, żeby zagrać jak najwięcej meczów.

 

Była na początku bariera językowa? Jak sobie radziłeś z tym w szatni?

 

Nie było. Szybko się nauczyłem. Wiadomo że na początku było trochę problemów. Mówiłem połowicznie - trochę po polsku, a trochę po czesku. Teraz już raczej nie ma problemu. Od piętnastego roku życia wyjechałem z domu, grałem w Niemczech. Tam naprawdę ciężko było się dogadać. Niemiecki bardzo się różni od języka polskiego. Czeski jest podobny do naszego, wiele słów się powtarzało.

 

Nie będę pytał, czy liga czeska jest lepsza od naszej, bo jest. Wymień proszę te najważniejsze różnice.

 

Liga jest bardziej wyrównana. Tam każdy zawodnik chce pokazać, że zasługuje na miejsce w składzie, bo jest tam większa rywalizacja. Zagrasz jeden, dwa czy trzy mecze słabiej i jeśli się nie poprawisz, to niestety - jest „wylotka” i wchodzi następny na twoje miejsce. A w kolejce jest dziesięciu chętnych, którzy za wszelką cenę chcą się załapać do drużyny. To jest chyba ta największa różnica między ligą polską a czeską.

 

Jeżeli chodzi o pierwsze powołanie do kadry przez selekcjonera Tomka Valtonena - to było dla Ciebie duże zaskoczenie?

 

Pierwszy raz na zgrupowanie kadry przyjechałem do Torunia na BPS (Bezpośrednie Przygotowanie Startowe) rok temu, gdy po przegranym finale z Tychami zdobyliśmy z Cracovią wicemistrzostwo Polski. Ucieszyłem się, ale na mistrzostwa świata się nie załapałem. W ostatniej fazie przygotowań, jak już pojechaliśmy do Wilna przed samymi mistrzostwami, nie udało się jednak załapać do składu. Trener powiedział mi, że ma już zbudowaną drużynę. Powiedział, że spokojnie za rok będę miał swoją szansę.

 

Ta szansa pojawiła się chyba w zdecydowanie ważniejszym turnieju. Prekwalifikacje do Igrzysk Olimpijskich w Kazachstanie. W Nur-Sułtanie nikt na was nie stawiał. Mieliście za rywali Holendrów, Ukraińców i przede wszystkim Kazachów, których skład oparty był na zawodnikach grających w lidze KHL. Wygraliście wszystkie trzy mecze, w tym ten decydujący z Kazachstanem 3:2 i awansowaliście do decydującej rozgrywki. Sprawiliście ogromną sensację, ale ten turniej ułożył się dla Ciebie niefortunnie.

 

Byłem szczęśliwy, że mogę jechać na to zgrupowanie, ponieważ miałem za sobą bardzo dobre mecze w Litvinovie. Zacząłem grać regularnie. Niestety, w pierwszym meczu z Holandią zagrałem jakieś piętnaście minut. Dostałem niefortunnie krążkiem w rękę. Strzał był z linii niebieskiej, a ja stałem przed bramką przeciwnika i trochę mi „przecięło” palca. Od razu w szatni doktor zabrał się za szycie. Musieliśmy od razu jednak jechać do szpitala, aby zobaczyć co tam się stało. Na rentgenie okazało się, że miałem złamany „paliczek” w pięciu miejscach.

 

Potrzebna była później operacja w Polsce.

 

Zaraz po powrocie pojechałem do Jaworzna, bo lekarz kadry Paweł Herman od razu powiedział, że będziemy to operować i dodatkowo do palca wsadzą mi drut. Byłem wykluczony z gry i treningów przez cztery tygodnie. Wiedziałem już, że sezonu nie uda się dograć do końca, ale mogłem jeszcze powalczyć o skład i pojechać na mistrzostwa świata. Po tygodniu zacząłem wychodzić na lód, a po trzech, kiedy mieli mi wyjmować drut z palca, to już próbowałem wkłada c rękę do rękawicy. Miałem specjalną ochronę, aby nic mi się nie stało.

 

W nadchodzącym sezonie w klubie poprowadzi was nowy trener. To Słowak Vladimir Orszagh. Były trener min. Banskiej Bystricy i Slovana Bratysława. Miałeś z nim już kontakt? Były jakieś wytyczne?

 

Jeszcze z nim nie rozmawiałem. Zostały nam wysłane plany treningowe. Te indywidualne treningi rozpoczęliśmy od 20 kwietnia. Na razie mamy pandemię, więc nie było możliwości, aby spotkać się osobiście w Litvinovie i razem trenować. Mamy zaplanowany pierwszy trening z nowym trenerem, a bardziej takie spotkanie organizacyjne, na którym poznamy harmonogram naszych zajęć na najbliższe dni. 

 

Ta rozpiska różniła się tej, którą miałeś podczas swoich indywidualnych treningów w rodzinnej Krynicy?

 

Na razie mieliśmy wprowadzenie do tego przygotowania letniego. Te ćwiczenia nie są jakoś ciężkie. Ćwiczymy środkowe partie ciała i ręce. Każde z nich są dobre, tylko zależy kto i jak je chce wykonywać. Zresztą ja sam z siebie dużo trenuję. Jeżdżę na rowerze, ćwiczę strzały, mam nawet bramkę przed domem. Więc tak naprawdę praktycznie cały czas trenuję i nie mam czasu na odpoczynek. Nie oszukujmy się, kariera sportowca nie jest zbyt długa, zwłaszcza porównując do normalnej pracy. Dlatego trzeba dać sto procent z siebie, żeby być jak najlepszym i wykorzystać swój potencjał.

 

Podobno masz swojego indywidualnego trenera...

 

Mój tato jest moim trenerem. Rozpisuje mi zajęcia i mówi, co powinienem robić. Ciężko jest znaleźć takiego fachowca. jak on. Mało kto był cztery razy na igrzyskach olimpijskich. Słucham jego wskazówek, bo to przecież podobne sporty. Tu i tu jeździ się na łyżwach, więc technika jest podobna. Mam kontakt ze sztabem trenerskim naszego klubu, z którym na bieżąco konsultuję wszelkie treningi i ćwiczenia.

 

Pod koniec sierpnia zaplanowany jest w Bratysławie turniej kwalifikacyjny do Igrzysk Olimpijskich. Zagracie w nim z Austrią, Białorusią i Słowacją. Awansuje tylko zwycięzca. Realnie oceniając, mamy szanse na awans?

 

Ja mam takie nastawienie, że jak jestem na lodzie, to chcę dać z siebie sto procent. Dla mnie liczy się tylko wygrana. Każdy mecz da się wygrać, tylko po prostu musi być ten „team spirit”. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. To było właśnie widać w Kazachstanie, jak tam walczyliśmy i z jaką determinacją graliśmy. To była drużyna. Przed nami w sierpniu na pewno bardzo dobry turniej. W składach każdej drużyny będą zawodnicy grający w lidze NHL. Wszyscy chcą awansować na igrzyska i myślę, że każdy z nas da z siebie „maxa” w Bratysławie!

 

Grzegorz Michalewski, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze