Iwanow: Piszczu, szacun!

Piłka nożna
Iwanow: Piszczu, szacun!
fot. Cyfrasport
Iwanow: Piszczu, szacun!

Każdy z kibiców ma swojego ulubionego piłkarza. Faworyta, którego ceni nie tylko ze względu na umiejętności czy zdobyte trofea. Wzór, w który jest wpatrzony jak w obrazek. Zachwyca się nim i go podziwia. Dziennikarze i komentatorzy piłkarscy mają… tak samo.

W pierwszych dniach pandemii na Twitterze pojawiło się mnóstwo sond i rankingów. W tym i takie, w których należało wymienić graczy, którzy mieli na nas - jakby powiedział Roman Kołtoń, „Pasjonatów Futbolu” - największy wpływ, gdy byliśmy dziećmi. Z tego co pamiętam w swojej „czwórce” umieściłem Lothara Matthausa, Włodzimierza Smolarka, Prebena Eljkjaera Larsena i  Christo Stoiczkowa.

 

Wszyscy zajmujący się futbolem, pracując w mediach, też mają swoich ulubieńców. Często łączą ich także inne więzi. Prywatna znajomość, czasem nawet i przyjaźń, a także tak zwana „ścieżka dostępu”. Żyjemy z kontaktów i możliwości do przeprowadzenia ekstra wywiadu czy podania newsa. Im bliższa zażyłość, tym łatwiej o rozmowy z kimś takim jak Robert Lewandowski, Wojciech Szczęsny, Kamil Glik czy Grzegorz Krychowiak. Sam czerpałem kiedyś z dobrych relacji z Arturem Borucem czy Maciejem Żurawskim, gdy na ich występy w Celtiku Glasgow czekała cała Polska, a ja jeszcze na łamach „Przeglądu Sportowego” mogłem ich o to zapytać, a potem to wszystko spisać. Ale byli i tacy świetni zawodnicy, z którymi relacja nie była tak zażyła, nie gościłem w ich domach, nie znałem żon czy partnerek i nie wymieniałem po każdym meczu żadnego telefonu czy smsa. A na naszej linii nie pojawiła się nigdy żadna rysa.

Zobacz także: Akademia Łukasza Piszczka wyprzedziła Bundesligę

 

Do takich piłkarzy zaliczam przede wszystkim Łukasza Piszczka. Chłopaka z Goczałkowic, który w ostatnich piętnastu sezonach zrobił olbrzymią karierę, a został normalnym facetem, z którym dziennikarska współpraca, choć nieoparta na żadnych bliskich kontaktach, była wzorowa. „Piszczu” nigdy nie miał „parcia na szkło”, nie pchał się do mediów, wręcz ich unikał, ale gdy nie chciał w nich zafunkcjonować zawsze potrafił grzecznie odmówić, a nie prośby o występ, nagranie czy wypowiedź ignorować.

 

Kiedy patrzę na jego karierę, od napastnika przez skrzydłowego, bocznego obrońcę po grającego w trzy osobowym bloku pół-prawego stopera, widzę spełnionego gracza w każdej z tych ról. Pamiętam jego nagły przyjazd z wakacji na Rodos na EURO 2008, gdy musiał zastępować kontuzjowanego Jakuba Błaszczykowskiego. I zrobił to zaraz po przyjeździe, wchodząc z ławki już w pierwszym spotkaniu tego turnieju. Potem przechadzającego się po Warszawie Jose Mourinho, który w czasie mistrzostw Europy cztery lata później oglądał go z trybun, przymierzając go do Realu Madryt, w którym w tym okresie pracował. O roli w dwóch awansach drużyny Adama Nawałki do dwóch kolejnych wielkich imprez nie muszę przypominać. Czy kiedyś stracił pozycję w takim gigancie jak Borussia Dortmund? Nigdy. A dziś jest nawet kapitanem zespołu, który właśnie przedłużył umowę o kolejny sezon. „Szacun”, jak powiedziałaby dzisiejsza młodzież. Bo właśnie szacunek to pierwsze słowo, które nasuwa mi się, podsumowując wszystko to, co dotyczy życia i twórczości Łukasza Piszczka.

 

Oglądając jego sobotni występ przeciwko Schalke 04 Gelsenkirchen przeszło mi przez głowę, iż szkoda, że pożegnał się już z kadrą. Że podstawowy zawodnik BVB poza reprezentacja narodową to dla niej duża strata, mimo że dobrych prawych obrońców mamy pod dostatkiem, a Łukasza na nowej pozycji w klubie trudno byłoby zaadaptować do systemu gry Polski. Bo ta nie gra w ustawieniu z trójką stoperów, mimo że kiedyś tej transformacji próbował dokonać Nawałka.

 

Ale tu znowu pojawia się kwestia klasy i logicznego myślenia Piszczka. Pamiętamy, jakie były powody tej decyzji. Rozczarowanie mundialem w Rosji to raz. Ale bardziej świadomość, że organizmu nie da się oszukać. Że wyjazdy na kadrę plus wielka impreza w domyśle mogą nie pozwolić dać wszystkiego co najlepsze swojemu pracodawcy, a tym samym odbić się także na jakości dawanej kadrze. Obie strony, a przede wszystkim sam Piszczek, więcej by na tym straciły, niż zyskały. Pchać się na siłę, podpisać kilka lukratywnych kontraktów reklamowych dzięki grze w kadrze? Pewnie, sportowo jak najbardziej miejsce w niej by się znalazło. Ale przy jego podejściu do życia i profesjonalizmie? Nie, to nie byłoby do końca uczciwe. A na pewno nie w stylu Łukasza.

 

Bożydar Iwanow, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze