Po meczu Lech-Legia: O trofeach decyduje obrona

Piłka nożna
Po meczu Lech-Legia: O trofeach decyduje obrona
fot. Cyfrasport
W sobotnim szlagierze PKO Ekstraklasy ekipa Legii Warszawa wygrała w Poznaniu z Lechem 1:0.

Polski klasyk – czyli rywalizacja Lecha Poznań z Legią Warszawa – to bez wątpienia najważniejsze wydarzenie wznowienia rozgrywek PKO BP Ekstraklasy. Opinii, ocen, dyskusji na jego temat przez następne dni będzie z pewnością sporo. Oto jak rywalizację przy Bułgarskiej ocenia były analityk stołecznego klubu, dziś asystent Marka Zuba w łotewskim FK Tukums, a także występujący jesienią na antenie Polsatu Sport w roli eksperta Przemysław Łagożny.

Bożydar Iwanow: Jesteś zadowolony z postawy obu zespołów w tym meczu?

 

Przemysław Łagożny: W mojej opinii oba zespoły stanęły na wysokości zadania i dostarczyły polskim kibicom widowiska na dobrym poziomie. W poczynaniach obydwu ekip widać było pomysł grę - śledzę pracę obu tych trenerów od początku bieżącego sezonu i ten mecz również to potwierdził. W organizacji ofensywnej Lecha mogliśmy zaobserwować sposób rozgrywania ataku pozycyjnego, z wykorzystaniem środkowego pomocnika (najczęściej „szóstki” Muhara bądź ustawionego wyżej Tiby) schodzącego w fazie budowy ataku pomiędzy dwójkę środkowych obrońców. Przesunięcie bocznych obrońców wyżej i tworzenie linii podania przez skrzydłowych czy ofensywnych pomocników pomiędzy liniami rywala. Drużynę z Poznania charakteryzuje wykorzystanie i tworzenie swoich szans bramkowych po przez akcje prowadzone przez boczne sektory boiska i nie inaczej było w tym spotkaniu. Jedna z pierwszy sytuacji stworzona przez zespół gospodarzy była właśnie przez atak (po wznowieniu gry z autu) wykonany z lewej strony boiska zakończony dośrodkowaniem Tiby w pole karne (niecelne uderzenie Puchacza). Dużą aktywność w środku pola oraz chęć wzięcia odpowiedzialności za grę brał na siebie wspomniany Tiba, który – to widać było i wczoraj - jest liderem tego zespołu. To on wypracował moim zdaniem najlepszą sytuacje Lecha w tym spotkaniu, ale do tego jeszcze wrócimy. W drugiej części spotkania to Lech przejął inicjatywę i był stroną, która częściej prowadziła ataki, aczkolwiek trzeba wziąć pod uwagę wynik meczu, który niewątpliwie miał na to duży wpływ.

 

Zobacz także: Umowa przedłużona. Wychowanek Realu Madryt zostaje w Wiśle Płock

 

Sugerujesz, że Legia prowadząc 1-0 „nie musiała” i świadomie oddała inicjatywę rywalowi?

 

Niekoniecznie. Ale wypada docenić organizację gry w defensywie całego warszawskiego zespołu - tej fazie na bazie ustawienia 1-4-4-2. Bardzo dobrze układała się współpraca pomiędzy zawodnikami w obrębie formacji (wzajemna asekuracja), przesunięcie w tempo i co najważniejsze: gra defensywna zespołu rozpoczynała się już od najwyżej ustawionego zawodnika drużyny, którym był strzelec jedynej bramki w meczu Tomas Pekhart. W grze Legii widać było piłkarską dojrzałość i mądrość. Tak naprawdę to Legia w tym spotkaniu „mogła”, a nie „musiała”. Przewaga wypracowana na przestrzeni całego sezonu, jak również biorąc pod uwagę terminarz (kilka wyjazdów w najbliższym czasie), kluczowe może okazać się racjonalne rozłożenie sił i dobór planu meczowego na dane spotkanie, tym bardziej że do końca kalendarz będzie napięty. Mimo to, iż chwalę zespół za grę w defensywie, to okazał się on skuteczniejszy pod bramką rywala i oprócz gola stworzył jeszcze kilka groźnych sytuacji (między innymi uderzenie w poprzeczkę Martinsa) czy sytuacje po rzutach rożnych (Wieteska i Jędrzejczyk).

 

W Poznaniu mogą jednak uważać, że remis byłby bardziej sprawiedliwy.

 

W mojej opinii mecz był wyrównany i żadna z drużyn nie zdołała zdominować rywala. Natomiast drużyny, które walczą o trofea, nie zależnie w jakich rozgrywkach biorą udział, muszą zdobywać punkty nawet wtedy gdzie nie wszystko układa się po ich myśli. Gdy nie jest się zdecydowanie lepszym od rywala i to właśnie pokazała Legia. Często mówimy, iż w wielkich meczach decydują detale, indywidualna jakość zawodnika czy sytuacja. Moim zdaniem idealnie wpisuje się to w obraz tego spotkania. Jeżeli spojrzymy na obsadę obydwu zespołów na pozycji bramkarza. Radosław Majecki kapitalnie interweniował w 37 minucie spotkania po akcji Tiby z Żamaletdinowem, ratując tym samym zespół przed utratą bramki. Natomiast tego samego nie można powiedzieć o bramkarzu drużyny z Poznania, który popełnił błąd przy bramce, wychodząc z niej i piąstkując piłkę wprost w plecy własnego obrońcy, który okazał się kluczowy w całej rywalizacji. Piłkarski slogan mówi iż ”atakiem wygrywa się pojedyncze mecze, ale to w dużej mierze obrona decyduje o trofeach” i po tym meczu widać, że w Warszawie został postawiony solidny fundament pod kątem budowania zespołu, co zaowocowało wywiezieniem cennych 3 punktów z Poznania.

Bożydar Iwanow, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze