Piłka nożna wraca do domu. Czas na restart Premier League

Piłka nożna
Piłka nożna wraca do domu. Czas na restart Premier League
fot. PAP
Manchester City Pepa Guardioli zagra w środę z Arsenalem

Dla Brytyjczyków, którzy futbol umiłowali ponad wszystko, 92 mecze rozegrane w sześć letnich tygodni bez publiczności mogą stać się doświadczeniem nie do zniesienia. Ale będą też symbolem zwycięstwa nad pandemią, która pozostawiła w nich traumatyczne wspomnienia. Premier League, w dziesięć miesięcy od jej startu, wraca od razu hitem Manchester City – Arsenal.

Nie licząc zakończonej decyzją prezydenta Emmanuel Macrona Ligue1, piłka na Wyspach wraca najpóźniej ze wszystkich liczących się w Europie. Sprawa jest jednak oczywista, jeśli weźmiemy pod uwagę skalę pandemii w Anglii. Długo kazały czekać na siebie także rozgrywki we Włoszech czy Hiszpanii, ale właśnie te trzy kraje zmagały się z koronawirusem najdłużej, a walka ta pochłonęła najwięcej ofiar. Znamienne jest jednak to, jak wielkie było oczekiwanie społeczne na powrót rozgrywek. Z jednej strony zamknięte ulice, instytucje, korporacje, rzesze ludzi oczekujących na pomoc służby zdrowia, z drugiej nadzieja na to, że najszybciej ze wszystkiego wróci piłka nożna, która stanie się odskocznią i nadzieją wobec pandemicznych, niezwykle podobnych do siebie dni.

 

Piłka nożna wraca do domu – to hasło, z którym Anglicy szli na sztandarach starając się o organizację mistrzostw Europy w 1996 r. (byli gospodarzami turnieju po 30 latach, kiedy wygrali u siebie mundial). Dziś słowa te nabierają całkiem nowego znaczenia. Jest też w tym pewna symbolika, że Premier League wraca hitem Manchester City – Arsenal. Wcale nie dlatego, że obecny trener Arsenalu Mikel Arteta był do niedawna asystentem Pepa Guardioli w City. Symbolika dotyczy bowiem pandemii koronawirusa, na którego zapadł na początku marca szkoleniowiec Kanonierów, wychodząc z choroby po kilku tygodniach. Takiego szczęścia nie miała Hiszpanii matka Gaurdioli, która zmarła na skutek COVID-19.

 

Uproszczeniem i naiwnością byłoby powiedzieć, że futbol na Wyspy wraca w konsekwencji społecznego oczekiwania. Wraca, bo straty finansowe, gdyby sezonu nie dokończono, mogłyby zrujnować wiele klubów, a kilka czołowych pozostawić bez szans w walce na arenie europejskiej.

 

Przeżyjemy dziś wieczorem historyczne wydarzenie. Choćby z tego powodu, że kluby Premier League, postrzegana jako największy strażnik ustanowionych przed dekadami reguł, decyduje się pójść śladem Bundesligi i wprowadzić możliwość pięciu zmian w trakcie meczu. Z tradycjonalistów Anglicy stają się więc postępowcami, o czym piłkarskie pokolenia wstecz nawet nie śmiały myśleć.

 

O wartości sportowej klubów na Wyspach wiemy naprawdę niewiele. Przez długi czas cały kraj pozostawiony był w lockdownie, mało który klub mógł pozwolić sobie na treningi w odosobnieniu, piłkarze zdani byli na siebie. Wiadomo tylko tyle, że niemal pewnym mistrzem odzyskującym koronę po 30 latach wyczekiwania będzie Liverpool.

 

Premier League przejdzie do historii nie tylko z powodu nadzwyczajnego rozwleczenia w czasie. Także sportowo, ponieważ Liverpool, który ma obecnie 82 punkty, ma szansę zakończyć sezon z przekroczoną setką punktów, co udało się już Manchesterowi City w sezonie 2017/201. The Reds mogą również sięgnąć po tytuł zachowując rekordową przewagę nad drugim zespołem, obecnie wynosi ona aż 25 punktów. Inne rekordy też są w zasięgu, np. liczba wygranych w sezonie, zwycięstwa na wyjeździe, etc.

 

A więc, niech zaczynają!

Przemysław Iwańczyk, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze