Wybitny polski koszykarz i trener obchodzi jubileusz

Koszykówka
Wybitny polski koszykarz i trener obchodzi jubileusz
fot. Cyfrasport
W czwartek 65 lat kończy Eugeniusz Kijewski, wybitny koszykarz i trener, wielokrotny mistrz kraju w obydwu rolach, także zasłużony zawodnik i szkoleniowiec reprezentacji.

W czwartek 65 lat kończy Eugeniusz Kijewski, wybitny koszykarz i trener, wielokrotny mistrz kraju w obydwu rolach, także zasłużony zawodnik i szkoleniowiec reprezentacji. "Nie zamieniłbym koszykówki na żadną inną dyscyplinę" – powiedział jubilat.

Niewielu jest takich ludzi w polskiej koszykówce. Spośród reprezentantów kraju, którzy po pełnej sukcesów karierze zawodniczej z powodzeniem realizowali się potem w roli trenera, Kijewski ustępuje tylko Mieczysławowi Łopatce.

 

Z zespołem Lecha Poznań czterokrotnie zdobył mistrzostwo Polski (1983-84 oraz 1989-90), a potem powtórzył to osiągniecie jako szkoleniowiec Prokomu Trefla Sopot (2004-07). Łopatka dwa razy sięgnął po tytuł jako zawodnik Śląska Wrocław (1965, 1970), a w roli trenera tego zespołu triumfował ośmiokrotnie w rozgrywkach ligowych (1977, 1979-81, 1991-94).

 

Mierzący 186 cm popularny "Kijek" grał na pozycji rozgrywającego i wyróżniał się jako niedościgniony łowca punktów. Pięciokrotnie był królem ligowych strzelców, a 10 razy został wybrany do pierwszej piątki rozgrywek. 22-letnią karierę zawodniczą kończył z dorobkiem 9604 pkt uzyskanych w 368 meczach. Dopiero po 19 latach rekord ten poprawił jego podopieczny z klubów i reprezentacji - Adam Wójcik.

 

Kijewski urodził się 25 czerwca 1955 roku w Poznaniu. Do koszykówki trafił późno i... przez przypadek.

 

"Miałem 14 lat, gdy kolega zapytał mnie, czy nie pojechałbym z nim na trening koszykówki. Nie miał z kim jeździć, a do hali Warty było daleko - 40 minut tramwajem, na drugi koniec Poznania. Zgodziłem się. Byłem niskiego wzrostu i do dziś pamiętam pierwsze słowa trenera Wojciecha Patana do kolegi: większego już mi nie mogłeś przywieźć?" – wspomina ówczesny adept basketu.

 

Wzrost nie okazał się przeszkodą. Po pewnym czasie, w 1974 roku, drużyna juniorów Warty zdobyła mistrzostwo Polski, a trener Patan z dumą pokazywał kolegom swojego wychowanka. Grzegorz Korcz, dwukrotny olimpijczyk, brązowy medalista mistrzostw Europy (1967), który pod koniec kariery grał we Francji, tak wspomina taką sytuację.

 

"Przyjeżdżałem dosyć często do Poznania, gdzie miałem wielu kolegów ze studiów i znajomych. Wojtek, który był kierownikiem AZS Poznań, gdzie zaczynałem karierę, a potem został trenerem i przejął Wartę, mówi pewnego dnia: +Przyjdź na trening, pokażę ci wyjątkowego chłopaka+. I co się dzieje? Widzę młodzieńca czarującego dryblingiem: między nogami, z tyłu, z przodu, w lewo, w prawo, wszystko – drybluje przez całe boisko, non stop. To był Kijewski. Później też tak grał. W Lechu brał piłkę, dryblował i rzucał" – opowiada 196-krotny reprezentant kraju.

 

Po latach "Kijek" poprawił jego osiągnięcie. W reprezentacji Polski rozegrał 220 spotkań, zdobywając 3092 pkt. Daje mu to czwarte lokaty w historycznych klasyfikacjach. Trzykrotnie uczestniczył w mistrzostwach Europy, raz w igrzyskach olimpijskich - w Moskwie (1980), gdzie drużyna wywalczyła siódme miejsce.

 

Taka sama lokata, tyle że w mistrzostwach Europy w Barcelonie (1997), była aż do minionego sezonu największym międzynarodowym sukcesem polskiej reprezentacji w ostatnich latach. Tamtą drużynę narodową – z Wójcikiem, Maciejem Zielińskim, Dominikiem Tomczykiem, Piotrem Szybilskim – prowadził już Kijewski-trener. Do finałowego turnieju Eurobasketu dostał się z nią startując z najniższego poziomu na Starym Kontynencie.

 

Jaki moment w swojej bogatej karierze - a były w niej m.in. występy w ekstraklasie w Warcie, Spójni Gdańsk i Lechu, trenowanie m.in. Lecha, Anwilu Włocławek, wprowadzenie na krajowy szczyt Prokomu Trefla Sopot, z którym awansował też do finału Pucharu FIBA - wyróżnia najbardziej?

 

"Awans do +16+ Euroligi na koniec ośmioletniego okresu pracy w Sopocie i zdobycie w tym samym sezonie 2006/07 kolejnego tytułu mistrza Polski. To na pewno spore osiągnięcie. Można by je jeszcze wymieniać: cztery tytuły mistrza Polski jako zawodnik, również cztery jako trener. Powiem tak - na inną dyscyplinę koszykówki bym nie zamienił i niczego nie żałuję" - zapewnił.

 

Nie żałuje też tego, że nie wyjechał, czy też nie został na Zachodzie, chociaż było kilka szans.

 

Pierwsza pojawiła się już u progu kariery. Reprezentacja Polski juniorów, m.in. z Mieczysławem Młynarskim, Ireneuszem Mulakiem, Zbigniewem Boguckim, Wojciechem Fiedorczukiem w składzie, w 1974 roku zajęła szóste miejsce w mistrzostwach Europy. Kijewski został królem strzelców turnieju i trafił do pierwszej piątki imprezy. W nagrodę znalazł się w "Drużynie Europy", która prosto z Francji pojechała na tournée po USA.

 

"Byłem jedynym Polakiem w tej ekipie. Na miejscu gospodarze namawiali mnie, żebym został w Stanach, grał na uczelni. Dwa lata później reprezentacja pojechała do Szwecji na eliminacje ME. Dowiedziałem się tam, że jest mną zainteresowany zespół z Holandii. Miałem jechać do Amsterdamu. Załatwiał to Polak żydowskiego pochodzenia. Pytałem go: +czy mnie znacie?+. Powiedział, że doskonale, bo obserwują mnie od pewnego czasu. Miałem być o 6 rano na dole w hotelu z paszportem. Musiałbym uciec z Polski, nie zdecydowałem się. Potem miałem jeszcze propozycje, m.in. z Włoch" – przypomniał.

 

Jeszcze raz powtórzył, że z perspektywy czasu niczego nie żałuję.

 

"Do dzisiaj jestem w koszykówce, robię to, co najbardziej lubię. Chcę podkreślić, że nie byłoby moich sukcesów bez rodziny – żony, córek, bo w takich sytuacjach niezbędne jest wsparcie rodziny. To jest najważniejsze" - podkreślił.

 

Można powiedzieć, że czego się Kijewski nie dotknął w koszykówce, przynosiło to sukces, bo odnosił takowe jako zawodnik ligowy i reprezentacji, trener klubowy i kadry, a ostatnio również działacz, bo gdy został wiceprezesem PZKosz do spraw szkoleniowych, biało-czerwoni pod wodzą Mike'a Taylora drugi raz w historii awansowali - po 52 latach - do mistrzostw świata i nieoczekiwanie wywalczyli w Chinach ósme miejsce.

 

"W końcu dali mi funkcję w zarządzie i od razu przyszły wyniki. Tyle lat czekałem na poprawę siódmej lokaty z Barcelony... " - żartował Kijewski.

 

Ambicja i waleczność cechowały go zawsze. Ta ostatnia cecha okazała się niezwykle istotna, gdy sześć lat temu przyszło mu walczyć ze skutkami udaru, jakiego doznał na ulicy, gdy wracał do samochodu po zebraniu w Studium Wychowania Fizycznego Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.

 

"Tak, może pan o tym napisać. To może być pomocne dla ludzi, którzy mają podobne problemy. Trzeba walczyć. Wówczas, bezpośrednio po tym zdarzeniu, faktycznie nic nie mówiłem, nie pisałem, nie umiałem czytać. Z czasem doszedłem do w miarę dobrej sprawności. Już gram w tenisa od trzech lat. Na razie cieszę się tym, że taką kondycję odzyskałem" – zakończył jubilat.

kl, PAP

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze