Łukasz Spławski. Urodzony by grać w Warcie

Piłka nożna
Łukasz Spławski. Urodzony by grać w Warcie
fot. Cyfrasport
Dla Łukasza Spławskiego (po lewej) to siódmy sezon w barwach Warty Poznań.

Jest coś w życiorysie Łukasza Spławskiego, co sprawia, że jest przeznaczony Warcie. Z tego powodu nie może dziwić, że gra w zespole z Poznania już siódmy sezon.

Łukasz Spławski po raz pierwszy ubrał koszulkę Warty w sezonie 2013/14. Do ówczesnego spadkowicza z 1 ligi przeniósł się z Nielby Wągrowiec, w której zdobył 12 bramek na poziomie 3 ligi. - Do Warty miałem przyjść pół roku wcześniej, jeszcze kiedy grała w 1 lidze. W listopadzie byłem na rozmowach, w grudniu jednak w klubie wszystko się posypało. Później główny sponsor Nielby - mecenas Maciej Dittmajer - został prezesem i głównym sponsorem Warty, a że moja karta zawodnicza należała do niego, to w tamtym momencie, chcąc nie chcąc, nie miałem innego wyjścia jak grać w "Zielonych". Nie ukrywam, że miałem propozycje z wyższych lig. Obowiązywał mnie jednak ważny kontrakt z Nielbą. Do konkretów więc nie doszło, bo prezes Dittmajer nie chciał, bym odchodził - opowiadał Spławski.

 

Fortuna 1 Liga: Podbeskidzie o krok od awansu
 
29-latek stał się "Warciarzem" pełną gębą. - Z Wartą czuję się bardzo mocno związany. To mój klub. Awans do ekstraklasy po tylu latach tu spędzonych, byłby czymś wspaniałym tym bardziej, że dołożyłbym do tego małą cegiełkę. Moja gra w Warcie to taka sinusoida - raz było dobrze, innym razem gorzej. Były awanse do drugiej ligi, do pierwszej, utrzymanie w pierwszej lidze. Mimo tych wszystkich zawirowań, sporo osiągnęliśmy - uważał napastnik.
 
Z poznańskim klubem łączy go nie tylko przywiązanie do barw. Warta powstała 15. czerwca 1912 roku. Spławski urodził się dokładnie 79 lat później. - Znajomi śmieją się, że nie mogło być innej opcji niż moja gra w Warcie, bo urodziny mamy tego samego dnia. Chyba byliśmy sobie przeznaczeni. Miałem momenty, że mogłem odejść, ale zawsze coś stawało ku temu na przeszkodzie. Potem już wolałem porozumieć się z Wartą niż gdzieś odchodzić - podkreślił.
 
W ostatni weekend zdobył jedną z bramek w wygranym 2:0 meczu z Zagłębiem Sosnowiec. Pierwszy raz w obecnych rozgrywkach wyszedł w podstawowym składzie. Oprócz gola mógł mieć na koncie także asystę, jednak jego podania nie wykorzystał Robert Janicki. - Po tak długim czasie nieobecności w pierwszym składzie, piłkarz nigdy nie wie czego się spodziewać. Co prawda regularnie trenowałem, ale to nie to samo, tym bardziej się cieszę, że miałem swój udział w wygranej Warty - stwierdza. - W pierwszej rundzie przeszedłem operację barku. W rundzie rewanżowej przegrałem rywalizację. Decyzją trenera to Gracjan Jaroch był pierwszym napastnikiem. Gracjan dobrze się spisywał, więc trener nie miał powodów, żeby zmieniać coś w ataku. Nie ma sensu coś psuć, skoro idzie. Koniec końców jestem zadowolony, że mogłem jeszcze jakoś pomóc Warcie w tym roku - dodał.
 
Jego trafienie było ozdobą pojedynku w Sosnowcu. - Zadziałał instynkt. W momencie strzału nie zastanawiałem się nawet jak uderzyć. Kątem oka zauważyłem, że bramkarz Krystian Stępniowski wychodzi z bramki i zdecydowałem, że będę go lobował. To jeden z moich ważniejszych goli w Warcie, ponieważ wciąż jesteśmy w grze o ekstraklasę. Na pewno jest to też jedna z ładniejszych bramek w mojej karierze, bo większość z nich zdobywałem po uderzeniu głową - tłumaczył.
 
- Prawda jest taka, że nie jestem bramkostrzelnym napastnikiem. Cieszę się, że mimo niewielu szans, jakie dostaje, potrafię je wykorzystać - nadmienił.
 
W Warcie do tej pory zdobył siedem bramek. - Wydaje mi się, że mam nawet więcej asyst niż strzelonych goli. To wynika z mojego stylu gry. Może powinienem częściej decydować się na strzał zamiast odgrywać kolegom? Ale ciężko zmienić swoje nawyki - puentuje Łukasz Spławski, który udanie zastąpił Jarocha w ataku zespołu Piotra Tworka. 

Informacja prasowa,

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze