Karolina Szostak: Przed Tomem był Zibi

Inne
Karolina Szostak: Przed Tomem był Zibi
graf. Piłka Nożna
Karolina Szostak

"Kto nie zna uczucia, jakie ogarnia jestestwo ludzkie, gdy piłka siądzie na podbiciu i po chwili zatrzepocze w siatce obok rozpaczliwie interweniującego bramkarza, ten może i jest człowiekiem. Ale częściowym. Ani świata, ani drugiego człowieka nie zrozumie nigdy" – tak o swojej miłości do piłki nożnej mówił Jerzy Pilch.

I prawda jest taka, że trudno się z nim nie zgodzić. Mówię to ja, Karolina Szostak, od lat związana i zakochana w piłce siatkowej. Ale noga to noga. Żadna dyscyplina sportowa nie budzi takich emocji i nie porywa takich tłumów na całym świecie jak piłka nożna. I nie ma znaczenia czy znowu śpiewamy "Polacy, nic się nie stało", czy płaczemy z dumy, bo się w końcu udało. No właśnie, niech pierwszy rzuci kamieniem ten, komu łezka nie spłynęła, kiedy Kuba Błaszczykowski nie strzelił karnego Rui Patricio podczas ćwierćfinału Euro 2016? Ja płakałam jak bóbr, jak bardzo szkoda mi było Kuby, a potem płakałam, kiedy tłum kibiców przywitał drużynę na lotnisku w Warszawie i Kuba dostał morze braw.

 

To wsparcie kibiców płynące do niego z całego świata,  ta  empatia,  zrozumienie,  szacunek,  to  było coś  pięknego.  Wtedy  człowiek  ma  wrażenie, że od teraz wszystko się zmieni. Nie będziemy się dzielić, dołków  pod  sąsiadem  kopać,  politycy nie będą drzeć kotów na wizji, ani poza nią i w ogóle peace and love dla wszystkich. I nawet jeżeli ta utopia trwa tylko do końca bloku reklamowego, to miło jest chociaż przez chwilę postać w niej zanurzonym po kolana.

 

Piłka kojarzy mi się również z innymi miłymi wspomnieniami. U mnie w domu oglądało się mecze od zawsze. Pamiętam jak z nosem przyklejonym do telewizora śledziłam popisy Bońka, który poprowadził drużynę do III miejsca na mundialu w Hiszpanii. Oj, jaki on był wtedy przystojny. I ten jego figlarnie zakręcony wąsik. Miałam wtedy 8 lat i zażyczyłam sobie plakat Bońka, który bardzo długo wisiał u mnie w pokoju. Potem zastąpiłam go plakatem z Tomem Cruisem, ale to już historia na inną okazję. Pamiętam również, że nie mogłam zrozumieć, dlaczego w nogę grają tylko mężczyźni. Mama mętnie tłumaczyła, że to niebezpieczny sport i w ogóle mało w nim gracji, ale ja patrzyłam się na nią jak na kosmitkę i w głowie już planowałam założyć podwórkową drużynę dziewczyńską. Oczywiście chętnych nie było, więc parę razy wkręciłam się do męskiej, ale bez większych sukcesów, więc już potem chłopaki "z dzielni" nie wołali mnie, kiedy szli pograć w piłę. Szkoda, bo właśnie wtedy, nie pamiętam już kto, ale ktoś dał mi w prezencie profesjonalne, piłkarskie getry. Mam je nawet do dziś.

 

Myślę, że tamta sytuacja z piłką nożną miała wpływ na to, że kilkanaście lat później znalazłam się w redakcji sportowej w Polsacie. Bo skoro kariera piłkarska mi nie wyszła, to chociaż będę pierwszą kobietą w Polsce pracującą w sporcie. Był rok 1997 i oprócz mnie pracowały w niej jeszcze trzy osoby. No, tłumów nie było, to fakt. Ale emocje jak najbardziej.

 

Pierwsza wielka impreza sportowa, z rekordową oglądalnością, którą doskonale pamiętam, to gala bokserska we Wrocławiu i walka Andrzej Gołota – Tim Witherspoon. Boże, co to były za emocje, co to była za walka! Dwa lata później wystartował największy kanał sportowy w Polsce – Polsat Sport, pod wodzą Mariana Kmity i przy wsparciu śp. Piotra Nurowskiego. I dla mnie wtedy zaczął się prawdziwy sport. Serwowaliśmy widzom emocje za emocjami. Największe wydarzenia sportowe, imprezy na światowym poziomie. Mecze, o zobaczeniu  których  w  Polsce  mogliśmy  do  tej  pory  tylko pomarzyć.  Nagle  wszystko  stało  się  możliwe i to z perspektywy własnego fotela w salonie. To było coś! Pierwsza duża impreza sportowa Polsatu Sport to mistrzostwa świata w piłce nożnej w 2002 roku, w Japonii i Korei. Pamiętam z jakimi nadziejami tam lecieliśmy. Ale to była harówka, wszystkie ręce na pokład, kilkanaście godzin na dobę. Zrobiliśmy tam mnóstwo godzin studia. No i przyszedł rok 2006 i mistrzostwa świata w siatkówce i znowu pełna obsługa, mnóstwo pracy i niesamowitych emocji. Wtedy właśnie zakochałam się bez pamięci w siatkówce. Zresztą nie tylko ja. Z tego turnieju wróciliśmy z wicemistrzostwem  świata i Polska oszalała na punkcie "siatki". W końcu byliśmy w czymś naprawdę świetni. Trybuny siatkarskie po brzegi wypełnione były najwspanialszymi kibicami pod słońcem. Rodziny z dziećmi, młodzi ludzie, seniorzy, wszyscy ramię w ramię kibicowali biało-czerwonym. I naprawdę uważam, że Polacy potrafią kibicować najlepiej na świecie! Po tamtych mistrzostwach ruszyłam w Polskę jako wydawca meczów ligowych. Jak ja kochałam tę robotę. Trzy lata później doczekałam się mistrzostw Europy kobiet, które zrobiliśmy u nas, w  Polsce, potem  były mistrzostwa świata mężczyzn i wymodlony, upragniony złoty medal. Nigdy, ale to nigdy nie zapomnę tej dumy, chyba wszyscy w redakcji płakaliśmy, z panem Marianem Kmitą na czele. Taki sukces, taka drużyna!

 

Wiem, wiem, miało być o piłce nożnej… To powiem  szczerze, że marzę, żeby kiedyś nasza drużyna na murawie osiągnęła taki sukces, jak siatkarze. Żebyśmy my, kibice, nie musieli bronić swojej drużyny – jak mawiał Jerzy Pilch – całym abecadłem. I wiecie co? Uważam, że jesteśmy bardzo blisko osiągnięcia takiego sukcesu… Kiedy to się stanie? To oczywiście klasyczne tajemnice mundialu… "Entliczek-pentliczek, co zrobi Piechniczek, tego nie wie nikt. Kto się zmartwi, kto rozerwie, czy przed przerwą, czy po przerwie, tego nie  wie  nikt…".  I tak od 1982 roku śpiewamy z Bohdanem Łazuką z nadzieją w sercu.

 

TEKST POCHODZI Z TYGODNIKA PIŁKA NOŻNA I POWSTAŁ WE WSPÓŁPRACY Z TĄ REDAKCJĄ

Karolina Szostak, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze