Premiera książki "Operator 594". Historia z tajnych operacji

Inne
Premiera książki "Operator 594". Historia z tajnych operacji
fot. Materiały prasowe
Książka "Operator 594" dostarczy czytelnikom wielu emocji.

Krzysztof Puwalski – PUWAL – 22 lata w Siłach Specjalnych w tym 12 lat w GROM-ie. Ten czas to spełnienie jego marzeń. Historia "Operatora 594" to niezwykła przygoda człowieka z determinacją dążącego do upragnionego życiowego celu. W książce znajdziesz przykłady ludzkiej wytrwałości, siły, pasji, pragnienia przeżycia przygody, akcji i adrenaliny, ale też wyczerpania, tęsknoty, oraz walki z samym sobą. Dotkniesz świata jednostek specjalnych dostępnego tylko dla wybranych.

Przeczytasz o najbardziej spektakularnych akcjach bojowych w Iraku i Afganistanie, podczas których z narażeniem życia operatorzy zespołów bojowych ratowali zakładników i neutralizowali terrorystów. To akcje, które do tej pory nie wyszły poza teczki operacji oznaczonych klauzulą TAJNE.

 

W GROM-ie selekcja nigdy się nie kończy. Jak wiele możesz poświęcić, aby osiągnąć swój wymarzony cel? Czy masz w sobie siłę, która umożliwi ci dokonanie niemożliwego? Pamiętaj, że wszystko czego pragniesz jest po drugiej stronie strachu.

Zobacz także: Jak wygląda nabór do GROM i jaki związek ma to ze sportem?

FRAGMENT KSIĄŻKI „OPERATOR 594”, KRZYSZTOF PUWALSKI, PUWAL

ROZDZIAŁ – PIERWSZA SELEKCJA, S. 29-34

 

Kandydatów do plutonu było bardzo dużo, a miejsc niewiele. Wspólnie przygotowywaliśmy się do tych egzaminów. Uczyłem się od starszego kolegi, jak poprawnie zwijać koc wojskowy, aby prawidłowo przytroczyć go do plecaka.

 

60-kilometrowy marszobieg

 

Nie mieliśmy zbyt wielu wskazówek, a czekał nas pierwszy bardzo istotny i trudny etap, czyli marszobieg w pełnym wojskowym oporządzeniu na dystansie około 60 kilometrów. Była to moja pierwsza ważna selekcja. (…)

 

W niedzielę o świcie, kiedy cała szkoła jeszcze spała, a reszta kadetów była na przepustkach w swoich rodzinnych domach, ja i inni kandydaci stanęliśmy na zbiórce do pierwszego etapu selekcji. Po wstępnej weryfikacji zostaliśmy załadowani na wojskowe samochody ciężarowe star i zawiezieni na poligon.

 

Cała grupa – kilkadziesiąt osób – wystartowała biegiem za prowadzącymi komandosami z plutonu działań specjalnych. Nasze wyposażenie i sprzęt przypominały czasy II wojny światowej: metalowy hełm, łopatka saperska, plecak na cienkich szelkach, paso-szelki, koc, maska przeciw gazowa, odzież ochronna OP1, dodatkowo w plecaku bielizna zapasowa, pałatka, onuce, środki czystości, menażka, zapas wody w manierce…

 

Piekielnie niewygodne i uwierające w każdą część ciała elementy wyposażenia dokuczały z każdym krokiem coraz bardziej. I tak kandydaci zaczęli się powoli wykruszać. Pamiętam, jak biegłem w szaleńczym tempie za prowadzącymi, aby utrzymać się w czołówce. Wydawało się, że poligonowe drogi nie mają końca. Nigdy wcześniej nie zrobiłem takiego dystansu z tak niewygodnym i siermiężnym wyposażeniem.

 

„Kto idzie dalej? Kto zostaje?”

 

Dzień się kończył, a my ciągle nie wiedzieliśmy, ile jeszcze przed nami. W pewnym momencie dobiegliśmy do poligonowego wzniesienia i prowadzący wydał komendę: „Stop”. Wszyscy ciężko dyszeliśmy, a teraz mieliśmy szansę na chwilę zatrzymać się, złapać oddech i poprawić niewygodny sprzęt. Ale czekało na nas kolejne zadanie.

 

Musieliśmy odpowiedzieć pisemnie na bardzo trudne i niekomfortowe pytania. Jedno z nich szczególnie utkwiło mi w pamięci: „Czy poświęciłbyś swoją rodzinę, aby wykonać zadanie?”. Oddaliśmy kartki, po czym jeden z prowadzących zapytał głośno: „Kto idzie dalej? Kto zostaje?”. Okazało się, że na tym etapie następnych kilku kandydatów postanowiło zakończyć selekcję.

 

Pozostali, którzy podjęli wyzwanie, przeszli jeszcze około kilometra, by wsiąść do samochodów i jechać do szkoły. Znowu okazało się, że determinacja w dążeniu do celu to podstawa zwycięstwa. Tego dnia wróciłem kompletnie wykończony, ale niewiarygodnie szczęśliwy.

 

Pokonałem swoje słabości, znalazłem się w niewielkiej grupie osób, które przeszły pozytywnie ten etap i zakwalifikowały się do kolejnego. Najtrudniej było wstać rano następnego dnia. Potworne zakwasy i pęcherze na stopach praktycznie uniemożliwiały mi poruszanie się. Czułem się, jakby moje ciało było rozrywane na kawałki. Nie mogłem ruszać rękami ani nogami.


„Walczyłem o każdą sekundę”

 

Koledzy z sali, którzy nie brali udziału w marszobiegu, pomogli mi posłać łóżko. Dowiedziałem się, że po południu mamy egzaminy sprawnościowe, czyli między innymi bieg na 3000 metrów, pływanie 50 metrów, nurkowanie, podciąganie na drążku, skoki na skrzynię.

 

Jak wielka siła drzemie w człowieku, który ma odpowiednią motywację, że potrafi zmobilizować się do kolejnego i kolejnego wysiłku? Nawet w takiej sytuacji, kiedy rano nie możesz podnieść się z łóżka, a już po południu wykorzystujesz tę niesamowitą moc, by biegać, pływać i skakać. Tak dzieje się tylko i wyłącznie wtedy, kiedy jesteś odpowiednio zmotywowany do działania.

 

Gdy stawiasz sobie cele, które prowadzą cię do spełnienia marzeń. Walczyłem o każdą sekundę, każde podciągnięcie, by przejść do kolejnego etapu. Zakwalifikowałem się do następnej tury. Byłem bardzo szczęśliwy, ale wiedziałem, że to ciągle nie koniec walki, że przede mną jest kolejny etap selekcji do elitarnego plutonu działań specjalnych.

 

Nieznana wojskowa kultura organizacyjna

 

Był ciepły październikowy poranek. Niewielka grupa zmotywowanych chłopaków stanęła do przedostatniego etapu selekcji. Tak jak poprzednio zostaliśmy przetransportowani samochodami ciężarowymi star na poligon Biedrusko. Ustawieni na zbiórce czekaliśmy na dalsze rozkazy.

 

Po chwili naszym oczom ukazał się nadjeżdżający wojskowy samochód terenowy UAZ. Zatrzymał się obok nas i wysiadł z niego dobrze zbudowany porucznik Malec w czerwonym berecie. Miał niesamowicie przenikliwe spojrzenie.

 

Przywitał nas bardzo uprzejmie i wyjaśnił zasady. Następnie wręczył nam mapy ze współrzędnymi pierwszego punktu, do którego mieliśmy dotrzeć. To był mój pierwszy kontakt z zupełnie nieznaną wojskową kulturą organizacyjną.

 

Do tej pory wszyscy krzyczeli, kazali biegać bez możliwości jakiegokolwiek racjonalnego wytłumaczenia, aż tu nagle zjawia się zupełnie inny człowiek, który swoją charyzmą zrobił na nas tak potężne wrażenie, że nie potrzebował krzyczeć ani wymuszać czegokolwiek, a my wszyscy staliśmy i słuchaliśmy go prawie na bezdechu. Tego dnia nie wiedzieliśmy, ile jeszcze niespodzianek nas czeka.

 

Walka o marzenia

 

Początkowo marsz wydawał się prosty. Nie musieliśmy biec, wszystko robiliśmy we własnym tempie. Oczywiście zdawaliśmy sobie sprawę, że powinniśmy wykonywać zadania możliwie najszybciej – przecież była to selekcja, a my walczyliśmy o miejsce w wymarzonym plutonie.

 

W małych grupach dotarliśmy do pierwszego punktu kontrolnego i tam dostaliśmy współrzędne kolejnego. Najważniejsze było prawidłowe czytanie mapy, ale niestety nikt z nas nie miał wielkiego doświadczenia w tej ważnej wojskowej dziedzinie. Mapy też nie były najnowsze, chociaż dosyć dobrze odzwierciedlały poligonowe bezdroża.

 

Mijały kolejne godziny. Zmęczenie oraz ciągła niepewność, czy dobrze idziemy, dawały o sobie znać. Jesień 1994 roku była ciepła i niezwykle kolorowa.

 

Las wyglądał przepięknie, barwne liście opadały z drzew, a wokoło rozbrzmiewał śpiew leśnych ptaków. I w tej przepięknej scenerii my – walczący o swoje marzenia przyszli komandosi. Tak upływały kolejne godziny marszu i współpracy między nami. W końcu zostało nas w grupie czterech. Reszta gdzieś zniknęła lub zagubiła się w leśnych bezdrożach. Zrobiło się już bardzo ciemno, a za nami było ponad osiemdziesiąt kilometrów marszu. Właśnie wtedy dostrzegliśmy małe światełko daleko przed nami. Zbliżaliśmy się do niego, wierząc, że oznacza kres tego potwornego wysiłku.

 

Współpraca kluczem do sukcesu

 

Okazało się, że rzeczywiście był to ostatni punkt kontrolny – meta. Tak, byliśmy pierwsi! Zapisaliśmy swoje nazwiska i spokojnie czekaliśmy na dalsze rozkazy. Do dziś pamiętam, jak bardzo byłem szczęśliwy. Dotarłem do mety niesamowicie zmęczony, ale zadowolony ze świetnie wykonanego zadania.

 

Już wtedy okazało się, że oprócz wytrzymałości psychofizycznej testowi podlegała też umiejętność współpracy w grupie. Przekonali się o tym bardzo dotkliwie ci kandydaci, którzy postanowili działać sami. Większość z nich pomyliła leśne drogi i pogubiła się. Któregoś z tych samodzielnych kandydatów znaleziono późno w nocy w jednym z okolicznych miasteczek, odwodnionego i wyczerpanego.

 

Kolejny raz przekonałem się, że pewność siebie i swoich umiejętności, dobre przygotowanie i współpraca w grupie oraz zdolność radzenia sobie ze stresem przynoszą pożądane efekty. Tym razem znalazłem się w grupie czterech najlepszych kandydatów do plutonu specjalnego.

 

FRAGMENT ROZDZIAŁU – KRÓLOWA TAKTYK, S.229- 231

 

Sygnał od ostatniego do pierwszego i naprzód pod główny punkt wejścia. Trzymamy sektory, jedynka obserwuje drzwi. Ja jestem ciężkim, niosę ładunek tarczowy, za którego pomocą za chwilę wysadzę drzwi wejściowe. Szczelnie przykładam ładunek do drzwi, rozciągam kabel z systemem detonacji, patrzę, czy wszyscy są na pozycjach, i krzyczę: „Zapalniczka!”. Następuje wybuch. Kurz, dym i zapach materiału wybuchowego wypełnia nasze drogi oddechowe. Adrenalina jest tak silna, że działamy mechanicznie, jak roboty. Drzwi wpadają z impetem do środka. Na korytarzu tarcze z terrorystami, padają błyskawiczne strzały. Komenda: „Sprawdź”. Nie ma żadnych niespodzianek, wszystkie cele zlikwidowane.

 

Reorganizacja i przygotowanie do kolejnego wejścia. Na korytarzu nie jesteśmy bezpieczni, ustawiamy się więc pod ścianą. Kolejne sekcje zalewają pomieszczenia. Jedynka informuje nas, że sekcja po przeciwnej stronie korytarza przygotowuje się do wysadzenia drzwi. „Zapalniczka!” i za chwilę słyszymy wybuch. W ciasnym korytarzu prawie nic nie widać, jednak przechodzimy dalej do następnego pomieszczenia. To jedynka decyduje, z której strony drzwi się ustawiamy. Przechodzę na przeciwną stronę niż jedynka i oceniam drzwi, „Ładunek!” – krzyczy jedynka. Wyciągam z kieszeni kombinezonu krótki zwinięty ładunek na zamek, przecieram rękawicą taktyczną miejsce, gdzie za chwilę go przykleję. Ładunek przyklejony i uzbrojony. Rozciągam kabel z systemem detonacji, patrzę, czy wszyscy są na pozycjach, i krzyczę znowu: „Zapalniczka!”. Drzwi wypadają i sekcja błyskawicznie wchodzi do pomieszczenia. W środku niewiele widać, ale przez zaparowane gogle identyfikujemy cele i padają strzały. Jest ciasno, pociski przelatują tuż przy głowie, dlatego każda zmiana kierunku celowania musi być naprawdę precyzyjna. Jedna sekunda nieuwagi i możesz zabić kolegę. „Sprawdź”. Podchodzę do pierwszej tarczy. Cztery otwory po pociskach: jeden w głowie i trzy w klatce piersiowej. Następna tarcza: trzy w głowie, cztery w klatce piersiowej.

 

„Czysto”. Przygotowanie do wyjścia. Złapanie oddechu, klepnięcie w ramię od końca i jedynka wychodzi na korytarz. Następne pomieszczenie. Jedynka ustawia się przy drzwiach. Ja z czwórką przechodzimy na drugą stronę. „Ładunek!” – krzyczy jedynka. „Blok” – odpowiadam. „Shotgun zawiasy”. Dwa strzały i zacięcie.

 

Czwórka już gotowa do otwarcia mechanicznego, ja się wycofuję i w tym samym czasie czwórka wbija płetwę hooligana w przestrzeń między zawiasami a futryną. Duża dźwignia i drzwi wypadają. Do pomieszczenia wpada flashbang i jedynka błyskawicznie wchodzi do środka, tuż za nią kolejni. Dym, kurz i huk. Wszystko dzieje się błyskawicznie. W pomieszczeniu tarcza z zakładnikiem. Padają strzały.

 

„Czysto”. Zbieramy się do wyjścia. Kolejne pomieszczenie.„Shotgun zamek”. Kilka precyzyjnych strzałów, drzwi otwierają się i jesteśmy w środku. Pot zalewa nam twarze, przez zaparowane gogle niewiele widać. Jednak musimy się skupić i prawidłowo zidentyfikować cele. Pada kilka strzałów, przeciwnik zostaje zneutralizowany. Koniec strefy odpowiedzialności. Ponownie łapiemy oddech i wychodzimy z pomieszczenia. Przygotowanie do ewakuacji. Zbieramy zakładników. Słyszymy przez radio hasło: „Ewakuacja”. Pora na nas. „Desant, desant, desant!”. Tym razem wszystko poszło dobrze.

 

Krzysztof Puwalski – oficer rezerwy, absolwent Wyższej Szkoły Oficerskiej Wojsk Lądowych we Wrocławiu, Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Częstochowie oraz Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. Przez 22 lata służył w Wojskach Specjalnych jako dowódca sekcji bojowej w I Pułku Specjalnym Komandosów, operator zespołu bojowego Jednostki Wojskowej GROM, twórca i pierwszy dowódca Grupy Przewodników Psów Bojowych JW GROM, kilkukrotnie uczestniczył w misjach w Iraku i Afganistanie. Instruktor technik antyterrorystycznych, spadochroniarstwa, strzelectwa, wspinaczki, samoobrony, specjalista w zakresie komunikacji neurolingwistycznej. Obecnie prowadzi firmę doradczo-szkoleniową SOF Project, w której wykorzystuje swoje wieloletnie doświadczenie i zaraża ludzi swoją pasją.

KN, Informacja prasowa

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze